|
wtorek, 09 lutego 2010
Pasja
Dzi¶ mia³o byæ co¶ zupe³nie innego. Ale czas i ja chodzili¶my bez wspólnych wskazówek i rozle¼li¶my siê. Dlatego poka¿ê co¶, co mam gotowe w komputerze. Mo¿e to znasz, ale jest tak dobre, ¿e da siê przeczytaæ wiele razy. Recenzja filmu. Nie, nie ogl±da³em go, bywaj± filmy, do których nawet tak wy¶mienita recenzja mnie nie zachêci. A wiêc po¿yczka: Umberto Eco, Rak, esej ze stron 306-309. Orygina³ opublikowany w „L'Espresso” w kwietniu 2004 roku.
Rêce precz od mojego syna!
A wiêc tak, obawiaj±c siê serii pytañ i chc±c za³atwiæ sprawê
raz na zawsze, poszed³em obejrzeæ Pasjê Mela Gibsona.
I to z wyprzedzeniem, w obcym kraju (gdzie przynajmniej ogl±dania
filmu zakazano nieletnim), bo przecie¿ na ekranie i tak mówi± po
aramejsku, tote¿ mo¿na zrozumieæ najwy¿ej Rzymian, którzy
krzycz±: „I!”, ¿eby powiedzieæ „Spadaj!”
Muszê od razu wyznaæ, ¿e film, technicznie bardzo dobrze zrobiony,
nie jest (o czym w ostatnich tygodniach czêsto i bezmy¶lnie
dyskutowano) wyrazem antysemityzmu, czy te¿ chrze¶cijañskiego
fundamentalizmu, obsesyjnie ow³adniêtego mistyk± krwawego po¶wiêcenia.
To tylko zwyczajny splatter, film, który ma zrobiæ kasê,
proponuj±c widzom tak du¿o krwi i przemocy, ¿e Pulp Fiction
wydaje siê przy nim kreskówk± dla przedszkolaków.
Filmy rysunkowe w rodzaju Toma i Jerry'ego korzystaj±
z wzorca opowiastki, której bohaterowie zostaj± rozsmarowani
przez walec drogowy i przeniesieni na CD, wypadaj± z wie¿owca
i rozbijaj± siê na drobne kawa³ki, zostaj± zmia¿d¿eni przez drzwi.
Tyle ¿e tutaj p³ynie znacznie wiêcej krwi, ca³e hektolitry krwi,
któr± wyra¼nie dowioz³y na plan cysterny, nape³nione dziêki
staraniom wampirów z ca³ej Transylwanii.
To nie jest film religijny. Wizerunek Jezusa nie odbiega od
obrazu wyniesionego z nauk do Pierwszej Komunii i karmi siê
z góry przyjêtym za³o¿eniem, ¿e Chrystus by³ dobry. Jego stosunki
z Bogiem Ojcem s± histeryczne i ca³kowicie ¶wieckie, równie
dobrze mog³yby obrazowaæ stosunki Charliego Mansona z Szatanem,
ale tutaj nawet Szatan przemyka siê chy³kiem, przebrany za
ma³ego pedzia, a wobec tak wielkiego marnotrawienia czerwonych
krwinek w koñcu on równie¿ czuje siê nieswojo. Z drugiej strony
najmniej przekonuj±co wypada fina³owa scena zmartwychwstania,
tak¿e rodem raczej z tablic anatomii ni¿ z dzie³a Summa
theologica.
Ten film nie ma nic wspólnego z wysublimowan± pow¶ci±gliwo¶ci±
Ewangelii, pokazuje wszystko to, co Ewangelie przemilczaj±, ¿eby
pozwoliæ wiernym na bezg³o¶n± medytacjê nad najwiêkszym w historii
ludzko¶ci po¶wiêceniem, a tam, gdzie Ewangelie ograniczaj± siê do
powiedzenia, ¿e Jezus zosta³ poddany ch³o¶cie (po trzy s³owa
u Mateusza, u Marka i u Jana, ani s³owa na ten temat u £ukasza),
Gibson ka¿e go najpierw biczowaæ trzcinami, potem w ruch id± nabite
¿elaznymi kolcami rzemienie, wreszcie drewniane pa³ki, a¿ stan finalny
budzi u publiczno¶ci skojarzenia z maksymalnie zbitym miêsem, które
wygl±da jak niedosma¿ony hamburger.
