Słowa w ordynku. Słowa w ataku i w obronie. Pomieszane. Refrakcja słów w stali i w wodzie. Odbicia słowne i zwidy. Ład i gładkość. Spazmy i erupcje. Kojący wpływ soku z passion fruit. Od rzeczy i do rzeczy. Krótko mówiąc. Ostatnie słowo. Na początku był skowyt.
RSS
czwartek, 01 marca 2007
Nawyk palenia

Palono książki od setek lat. Czasami z autorami,
czasami obok. Ceremonia tak
pełna znaczeń
jak palenie tkanin, które stały się flagami

Ciekawe czy mógłbym wrzucić bezkarnie do ogniska
dziełka Janusza Korwina-Mikke czy Macieja Giertycha
argumentując, że źle one pachną.

Nie będę sprawdzał, bo czasy są niedobre dla
palących. Der Spiegel pisał wczoraj, że niejaki
Lars K. i jego sześciu kolegów mają w Magdeburgu
rozprawę za publiczne spalenie w zeszłym roku
„Dziennika Anny Frank”. Świadek zeznał, że wrzucano
książkę do ognia mówiąc
to i tak wszystko kłamstwa.

Rozumiem, że ci ludzie mają w mózgu kaszkę mannę
ale czy jej wieloletnie wytwarzanie zostanie
odwrócone przez zapeklowanie ich do ciupy? Wątpię.
Więc jeśli akceptujemy izolowanie za bałwańskie
przekonania to może zacząć budować więzienia dla
synów i wnuków tych osób? Bo jeśli przekonanie
przetrwało 60 lat to przetrwa i następne 60.

A co zrobić z osobami uważniejszymi w ujawnianiu
swych poglądów, a mających kaszkę mannę z tego
samego garnka? Na przykład licznych wykładowców
kijowskiego MAUP czy warszawskiego UKSW?

13:38, andsol-br
Link Dodaj komentarz »
środa, 28 lutego 2007
Zamach na polską kulturę
Czytam dziś w prasie:

Plotka powodem ataku na karetkę pogotowia

We wsi pod Bukaresztem kilkanaście osób zaatakowało karetkę pogotowia. Powodem była plotka o tajemniczym ambulansie, który porywa dzieci. [...] Kierowcę karetki i ratownika przed zlinczowaniem uratowała policja. Atakujący byli przekonani, że mają do czynienia z karetką, o której opowiada się w okolicy, że porywa dzieci. Celem porwań miało być pobranie od nich organów do przeszczepów.


Nie plotka, a szczera prawda, tylko informacje nieścisłe. Wyrzuć „dzieci, organy, okolice Bukaresztu”, wstaw chorzy, pochówek, centrum Łodzi i honor wzbogacenia kultury europejskiej nowym tematem wraca tam, skąd wyszedł.

Lokalne rumuńskie władze nie potrafią wytłumaczyć, skąd wzięła się ta plotka, bo od długiego czasu nie odnotowano tam żadnego zaginięcia.

Jasne, że nie potrafią. Spryciarze. Już Niemcy chcieli nam porwać Mikołaja K., teraz Rumuni by sobie przyswoili Andrzeja N. i Dariusza K.

Niedoczekanie. My co nasze jeszcze do konstytucji unijnej wpiszemy.
21:05, andsol-br
Link Komentarze (2) »
wtorek, 27 lutego 2007
Kto puścił te kaczuszki na szerokie wody?

Niepokoiło mnie to pytanie: stało, się pytało i się nie odpowiadało. Więc przekazałem je przyjaciołom i ciekawe rzeczy o okolicznościach i świeżej historii mi powiedzieli. Może teraz troszkę lepiej rozumiem scenę, na której takie cuda mogły się zdarzyć. A jeśli miejsce, czas i pogoda z ostatnich lat jest jako-tako zrozumiała, mogę skupić się na aktorach i na akcji.

Co do aktorów, to w istocie zdarzenie wykazało triumf ducha nad sensem. Jeśli duch się zamknie na wiele lat w jednej tylko obsesji, a będzie ona bardziej zależna od rzeczy pozornych niż od praw przyrody, duch może zwyciężyć. Powinno dodać to wiary w siebie tym, co marzą w domu o sławie i potędze. To niestety może się udać. Ale w nieoczekiwanej scenerii.

I tu jawi się kwestia akcji. Czemu tyle w niej nienawiści, czemu przez kłamstwa i donosy idzie ku dyktaturze?

Tego pytania nie przyjęliby do żadnego kwizu. Zbyt łatwe. Otóż brudne zagrania są najszybsze. Prościej jest nakazać niż przekonać, zmienić reguły gry niż uczyć się gry u lepszych. Najkrótszą drogą między dwoma punktami w politycznej geometrii jest intryga.

