Słowa w ordynku. Słowa w ataku i w obronie. Pomieszane. Refrakcja słów w stali i w wodzie. Odbicia słowne i zwidy. Ład i gładkość. Spazmy i erupcje. Kojący wpływ soku z passion fruit. Od rzeczy i do rzeczy. Krótko mówiąc. Ostatnie słowo. Na początku był skowyt.
RSS
czwartek, 30 czerwca 2016
Za co synowie cenią ojca

A na przykład za leczo (choć za linuksa chyba też trochę):

00:03, andsol-br
Link Komentarze (3) »
środa, 29 czerwca 2016
Rosyjskie siły szybkiej reakcji

Janusz Bardach opowiada (w Surviving Freedom: After the Gulag), że gdy był studentem medycyny w Moskwie, na początku 1953 roku

zwaliła się lawina wisząca nad każdym lekarzem, szpitalem czy instytutem. Gdy 13 stycznia jadłem śniadanie, przez głośniki wygłoszono raport zatytułowany „Zaaresztowanie grupy lekarzy sabotażystów”. Lektor oznajmił, że kilkunastu lekarzy z Kremla, z których większość była Żydami, zamordowało członków Biura Politycznego Żdanowa i Szczerbakowa a także spiskowało przeciw innym przywódcom Partii, państwa i wojska, nawet przeciw Stalinowi. Nagłówek z pierwszej strony „Pravdy” brzmiał „Nędzni szpiedzy i mordercy w maskach profesorów i medyków”. Nazwanych imiennie lekarzy oskarżono, że byli szpiegami na rzecz Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i żydowskiej syjonistycznej organizacji Joint. Zaaresztowanych opisano jako „zabójców w białych fartuchach”, „degeneratów” oraz „jadowitych gadów”. Choć po rozmowie z dr Zausajewem mogłem spodziewać się takich oświadczeń, nie byłem przygotowany na reakcję mojego kolegi z pokoju w akademiku, Fiedii i innych studentów medycyny. Fiedia, student trzeciego roku, na ogół był spokojny i zajęty swoimi sprawami. Lecz teraz przerwał wkładanie materiałów do swojej teczki, by wysłuchać relacji, a gdy skończyła się, oświadczył: „powinno się ich wszystkich natychmiast rozstrzelać. Dzisiaj. Nie trzeba żadnego procesu. Jak oni mogli ukrywać swoją prawdziwą tożsamość i wślizgnąć się do Kremla. To nie są lekarze, a mordercy”.

Wielkie połacie Polski były przez sto kilkadziesiąt lat (plus bonus w postaci peerelu) wystawione na promieniowanie rosyjskiego sposobu rozumowania. To taka uwaga nie na temat, ale pomaga zrozumieć to i owo.

00:27, andsol-br
Link Komentarze (9) »
wtorek, 28 czerwca 2016
Powierzchowne przyjemności

Do ich krótkiej listy:

1. Oblizanie polewy czekoladowej tortu
2. Zjazd sankami
3. Głaskanie niedźwiedzicy

dobierz stosowne (lub niestosowne) antonimy z sugerowanych poniżej lub z innych, własnej produkcji:

a. Ujeżdżanie jeża
b. Czytanie Tomasza Terlikowskiego
c. Wyciskanie wągrów
d. Oglądanie Tomasza Terlikowskiego
e. Twitowanie nocne z Dudą.

01:27, andsol-br
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 27 czerwca 2016
Skarby lepsze niż pociąg pod Wałbrzychem

Uwielbiam tę pozorną naiwność i prostotę. Gdybym spotkał pana Jana Kulmę, spytałbym go: „czy ma mi pan za złe, że jestem zakochany w pańskiej żonie?” A w nim – no cóż, w mężczyźnie nie wypada, ale „oczarowany” pewnie przejdzie...