Nienawi¶æ Gibsona do Nazareñczyka musi byæ niewyobra¿alna, kto wie,
jakie dawne urazy wy³adowuje on na coraz bardziej skrwawionym ciele
Jezusa, i ca³e szczê¶cie, ¿e filologia na to nie pozwala, inaczej nie
omieszka³by mu pod³±czyæ do j±der elektrod i na dok³adkê zaaplikowa³by
jeszcze lewatywê z ropy naftowej. W³a¶nie dziêki takim zabiegom powinno
siê w mniemaniu niektórych odczuwaæ zdrowy dreszcz w obliczu Ocalenia.
Mo¿e i tak.
Czy jest to film antysemicki? Je¿eli mia³ powstaæ splatter wed³ug
receptury westernu, role musia³y byæ jednoznaczne: dobry wystêpuje tu
przeciwko z³ym, a ¼li powinni byæ tak ¼li, ¿e bardziej ju¿ nie mo¿na.
Ale je¿eli w rolach z³ych charakterów obsadzono tutaj kap³anów ze ¶wi±tyni,
to jeszcze gorsi s± Rzymianie, typu Czarny Piotru¶, który z szyderczym
¶miechem przybija Myszkê Miki do krzes³a tortur.
Zapewne Gibson powinien by³ pomy¶leæ o tym, ¿e obsadzenie Rzymian w roli
z³ych (zreszt± podsun±³ nam to ju¿ Asterix) nie grozi podpaleniem Kapitelu,
podczas gdy w przypadku ¯ydów nale¿y zachowaæ wiêksz± ostro¿no¶æ. Ale od
kogo¶, kto zamierza nakrêciæ splatter, nie mo¿na oczekiwaæ zbyt wiele.
Ca³e szczê¶cie, ¿e zdjêty skrupu³ami, pokaza³ po trzech prawie dobrych
¯ydów i Rzymian, którym coraz to nasuwaj± siê w±tpliwo¶ci (patrz± na
publiczno¶æ, jakby chcieli zapytaæ: „Czy my czasem nie popadamy
w przesadê?”), ale nawet ich wahanie s³u¿y wy³±cznie spotêgowaniu
wra¿enia, ¿e wszystko w tym filmie jest niezno¶ne, je¿eli ju¿ wcze¶niej nie
dopad³y was md³o¶ci na widok tego, co wytryskuje spomiêdzy ¿eber.
Gibson w lot chwyta my¶l, ¿e Jezus musia³ cierpieæ, i podobnie jak Poe,
który uwa¿a³, ¿e najbardziej wzruszaj±c± i romantyczn± scen± jest ¶mieræ
piêknej kobiety, przeczuwa, ¿e najbardziej kasowy splatter powinien
przepu¶ciæ Syna Bo¿ego przez maszynkê do miêsa. ¦wietnie mu to wychodzi,
i muszê powiedzieæ, ¿e kiedy Jezus wreszcie kona i przestaje nas drêczyæ
(lub epatowaæ) swoj± mêk±, i kiedy zrywa siê huragan, a ziemia dr¿y
i rozrywa siê zas³ona ¦wi±tyni, ogarnia nas niejakie wzruszenie, poniewa¿
w tym momencie, choæby nawet w formie meteorologicznej, odczuwamy podmuch
owej transcendencji, której filmowi tak nieszczê¶liwie brakuje.
Tak, i w³a¶nie wtedy daje siê s³yszeæ g³os Boga Ojca. Ale zdroworozs±dkowy
widz (a równie¿, mam nadziejê, i wierny) zrozumie, ¿e Bóg Ojciec w³a¶nie
w¶ciek³ siê na Mela Gibsona.
Glosa
Ten mój Zapisek na pude³ku od zapa³ek wywo³a³ na internetowej
stronie tygodnika „L'Espresso” o¿ywion± dyskusjê. Jak by³o
do przewidzenia, jedni byli za, drudzy przeciw. Ale w¶ród licznej rzeszy
tych, którzy byli przeciw (pominê takich, którzy wrêcz oskar¿yli mnie o to,
¿e sta³em siê longa manus ¿ydowskiego lobby), wiêkszo¶æ by³a zdania,
¿e ironizujê na temat Mêki Chrystusa (tej historycznej), a nie na temat
Pasji Gibsona.