Jasne, że cechy jednostki, jej rozgoryczenie długim czasem oczekiwania na spełnienie marzeń, jej brak przygotowania do działań po zakończeniu wieloletniej batalii, to wszystko może dodać ciemnych tonów – ale nawet gdyby słodki Kubuś Puchatek wbił sobie do główki, że chce być dyrygentem wiedeńskiej filharmonii, doszłoby do płaczu i zgrzytania zębów nawet przy próbie odegrania „Wlazł kotek na płotek”. Gdy wiemy jaki składnik wchodzi na scenę w jakim momencie i w jakiej temperaturze, da się dość dokładnie przewidzieć końcowy efekt, tak w greckim dramacie jak i w chemii.

Więc można to wszystko tak opowiedzieć:

Była sobie pewna kura, co na szczycie kościoła ujrzała koguta. Nie wiedziała, co on tam robi ale wiedziała, że być tam chciała. Gdyby ktoś jej powiedział, że on na osi się kręci, może by plan życia zmieniła, ale w kurniku mądrych kur nie miała i przez to coraz bardziej chciała.

I tak długo chciała, że na szczyt kościoła wzleciała. Dużo pierza tam fruwało, dużo brzydkich słów przed kościołem opadało, ale co stać się miało, to się stało.

A teraz kuprem kręci, niezborne podpórki z obu stron przystawia, skrzydełko łamie, hymny śpiewa fałszując, a Lud Boży pod kościołem nieskory jest do oklasków i nikt nie zawoła, że ta kura jest dużo piękniejsza od koguta.

Może to potrwać, ale wiadomo jak jej przygoda się skończy. Tego dnia trzeba będzie dzieci od tv odganiać, bo brzydko będzie pachniało.

 

Wiele osób dziwi się, że tak to nowe jest podobne do starego - wtedy przypominam sobie genialną intuicję artysty, który już to pokazał. Końcówka „Balu wampirów” Polańskiego. Szczęśliwy koniec, zwycięski profesor i jego asystent odjeżdżają z Transylwanii. Kolorowe konie i sanie, biały śnieg, kamera najeżdża na szyję asystenta i widz dostrzega dziurkę po ukąszeniu wampira. Sanie gonią w daleki świat.

 

I tu temat drobiu jest wyczerpany.

Naród też.

22:06, andsol-br
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 26 lutego 2007
„Szanuj patynę”, rzecze Tadeusz


Chciałem wstawić do witryny stare zdjęcie B., ale bez plamek i kresek. Przypomniałem sobie cuda, które Tadek, mój przyjaciel artysta, robi Photoshopem, więc poprosiłem go o radę. Przysłał, ale w nieoczekiwanej postaci:

Po pierwsze nie jestem zwolennikiem poprawiania czasu i jeśli chodzi o te zadrapania i patynkę na zdjęciu to jest to jak taśma filmowa, jak krakelura na obrazie Leonarda. W każdym przypadku robi to czas i to jest cenne.

To prawie jak w sklepie z organicznym pożywieniem. Chcę kilo ryżu, dostaję półtora kilo filozofii. Ale ze skruchą przyznaję, że zasługuję na to. Gdy przychodzą do mnie z prośbą o poradę, zamiast dać o co proszą ja też wpycham to, co mam za najlepsze w składziku.

Cóż, wypada posłusznie przyjąć radę specjalisty. Jeśli Wrocław jest oklejony jego siedmiopalcową ręką, to widać mają go za dobrego grafika i Roma locuta. Więc tylko cichutko włączyłem xv, wprawdzie to nie Photoshop ale tę żółtą plamę na dole zdołam tym programem wyciąć i może Tadek tego nie zauważy...

Mija parę dni i temat patyny nawraca. Dorota i Michał dbają o docywilizowanie mnie i w przysłanej biblioteczce są dwie książki z wyśmienitego „wydawnictwo czarne”. W „Znikającej Europie” o Norwegii pisze Vetle Lid Larssen i widzę te zdania:

Patyna zawsze miała swoich zwolenników i obrońców w historii duchowości europejskiej. Nie tylko romantycy czcili to, co porośnięte mchem i roślinnością, zniszczone, organiczne. Czas sam w sobie zawsze miał wartość. Fakt, że jakaś rzecz była stara, nadawał jej szczególną jakość. Dzieło, budowla, człowiek miały swoją wartość i dodatkowo wartość, jaką nadawał im czas. Dzieło sztuki szlachetniało z upływem czasu, wchłaniało go i stawało się jeszcze piękniejsze, przyciemnione, wyblakłe. Do chwili, gdy dobrobyt umożliwił Europejczykowi odnowić i wyremontować świat. Wieki zostały starte z obrazów i budynków. Pojawiły się detale. Ale dusza się ukryła. Renesansowe pałace nabrały wyglądu udekorowanych tortów. Freski Michała Anioła przekształciły się w Kaczora Donalda.

Świetne.

Do pospierania się.

Ale może poczekać. Jeśli nie ma racji dziś, to i jutro jej nie będzie miał. A ja poszukam paru zwrotów dla mojej racji.
11:50, andsol-br
Link Dodaj komentarz »
1 ... 181
 






PT KOMENTATORZY, wiedzcie: wyrzucam (prawie) wszystkie komentarze gdy link z ksywki prowadzi do działań komercjalnych. To jest blog psa ogrodnika: sam nie zarobię tu i innym nie pomogę.