Joanna Kulmowa

Marzenia

Ja nie lubię chodzić do szkoły,
choć nic nie ma we mnie z lenia.
Ja nie lubię chodzić do szkoły
bo w tornistrze się nie mieszczą marzenia.
W szkole jest wielki porządek.
Nikt nie trzyma pod ławką marzeń.
Muszę zostawić je w domu
pod stołem
albo w jakiejś szparze.
A one przez ten czas rosną.
Odbywają samotne podróże.
I kiedy wracam ze szkoły
za dalekie są
i na mnie za duże.

04:49, andsol-br
Link Komentarze (1) »
niedziela, 26 czerwca 2016
Nie czyli tak

Przez 200 lat Anglicy wyśmiewali „pożegnanie po francusku” (French leave), czyli wyjście bez pożegnania się czy bez pozwolenia, po prostu znikanie. No jasne, ci Francuzi są nieodpowiedzialni, żaby jedzą i żegnać się nie umieją.

Ale wystawiana właśnie w UK szopka pt. „pożegnanie po angielsku” jest dużo śmieszniejsza. Montują gigantyczny Hyde Park, gadają i gadają, potem oznajmiają „Idziemy sobie won” – i kiedy przychodzi pora podnosić się i wychodzić, Londyńczycy mówią, że reszta kraju może iść, a oni nie, na co reszta kraju produkuje listy z milionami podpisów, że oni też nigdzie sobie nie pójdą. No, ale to ma sens, przecież stamtąd jest Monty Python.

15:36, andsol-br
Link Komentarze (4) »
* * *

Bilet na lot wydano w kantorze firmy Nadzieja. Mówili, że na powroty monopol ma Nostalgia. Obsługa ma być ta sama, lecz trochę pomarszczona.

03:49, andsol-br
Link Dodaj komentarz »
sobota, 25 czerwca 2016
Staropolska inżynieria dusz

Cytat poniższy Pierwszemu Tabletowi Czwartej Rp dedykuję.

[...] zasadniczy nurt literatury polskiej był zawsze polityczny, społeczny, zaangażowany, patriotyczny. Pisarz zaś był w Polsce bardziej niż w innych krajach bojownikiem takiego czy innego programu społecznego bądź religijnego. Oznacza to wzmożenie elementu aktualnego i, co tu dużo gadać, prowincjonalnego. Zapewne, element ten jest obecny także w innych wielkich i małych obszarach językowych, jednak w stopniu nieporównanie mniejszym. Ani Boska Komedia Dantego (mimo że tu aluzji politycznych jest wiele), ani Don Kichot Cervantesa, ani Hamlet Szekspira, ani Faust Goethego nie mają za osnowę żadnej sprawy lokalnej. O żadnym z tych pisarzy nie można by powiedzieć, że „całą siłą, całym sercem, całą duszą” służy swemu narodowi, państwu czy przywódcy. A jednak wolno przyjąć, że każdy z nich zrobił dla swego kraju więcej niż najpłomienniejszy pisarz patriotyczny dla Polski – oczywiście za wyjątkiem tych dzieł, które są w tym samym stopniu narodowe, co uniwersalne. Bardzo być może, że doraźnie najpotrzebniejsza jest książka mobilizująca społeczeństwo do idealnych wykopków. Lecz gdy wykopki się skończą, dzieło nadaje się już tylko na śmietnik.

Tymczasem w Polsce zaczęło się to już od Reja, od gorliwości protestanckiej. Nie ominęło Kochanowskiego – ale też jego poematy polityczne, odmiennie niż pieśni, fraszki lub treny, to niemal tylko dokumenty języka. Lwia część piśmiennictwa siedemnastego i osiemnastego wieku to po prostu agitacyjna bibuła albo inne dydaktyczne ramoty.

Pochodzenie cytatu: Piotr Kuncewicz, Agonia i nadzieja, Litetarura polska od 1918, tom I, Gdańsk 2000.

00:07, andsol-br
Link Komentarze (2) »
piątek, 24 czerwca 2016
Przełom

Parę uwag o wydarzeniu sprzed kilku dni z zakresu działań polskich władz publicznych, które nie doczekało się (mam wrażenie, przeproszę i odszczekam jeśli nie potrafiłem tego odnaleźć) pogłębionej analizy w prasie uważanej za lewicową czy z centrum. Wolałbym próbę takiej analizy przeczytać, a nie płodzić, no ale ktoś to musi zrobić.