To znaczy, ¿e nie potrafili dojrzeæ ró¿nicy miêdzy Chrystusem z filmu
a Chrystusem z Ewangelii. Oni nie patrzyli na aktora, który wcieli³ siê
w postaæ Jezusa, oni ujrzeli Jezusa z krwi i ko¶ci.
Uto¿samiæ wyobra¿enie z Rzecz± Sam± – to jedna ze wspó³czesnych
form ba³wochwalstwa.
W ka¿dym razie winien jestem wdziêczno¶æ czytelnikowi, który napisa³:
„Drogi Umberto, nigdy Ci nie wybaczê, ¿e opowiedzia³e¶ mi
zakoñczenie filmu”.
poniedzia³ek, 08 lutego 2010
Poczdam (2)
Cykl urywków z Meeting at Potsdam (autorem jest Charles L.Mee) zacz±³em
tutaj. Dzi¶
zamieszczam fragment rozdzia³u XIII zatytu³owanego Fantazje i koszmary.
Na konferencji w Teheranie, Roosevelt i Churchill zgodzili siê na przyznanie
Rosji portu Köningsberg w Prusach Wschodnich, i w Poczdamie Stalin prosi³ o
potwierdzenie tego porozumienia. Zgodnie z amerykañsk± relacj± z rozmów
„Rosjanie narzekali, ¿e wszystkie porty ba³tyckie zamarza³y. Zamarza³y
na d³u¿ej czy na krócej, ale zamarza³y. Rosjanie o¶wiadczali, ¿e
potrzebowali przynajmniej jednego portu bez lodu, odebranego Niemcom”.
Tak Truman jak i Churchill zgodzili siê natychmiast i w atmosferze
wytchnienia i serdeczno¶ci, dnia 23 lipca potwierdzili umowê z Teheranu.
George Kennan, który nie by³ obecny w Poczdamie, by³ zaskoczony tym
porozumieniem. W istocie, zauwa¿y³ Kennan, Rosja mia³a ju¿ trzy porty
„w praktyce wolne od lodu”: Ventspils [Windawa], Liepaja [Lipawa]
i Balitsky [?]. „Z drugiej strony, Königsberg le¿y 49 km od otwartego
morza , na koñcu sztucznego kana³u, który zamarza przez wiele miesiêcy w
roku i wymaga lodo³amaczy, by utrzymaæ go otwartym. Ponadto, Königsberg jest
dostêpny tylko dla statków o ¶redniej wyporno¶ci, z zanurzeniem nie
przekraczaj±cym 25 stóp. W obu aspektach jego jako¶æ nie
ró¿ni siê wiele od Rygi, która ju¿ przypad³a Zwi±zkowi Radzieckiemu...”
Ale ¿aden z tych faktów nie przeszkadza³ Stalinowi i nikt nie zamierza³
sprzeciwiæ siê mu. Wrêcz odwrotnie, gdy Truman wróci³ do Stanów
Zjednoczonych, cierpliwie wyja¶nia³ spo³eczeñstwu amerykañskiemu, ¿e uwa¿a³ za s³uszne zaspokojenie odwiecznej
chêci Rosjan posiadania niezamarzaj±cego portu. Taka by³a w³adza Trzech
Wielkich, ¿e nie tylko mogli zmieniaæ granice, tworzyæ sfery wp³ywów,
sprawiæ, by miliony Niemców istnia³y lub znik³y – lecz tak¿e mogli
rozpu¶ciæ lód w Köningbergu. Ta ich wspólna fantazja sta³a siê faktem w
Radzieckiej Encyklopedii z 1953, która, odmiennie od uprzedniego wydania,
opisywa³a Köningsberg jako „wolny od lodu”. Kennen doszed³ do
oczywistego wniosku: „je¶li kto¶, po 1945, my¶la³, ¿e widzia³ lód na
kanale w Köningsbergu, nie widzia³, nie. To by³o z³udzenie o¿ywiane
anty-sowieckiemi przes±dami.”
