Słowa w ordynku. Słowa w ataku i w obronie. Pomieszane. Refrakcja słów w stali i w wodzie. Odbicia słowne i zwidy. Ład i gładkość. Spazmy i erupcje. Kojący wpływ soku z passion fruit. Od rzeczy i do rzeczy. Krótko mówiąc. Ostatnie słowo. Na początku był skowyt.
RSS
czwartek, 04 sierpnia 2016
Przenosiny

Wszystkich moich czytelników zapraszam do odwiedzania Migotania słów w ich nowym lokalu, na Wordpressie.

Pierwszy, dzisiejszy (4 sierpnia 2016) wpis już tam stoi. Tu pozostaną efekty mojej prawie dziesięcioletniej działalności blogowej na Bloksie. Czasami była łatwiejsza, czasami mniej, ale mniej ważne niż kłopoty administracyjne były wizyty moich bardzo cennych komentatorów. Mam nadzieję, że zechcą być ze mną i w nowym miejscu.

Administracji Bloksa dziękuję za dotychczasową gościnę i zasyłam pozdrowienia.

06:15, andsol-br
Link Komentarze (22) »
środa, 03 sierpnia 2016
Paskudna niespodzianka

Z ostatniej chwili.

Przy próbie komentowania na własnym blogu – a parę chwil później przy podobnej próbie dodania komentarza na blogu Kota Behemotha – otrzymałem taki komunikat wygenerowany przez automat made in Blox:


Poprosiłem administrację Bloksa o pomoc, ale w przeszłości z tą pomocą to już różnie bywało (tak, wiem, to byli różni ludzie zatrudnieni na tym samym stanowisku). I to jest ta dodatkowa kropla miodu w czarze goryczy (jak mawia tzw. „Prezes”), bo już od dawna smuci mnie, że trzy osoby, z trzech krajów (a żaden z nich nie jest Kazachstanem słynnym ze swoich swobodnie prowadzących się serwerów) nie mogą ze swoich uniwersyteckich kont dodawać komentarzy do mnie. I chyba w tej sytuacji staje się jasne czemu, mimo zbliżającej się dziesiątej rocznicy mego blogowania tutaj, z dużą i wdzięczną uwagą przeczytam wszelkie sugestie na temat zmiany platformy blogowej. A potrzebuję tylko tego, by móc tam pisać z ogonkami (wolę latin-2), wstawiać obrazki i nie mieć obowiązku reklamowania czegoś odmiennego od produktów umysłów znajomych i mojego.

And so it goes.

PS. Kolejna brednia:

PS. A teraz, dla odmiany, inna:


Że też im się to nie nudzi.

15:53, andsol-br
Link Komentarze (11) »
wtorek, 02 sierpnia 2016
Żyć zgodnie z zasadami

W domu leksykografa na obiad podają najpierw deser, potem sznycel, a na koniec zupę.

04:39, andsol-br
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 01 sierpnia 2016
We are not amused

Urywek o czarnych modnych kostiumach poprzedza informacja, że nie tylko nieświnie nie siadały w kinie, ale też jadąc tramwajem ludzie nie płacili, oddając innym użyty bilet – „drobna rzecz, a uciecha wielka, że nie przysparzamy dochodu okupantowi”. Do tego dochodzi poczucie honoru: „Porządna warszawianka kroczyła ulicą dumnie, na żadnego Niemca nawet nie spojrzawszy”. Potem następuje opis patriotycznej mody, że fryzura nie w niemieckim stylu, kostiumy na czarno, na głowach zrobione z szalików kapturki, no i – proszę, proszę! – „biegały więc po ulicach wyrośnięte Czerwone Kapturki, każda dźwigała koszyczek, a nierzadko pod szmuglowaną słoniną, książkami lub innym prowiantem, leżały granaty, rewolwery i bibuła”.

Scenariusz z Hollywood czy z Bollywood?

Nie, wspomnienia Hanny Zborowskiej. Autorka spisywała je w latach 70-tych i dopiero w XXI wieku postanowiła wydać je jako książkę. Tytuł jej to „Humor w genach” – i jak widać z powyższych cytatów, humor wygląda na mimowolny.

Dla wyjaśnienia: nie widzę niczego niestosownego jeśli bohater podziemia okupacyjnego opisze w swych wspomnieniach ile wódki wypił i ile godzin grał w pokera (choć oglądanie głupich filmów okupanta ześwinia mniej niż chlanie). Albo gdy człowiek z Résistence na paru stronach cieszy się, że pod nosem okupanta zdołał wyhodować najprawdziwszy camembert. Życie i już. I wierzę, że wiele nastolatek nie patrzyło na Niemców, ale ewentualny brak kontaktów z pewnością nie wynikał z odrzucającej ich powierzchowności (ich ubiór i poza sławna była w całej Europie i natychmiastowa brutalność ujawniała się raczej przy napotykanych Żydach), tylko z postawy okupanta, który ze zgrozą myślał o Rassenschande, pohańbieniu rasy. Ale mimo kłopotów z przełożonymi jakoś ją hańbił i jak podają szacunki autorki niedawno wydanej książki „Pokochałam wroga”, dzieci z takich niemiecko-polskich związków pojawiło się około 20 tys. (przypuszczalnie dziesięć razy mniej niż „owoców łona” Francuzek), a jak wiadomo, nie każdy związek owocuje. Więc może nie masowe, ale też nierzadkie zjawisko i po co tu opowiadać patriotyczne bajdy?

Co do niewzbogacania okupanta przez unikanie płacenia za bilet: Warszawa pod okupacją, już po likwidacji getta, mieściła ponad milion Polaków, i z czegoś oni żyli. Pracowali. Dla kogo, dla rządu londyńskiego? Ech, te humorystyczne geny.

Ale wdaję się w sprawę tych wspomnień z powodu rewolwerów i granatów pod słoniną.

Zdaje się gry i rekonstrukcje historyczne są w modzie, proponuję więc kandydatom na bohaterów zrobić ładnie wyglądającą atrapę rewolweru, wsadzić ją do koszyka i przespacerować się po Marszałkowskiej. Starannie wypatrując umundurowanych panów. Naszych, macierewiczowych. Kto po drodze nie zesra się ze strachu, zasługuje na Mały Order Białego Orła Odwagi. Ale po tej przygodzie będzie nieco sceptyczniej podchodził do opowieści o granatach w koszykach Czerwonych Kapturków.

Co oznacza owe niedbale wciśnięte bezmyślne zdanie w rzekomo humorystycznej opowieści o dziewczynce, która chciała mieć za okupacji zgrabny czarny kostiumik?

Ano bardzo prostą rzecz: już od lat jest rynkowe zamówienie na gry i rozrywki o małych, średnich i dużych powstańcach, ubranych jeszcze schludniej niż Niemcy i zawsze przenoszących swe ukryte materiały w koszykach, zaglądanie do których okupantom przecież nie przeszłoby przez głowę.

Nie irytujmy się więc, głos ludu głosem Boga. I jak lud sobie zażyczy, wkrótce na rynku pojawią się gry „ratuj 1000 Żydów” z prawem dla wygrywających do wirtualnego lasu w Yad Vashem.

01:10, andsol-br
Link Komentarze (11) »






PT KOMENTATORZY, wiedzcie: wyrzucam (prawie) wszystkie komentarze gdy link z ksywki prowadzi do działań komercjalnych. To jest blog psa ogrodnika: sam nie zarobię tu i innym nie pomogę.