Chodzi o wyrok przedstawiony przez sędziego Pawła Dobosza, uznający wiceszefa BOR-u generała brygady Pawła Bielawnego za winnego popełnienia nieprawidłowych działań zawodowych w związku z lotami władz polskich do Smoleńska w roku 2010.

Elementy, które zauważam w doniesieniach i komentarzach skupiają się 1) na wypowiedzi posła Jarosława Kaczyńskiego („nam nadzieję, że będzie jeszcze więcej wyroków, ale nie znam materiału dowodowego w tej sprawie” – trudno uwierzyć, że doktor nauk prawnych wygłasza taką opinię, ale jego nadzieje i jego nieznajomość materii nie ma żadnego znaczenia), 2) na wyraźnym stwierdzeniu, że hipoteza zamachu na lot z udziałem prezydenta Lecha Kaczyńskiego nie była rozważana, bowiem sąd nie dysponował materiałami, które mogły obwiniać oskarżonego o zaniedbania przy ochronie aparatu (co może i rzuca kłodę działaniom tzw. zespołu Macierewicza, ale i bez sędziego ów zespół nie potrafi dać jednego sensownego kroku) 3) na sugestiach, że oskarżony jest „kozłem ofiarnym” a ktoś ważniejszy unika odpowiedzialności (i to jest zupełnym nonsensem, bowiem poseł Jarosław Kaczyński nigdy nie miał wśród swoich powinności zabezpieczania przygotowań do lotu, a ewentualne wywieranie presji na brata nie jest działaniem, którego kodeks prawny może zakazać).

Przede wszystkim przypomnę, że rozprawa finalizuje postawienie oskarżonemu zarzutów przez prokuraturę w roku 2012. Następnie, zarzuty dotyczyły niedopełnienia obowiązków podczas wizyt premiera Donalda Tuska i prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Katyniu w kwietniu 2010 roku. Obu wizyt. A więc jasno jest tu postawione, że nie zadbano właściwie o bezpieczeństwo ani premiera, ani prezydenta. I nie ma tu zrzucenia odpowiedzialności na niższe szarże, bo nie szef BOR-u, generał dywizji Marian Janicki był odpowiedzialny za te działania, a właśnie jego bezpośredni podwładny.

Wyrok wydany przez sędziego Pawła Dobosza w istocie może prowadzić (zgodnie z nadziejami posła Jarosława Kaczyńskiego ale w sposób zupełnie przez niego niewyobrażany) do dalszych wyroków, bowiem do polskiej kultury prawnej wchodzi być może pierwszy raz w Rp III efektywne uznanie odpowiedzialności służb publicznych za wykonywanie zadań, do których zobowiązuje obejmowanie wysokich stanowisk.

To jest prawdziwy ewenement i budzi wiarę, że w przyszłości wszyscy we władzach wykonawczych, nie tylko w strukturach wojskowych, ale też ministrowie, premierzy czy nawet prezydenci mogą być sądzeni za niewłaściwe wypełnianie powinności służbowych. Czy prawny aparat dopuszczający tę możliwość już istnieje? Oczywiście tak, sędzia Dobosz nie użył żadnych postanowień ad hoc, lecz zastosował istniejące prawo.

Kto wie, może kiedyś zostanie uznany za jednego z tych Polaków, którzy zmieniają kulturę Kraju.

05:15, andsol-br
Link Komentarze (3) »
czwartek, 23 czerwca 2016
Siedmioletnia luka

Źródła w języku rosyjskim powtarzają zgodnie, że generał brygady Paweł Wasilewicz Bogdanow brał udział w Wielkiej Ojczyźnianej Wojnie, ale wejście w szczegóły pokazuje, że po właściwej stronie krótko, bo Niemcy rozbili jego 48 dywizję strzelców w trzy dni, a jego dalszy udział był nie taki jak trzeba. (Choć wkrótce zobaczymy, że wszystko było tam dziwnie płynne). W niewoli został starszym oflagu w Suwałkach i po paru miesiącach zdecydował się na pełną współpracę z Niemcami.