Ma³y obrazek,
st±d wyciêty,
barwniejsz± uczyni tê historyjkê.
niedziela, 07 lutego 2010
Choremu otuchê nie¶æ
...potem z siostr± jego mówi³em – potem by³y przerwy kaszlu, potem
moment nadszed³, ¿e nale¿a³o go spokojnym zostawiæ, wiêc ¿egna³em go, a on,
¶cisn±wszy miê za rêkê, odrzuci³ sobie w³osy z czo³a i rzek³:
„...Wynoszê siê!...” – i pocz±³ kas³aæ, co ja, jako mówi³,
us³yszawszy, a wiedz±c, i¿ nerwom jego dobrze siê robi³o silnie co¶ czasem
przecz±c, u¿y³em onego sztucznego tonu i ca³uj±c go w ramiê rzek³em, jak siê
mówi do osoby silnej i mêstwo maj±cej: „...Wynosisz siê tak co rok... a
przecie¿, chwa³a Bogu, ogl±damy siê przy ¿yciu”.
A Chopin na to, koñcz±c przerwane mu kaszlem s³owa, rzek³: „Mówiê ci,
¿e wynoszê siê z mieszkania tego na plac Vendôme...”
Cyprian Kamil Norwid, Pisma wybrane, ¦wiat ksi±¿ki 2002, str.239.
Informacja o siostrze to bonus :) Jak widaæ – mia³.
sobota, 06 lutego 2010
Kulmowa - Ubóstwo
Obieca³em przypomnieæ te cykle Aporemów Joanny Kulmowej, których nie ma w Sieci i dzisiaj zamieszczam 5 miniaturek umieszczonych w rozdziale Ubóstwo.
Przypomnê te¿, ¿e Kulmowa pamiêtana jest w Kraju jako autorka dla dzieci. No to, maleñstwa, przykucnijcie przy blogu.
1
2
3
4
5
pi±tek, 05 lutego 2010
Poczdam (1)
Ca³e szczê¶cie, ¿e w szko³ach nauka historii to dzielni królowie, piêkne podboje i patriotyczny lud, bo przecie¿ s³ysz±c prawdê m³odzie¿ demoralizowa³aby siê okropnie szybko. Ale gdy charakter ju¿ jest ustalony i ma niewielk± szansê na wymianê, rosn±ca ciekawo¶æ faktów nie grozi moraln± katastrof±. Odwiedzaj±cym ten blog doros³ym osobom, przekonanych (jak ja), ¿e w kwestii danych grano z nimi przewa¿nie w bambuko, przekazujê zaczynaj±cy siê teraz cykl jednotematycznych wpisów, zawieraj±cych kêsy ksi±¿ki Spotkanie w Poczdamie (Meeting at Potsdam). Wkrótce po pierwszym wydaniu w 1975 roku by³a to „Ksi±¿ka miesi±ca”, ale miesi±c min±³ i po tylu latach ma sens przypomnieæ j±. Autor, Charles L. Mee, ma teraz prawie 72 dwa lata i wikipedia opowie jak je u¿ywa³. Tu istotne jest, ¿e jako do¶wiadczony autor teatralnych sztuk wiedzia³, ¿e odbiorcy nie nale¿y nudziæ, co odró¿nia go od wiêkszo¶ci osób dokumentuj±cych niedawn± przesz³o¶æ.
Przedstawiane urywki pojawi± siê w sekwencji logicznej, lecz nie tematycznej czy chronologicznej. Logik± wyboru rz±dzi upa³. Gdy jest ponad 30°C, sk³onny jestem wybieraæ kawa³ki krótsze. Ach, t³umaczenie (azali¿ pierwsza próba przek³adu na polski?) jest obijalne, bo niebezpo¶rednie z orygina³u. Ponadto zak³adam, ¿e kto tu siê pojawia nie potrzebuje wyja¶nieñ dotycz±cych trzech jedno¶ci tego dramatu.