W książce Stalin's Folly Konstantyn Pleszakow opowiada, że w okresie czystek stalinowskich Bogdanow został wyrzucony z partii (wiadomo jakiej, bo jedynej) za stosunki seksualne z sekretarką, która „miała bezpośrednie kontakty z trzema wrogami ludu”. Już tu zaczyna się zagadka, bo przy takim przewinieniu nie wyjechać do Magadanu lecz odzyskać legitymację partyjną to wielka sztuka.

Wywożą go do Reichu i tam pisze od wezwania do żołnierzy oraz oficerów, by wstępowali do Wojennego Związku Rosyjskich Nacjonalistów, który w Parczewie organizował inny jeniec z króciutkim udziałem w walkach, znany Bogdanowowi z Suwałek, były szef sztabu 229 dywizji strzelców, podpułkownik Władimir Władimirowicz Gil ("Rodionow"). Wkrótce dołącza tam i on sam jako szef pułkowego kontrwywiadu – i wkrótce cała ta formacja, z nazwą „1 Rosyjskiej Brygady Narodowej SS” zwalcza na Białorusi partyzantów.

Zwalcza, ale jakoś dziwnie, bo w listopadzie 1942 jedna z jej kompanii, oddelegowana do strzeżenia mostu nad białoruską rzeką Drut, wysadza go, uprzednio zabiwszy swoich kompanijnych kolegów-Niemców i przechodzi do partyzantki.

Pamiętna data 31 stycznia 1943 roku, czyli klęska Niemców pod Stalingradem, zmienia poglądy wielu bojowników, choć niekoniecznie tak od razu. Jeszcze od lutego do czerwca ta Brygada trzebi partyzantów, ale w sierpniu uczucia im się odmieniają – Gil dostaje zapewnienie od dowódcy brygady lokalnych partyzantów Iwana Titkowa „Zelezniaka”, że jak się przekabaci na właściwą stronę to wszystko dobrze się skończy. I w istocie dzielnie pomaga zwalczać tych, którzy zorganizowali jego Brygadę SS, rozwala niemiecki garnizon w Dokszycach i opanowuje pobliską stację kolejową w Królewszczyźnie. Za co już 16 września dostaje Order Czerwonej Gwiazdy.

A wiadomości o Bogdanowie robią się dość niespójne. Jedne źródła twierdzą, że wraz z Gilem 14 sierpnia przeszedł do partyzantów, i już jako partyzanta Gil go aresztuje po 6 dniach – a inne twierdzą, że w przeddzień przejścia do partyzantki (a miało to nastąpić 16 sierpnia), wraz z wybiciem niemieckich towarzyszy broni oraz paru Rosjan, Gil aresztuje generała brygady Bogdanowa.

Orderem długo Gil się nie nacieszył, bo w kwietniu 1944 roku Niemcy organizują Frühlingsfest, Święto Wiosny, czyli wielką akcję przeciw partyzantom, okrążają 1 Brygadę SS (która już zmieniła nazwę) i z jej 1413 członków ginie 1026 bojowników. A po paru dniach ginie też raniony odłamkiem miny Gil.

A generał Bogdanow? I tu też jest spora zagadka. Za zdradę ojczyzny dostaje wyrok śmierci, wykonany natychmiast po ogłoszeniu go. Dnia 24 kwietnia 1950 roku. Tak, dobrze przepisuję myszką: w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym roku.

A o tym co się z nim działo przez siedem lat nie ma nigdzie, nigdzie, nigdzie, nic, nic, nic.

Jak to kiedyś miawiano: „bądź tu mądry i pisz wiersze”.

Gdybym próbował doszukać się w tym choć kropli sensu, przypuściłbym, że wydano wyrok na człowieku martwym już od prawie 7 lat. Bo uznano, że kiedyś trzeba zadość uczynić formalnościom. Cóż, nie takie rzeczy widziano już w ZSRR.

(Poszukiwania większej liczby szczegółów można zacząć tu oraz tu).

05:59, andsol-br
Link Komentarze (10) »
środa, 22 czerwca 2016
Wszelkie podobieństwa są przypadkowe

W roku 1994 Włosi stali się pierwszą nacją po Drugiej Wojnie Światowej, która w wyborach wyniosła do władzy partię z historycznymi korzeniami w faszyzmie. Nastąpiło to gdy centro-prawicowa koalicja, którą kierował Silvio Berlusconi, wygrała krajowe wybory. Choć ten rząd był krótkotrwały, ułatwił krążenie rewizjonistycznych interpretacji faszyzmu i wojny. Przychylność dla takich poglądów, wzmocnionych od tej pory przez oficjalne ceremonie i zalew wspomnień oraz popularnych opowieści powiązanych z pewnym kierunkiem prac akademickich, pomniejsza faszystowskie okrucieństwa i usiłuje „poprawić” rzekomy nadmierny nacisk w uprzednim przedstawianiu antyfaszystowskiego oporu, poszerzając panteon narodowych patriotów i ofiar tak, by włączyć doń kombatantów powiązanej z nazistami Republiki Salò (Republica Sociale Italiana).

To cytat z eseju Ruth Ben-Ghiat zatytułowanego „The Secret Histories of Roberto Benigni's Life is Beautiful”, zamieszczonego w kompilacji „Jews in Italy under Fascist and Nazi Rule, 1922–1945” z 2005 roku (Cambridge University Press), którą przygotował Joshua D. Zimmerman.

A skojarzenia z Włochami (a dokładniej: z Włochami Berlusconiego) pojawiły się na tym blogu już dwukrotnie, w 2007 roku przy czytaniu Umberto Eco i drugi raz (z bardzo ciekawymi komentarzami anonimowego gościa) w styczniu tego roku.

00:19, andsol-br
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 21 czerwca 2016
Czarna niewdzięczność

We wspomnieniach rodzinnych zachował się obraz grzecznego chłopca, lubiącego matematykę i majsterkowanie. Nie był wprawdzie dostatecznie zdolny, by dostać się na studia, ale znajdował przyjemność w matematyce nawet po latach i dla odprężenia po wyczerpującej pracy uczył się na pamięć tabeli logarytmów.

Choć miał przeciwników, a nawet wrogów, wszyscy o nim wyrażali się z szacunkiem, co zawsze szlachetnie im odwzajemniał.

Oburzało go zniewolenie ludzi i historycy pamiętają do dziś jego frazę: „mieszkańcy odetchnęli z ulgą gdy przybyliśmy i uratowaliśmy ich”. Chodziło mu o mieszkańców Warszawy, bo w tym mieście 5 października 1939 roku zorganizował dla swego szefa paradę zwycięstwa. Ale ten szef nie był dobrym człowiekiem i pięć lat oraz dziewięć dni później kazał Erwinowi Rommelowi popełnić samobójstwo.

00:06, andsol-br
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 20 czerwca 2016
Zobaczyć Jaworzno i umrzeć

Drugi tom Dziennika Jana Józefa Szczepańskiego. Zapiski z końca roku 1959; autor ma 40 lat. Niedawno wrócił z wyprawy na Spitsbergen, reportaż (Zatoka Białych Niedźwiedzi) już jest gotowy, w rozjazdach po Domach Kultury opowiada o wyprawie. Wiele notatek o braku pieniędzy, pożyczaniu pieniędzy, o wydawnictwach płacących z opóźnieniem. I o chorobach dzieci i żony. W zacytowanym urywku nie powinno zaskakiwać góralskie słowo „sietniak”, autor jest taternikiem. Słownik wyjaśnia, że to znaczy „cherlak”.


Na Pasterniku była jakaś katastrofa i szosa była zakorkowana. Straciliśmy przeszło pół godziny. W Jaworznie tłum pijanych chuliganów usiłujących wedrzeć się do autobusu omal nie zlinczował szofera.

Przyjechałem spóźniony. Dom Kultury jest w nowym osiedlu na terenie dawnego obozu pracy. Budynek jeszcze nie wykończony, sala pseudonowoczesna z okropnymi, syntetycznymi malowidłami już brudna, już zdeomolowana i obdrapana. Ten rodzaj brzydoty – niewykończenie i ruina równocześnie – jest czymś podwójnie przygnębiającym. Publiczność miała nadzieję, że zamiast słuchać odczytu, potańczy sobie. Na podium rzępoliła amatorska orkiestra, ludzie siedzieli przy stolikach, pijąc i gadając. Typowy przemysłowy proletariat. Porządnie ubrani młodzi ludzie z baczkami, wąsikami i watowanymi ramionami, łechciwe dziewczyny wymalowane i z brudnymi pazurami. Nikogo nie interesował ten mój Spitsbergen. Rozmawiali głośno, wchodzili i wychodzili. Musiałem ich przekrzykiwać. Kierownik Domu Kultury, mały sietnaczek, zaczął mi się ni stąd, ni zowąd użalać na swoją lekkomyślną żonę. Wszystko razem jak jakaś absurdalna halucynacja. Miałem wracać autobusem, ale, przepełniony, nawet nie stanął. Poszedłem na piechotę do Jaworzna – miasta. Ciemny rynek z kiwającymi się cieniami pijaków. Taka Polska ze złego snu, ale niestety najprawdziwsza. Obskurnym autobusem lokalnym pojechałem do Szczakowej, gdzie złapałem pośpieszny na Kraków, ale nie zdążyłem kupić biletu w kasie. Siadłem w wagonie restauracyjnym, zgłosiwszy przedtem konduktorowi, że jestem bez biletu. Powiedział „załatwimy to przed Krakowem”, a kiedy zobaczył, że idę do restauracyjnego, zmartwił się. „Tam kontroluje kolega, to on zarobi, a nie ja”.

Rzeczywiście, zjawił się „kolega”. Poprosiłem, żeby mi wypisał bilet. Miało to kosztować 70 zł łącznie z karą. Wziął ode mnie pięćsetkę, poszedł zmienić, a potem położył przede mną całą zmienioną sumę i jakiś stary, wyświechtany bilet. „Na ten bilet też pan przejdzie. Po co tyle płacić?” Dałem mu 20 zł. Nie potrafiłem jakoś przeciwstawić się temu. Oczywiście, że skusiła mnie ta „oszczędność”, ale chodzi także o to, że odmówić to znaczyło powiedzieć temu człowiekowi „jesteś oszustem”, na co on zresztą godzi się z pokorą biedaka. Tymczasem drugi konduktor zaglądał przez drzwi z żałosną miną psa, któremu umknął zając. Poszedłem do niego i dałem mu 10 zł, brnąc coraz dalej w nieuczciwym współczuciu. Bardzo byłem zły na siebie, bo oczywiście ten przejaw słabości świadczy, że i w większych sprawach mogę poślizgnąć się równie łatwo. Takie to było głupie i niechlujne, i przynależne właśnie do tej Polski z Jaworzna. A ostatnimi czasy zacząłem czuć niebezpieczną skłonność do zadowolenia z siebie.

00:03, andsol-br
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 19 czerwca 2016
Niszczycielka
POSŁANKA BEATA KEMPA w Tarnowie, w pięknej Sali Lustrzanej. „Zniszczę gender” – taką rzuca poselską obietnicę. Ktoś z sali: „A co pani powie o prezydencie Komorowskim? On się na hrabiego robi, a czytałem w gazecie, że jego dziadek Osip Szczykunowicz z żydowskiej rodziny, co polskich hrabiów Komorowskich zamordowali i przywłaszczyli sobie nazwisko, herby, majątek i ten sygnet, co on nosi! Żydowski!”.

(Czy ktoś z obecnych zreflektował się, że ten opętaniec nie boi się tak mówić, wie, że nic mu nie grozi, że Żydzi się nie zemszczą, nie „rządzą”, można powtarzać każdą podłość, każdy idiotyzm?)

A co na to pani Kempa? Nic. Kiedy uczestnik w swetrze domaga się odpowiedzi, ona opędza się: „Innym razem”. Taka zuchwała w Sejmie, tak śmiało atakuje premiera Tuska, zapowiada „zniszczenie gender”, a tu, wobec opętanego nienawiścią warchoła zabrakło jej odwagi. Czemu nie powiedziała: „Wygaduje pan brednie!”, czemu nie potępiła powtarzania idiotyzmów? Przecież ona wie, że to idiotyzmy! Ale to idiotyzmy wymierzone w tamtą stronę, jej nie szkodzą – tak jej się wydaje, chociaż naprawdę szkodzą.

To wpis z 2014 roku z Powrotu do bezsennych nocy Józefa Hena.

04:39, andsol-br
Link Dodaj komentarz »
sobota, 18 czerwca 2016
Bezliczbowo

Mój poprzedni wpis zachęcał do wyobrażenia sobie życia bez liczb. Kłopoty pojawiały się z każdej strony, więc niby nie ma o czym więcej mówić, życie bez liczb wydaje się jak bez skóry, każdy krok by bolał. A jednak chcę jeszcze raz wdać się w to, nie dla ćwiczenia się w opowiadaniach s-f ale w dość poważnym celu. Zastanawiam się skąd nam przyszła taka bliskość z liczbami.

„Przez liczbę będziemy tu rozumieli ...” Nie, proszę się nie obawiać. Jeśli będzie nudno to nie przez złe chęci a przez nieumiejętność mówienia prościej o trudnych rzeczach (trudnych dla mnie). Liczby mogą być te najsympatyczniejsze, od których zaczynają dzieci, szczególnie jeśli pani w przedszkolu podsuwa im patyczki czy fasolki i przykazuje liczyć. Dlaczego potrafimy zliczać, przeliczać? Czy to budowa oka jest odpowiedzialna? Pozornie tak, bo do stosiku odkładamy tylko patyczki i nie ma tam klocków, czekoladek i bucików – czyli rozróżniamy kształty, pojmujemy podobieństwa i dostrzegamy odrębność patyczków – ale to są bardzo zaawansowane wymysły naszych mózgów, do tego dochodzą po wielu latach treningu. A jak to się dzieje, że w masie plamek z otaczającego świata umiemy robić te wycinanki i porównania?

Proszę nie wierzyć w żadne krótkie i proste odpowiedzi. Potem człowiekowi tylko wstyd, że w jakieś brednie wierzy. Nie pamiętam kiedy to było, ale bardzo się zasromałem, że trzymałem w głowie tę brednię, że mamy stereoskopowe widzenie dlatego, że mam dwoje oczu, a nie jedno. Przecież to by miało sens gdybyśmy żyli na płaszczyźnie. A w trzywymiarowej przestrzeni coś jeszcze chyba tu działa, prawda? (Prawda, jest sporo artykułów z tytułami podobnymi do „Jak działa oko”, więc mogę przeskoczyć nad tym).

Bardzo dawno temu przeczytałem książkę pod dwuznacznym tytułem „Świat zmysłów”. Nie dotyczy ona pogoni za kobietami czy mężczyznami, a odbierania informacji o świecie przez zwierzęta. W oryginale nazywała się nieco sensowniej, „Magie der Sinne im Tierreich”. Autor, Vitus B.Dröscher, zmarł parę lat temu zostawiając wiele książek wartych przeczytania. Brak mi na regale tej wspomnianej, bo chętnie bym do niej wrócił, ale coś o wężach pozostało mi w pamięci do dzisiaj. Otóż to ich oko po środku myślącego czoła mierzy naszą czy inną zawartość kaloryczną, a nasze ruchy odbierają dzięki odbieraniu wibracji powietrza. I gdy przeczytałem to, zrodziło się we mnie obsesyjne pytanie, dla którego nie potrafiłem wymyślić żadnej hipotezy, choć bez wątpienia warto by było, ale nie przyszło by to za darmo, bo musiałbym stać się biologiem, neurofizjologiem, fizykiem, filozofem no i nabyć parę innych umiejętności. Pytanie to brzmi: gdyby węże stworzyły cywilizację, jaka by mogła być ich matematyka?

Niezłym punktem wyjścia do myślenia o tym by było zastanowienie się nad naszymi zmysłami: nie tylko osławionym wzrokiem, słuchem, smakiem, węchem i dotykiem, ale i ich mniej słynnymi towarzyszami, bo przecież nie widzimy temperatury, nie używamy żadnego z pięciu sensów niosąc po ciemku bez rozlewania szklankę wody (tu nie tylko równowaga, ale i coś z napięciem muskularnym gra rolę), nie z powodu dotyku wymiotujemy gdy brzuszek mówi „oj, nie trzeba było tego wsadzać do buzi”. I wcale nie jest tak oczywiste które zmysły są odpowiedzialne za wymyślenie liczby. Wzrok? Czemu nie, ale może właśnie niekoniecznie. Już bardziej oddałbym tu hołd słuchowi, bo tupnięcia jeża docierają jako bardziej wyodrębnione sygnały niż pojawienie się przed nosem pewnej masy jagód.

Tak po prawdzie, podejrzewam, że najbardziej odpowiedzialny za nasze poczucie, że czegoś jest ileś tam, jest seks. W klasycznym wydaniu jeden to za mało, trzy za dużo, musi być dwa i tego musu wcale by nie było gdy nasz popęd do posiadania kolejnych pokoleń był rozwiązywany przez pączkowanie.

Nie jestem pewien czy to jest ujęcie godne rozpowszechniania w szkołach przy refleksjach o matematyce. Tym bardziej, że przy nauce religii dzieci dowiadują się, że dwójca w trójcy jest jednym i to razem z pomysłami o seksie prowadziłoby do sporego zamieszania.

03:13, andsol-br
Link Komentarze (16) »
czwartek, 16 czerwca 2016
Dzień odwyku

Jak zabrać się do przekonywania ludzi, że matematyka to nie zbytek a instrument do zmieniania świata? Tyle o tym napisano dobrych książek, że wystarczy zachęcić do przeczytania którejś z nich, prawda? Na przykład tej z pięknym tytułem Miara rzeczywistości. Kwantyfikowanie i zachodnie społeczeństwo, 1250–1600.

Ale chcę zaproponować coś innego, a dostępnego i dla dzieci i dla tych, co wolą nie czytać po angielsku i dla tych, co w ogóle książek nie lubią. A mianowicie, skupmy się tylko na jednym matematycznym pojęciu, na liczbie i odskubmy się od niego na jeden dzień. Dzień odstawienia od liczb. Można od picia, palenia, jedzenia, kłócenia się, więc można spróbować i od liczenia.

Ale tak na poważnie. I zastanowienie się nad tym przyniesie silniejsze wrażenie niż czytanie wspomnianej, wcale nie cienkiej książki. To, że nie będzie tego dnia myślenia o pieniądzach, to najmniejszy kłopot. Tv też nie będzie, tam kanały używają tych... no... Do domu trzeba wracać nie kierując się napisami z tymi nie-literami. Mowy nie ma o zegarku, chyba że jest jakiś pokazujący czas plamkami. I tak dalej. I nawet na palcach nie wolno .... bo to też jest ...czenie.

Odmowę wdania się w tę zabawę zrozumiem bez wysiłku – strach, że można nigdy z tego nie wyjść, bo jak nie ma zegarka to skąd wiedzieć czy już można przerwać ten koszmar?

02:41, andsol-br
Link Komentarze (7) »






PT KOMENTATORZY, wiedzcie: wyrzucam (prawie) wszystkie komentarze gdy link z ksywki prowadzi do działań komercjalnych. To jest blog psa ogrodnika: sam nie zarobię tu i innym nie pomogę.