Dzisiejszy urywek (a mam 33°C) wyjêty jest z rozdzia³u XVII. Nowa ekipa brytyjska (Labour Party wygra³a wybory i Churchill nie spotka siê ju¿ z jak¿e lubionym przezeñ Joe) pojawia siê na scenie i poznawszy szybko Stalina noc± pojawia siê w „Bia³ym Domku” na towarzyskie spotkanie z Trumanem. Bohaterem epizodu jest Ernest Bevin, nowy brytyjski minister Spraw Zewnêtrznych. Natomiast admira³ William D. Leahy, cz³onek delegacji USA, wybór w pewnej mierze zawdziêcza swoim zaletom: „by³ przewidywalny [...] i nieodmiennie lojalny swemu szefowi”.
W pewnym momencie w ci±gu rozmowy Bevin zbli¿y³ siê do mapy na ¶cianie gabinetu Trumana, by zilustrowaæ co¶, co mówi³ o Polsce. Gdy Anglicy poszli sobie Leahy powiedzia³ Trumanowi, ¿e jedyne, co „wyk³ad Bevina przy mapie” pokaza³, to ¿e Bevin niewiele wiedzia³ o Polsce. Leahy zapamiêta³, ¿e prezydent zgodzi³ siê z tym.
czwartek, 04 lutego 2010
Zatka³o mnie
Publicysta Matthew M. Anger zmarnowa³ u mnie kredyt, którym obdarzam nieznanych mi autorów, gdy ³upn±³ tak± bredniê na temat papieskich postaw dotycz±cych „rytualnych mordów”:
Ostatni przypadek, gdy który¶ papie¿ odrzuca³ takie gwa³towne plotki, nast±pi³ gdy ¦w. Pius X interweniowa³ w obronie rosyjskiego ¯yda, Mendela Bejlisa, któremu wytoczono proces w 1913 roku za „mord rytualny”, jawnie absurdalne oskar¿enie bez dowodów. Pod naciskiem Watykanu, car Miko³aj go uwolni³.
Nawet gdybym nie pisa³ o procesie Bejlisa przed dwoma laty oraz nigdy o sprawie nie s³ysza³, i tak groteskowo wygl±da³aby mi informacja o Watykanie wywieraj±cym naciski na cara, i o carze uwalniaj±cym podejrzanego ¯yda. A gdyby cz³owiek ów przynajmniej do Wikipedii zajrza³, doszed³by do wniosku, ¿e to Czarna Sotnia a nie Watykan przyczyni³a siê do uwolnienia oskar¿onego (na ³awie, w¶ród 12 przysiêg³ych, wszystkich chrze¶cijan, 7 by³o z tej anty¿ydowskiej organizacji).
Pó¼niej rozbawi³ mnie on gdy w jakim¶ artykule opar³ siê na danych „polskiego historyka, prof. Macieja Giertycha”. Oczywi¶cie nie wspomnia³, ¿e to historyk smokologii.
Ale tym razem przebi³ to wszystko... Zastanawia ciê czemu wracam do tekstów tak kompromituj±co nierzetelnego cz³owieka? Przyczyna prosta, wda³em siê w lektury dotycz±ce Piusa XII i to nie moja wina, ¿e co czytam kogo¶ go broni±cego to napotykam my¶licieli tej jako¶ci. Ostatnio napotkana próbka jest u nas nawet w formie ksi±¿kowej, w pracy zbiorowej Ukrzy¿owany zgorszeniem dla ¿ydów z 2002 (wydawnictwo skromnie zwie siê Te Deum). Kto¶ to wystawi³ w Sieci i mo¿esz sprawdziæ czy passus ten dzia³a na ciebie tak jak na mnie. Tak czy inaczej, ostrzeg³em. A teraz cytujê:
Je¿eli konkretni katolicy, w³±czaj±c w to duchownych, byli obojêtni albo nawet wspierali nazistowski eksperyment, ich moralne zaniedbania nie s± bezprecedensowe. Z drugiej jednak strony, b³êdy te nie stanowi± wiêkszego oskar¿enia dla naszej Wiary ni¿ tchórzostwo nowoczesnych "katolików", którzy ignoruj± lub nawet wspieraj± tzw. regulacjê poczêæ, która poch³onê³a wiêcej ofiar, ni¿ hitleryzm i stalinizm razem wziête.
¶roda, 03 lutego 2010
Jak zostaæ cenionym przez historiê politykiem
¦cie¿ka by³a ju¿ nieco przetarta, ale zaros³a w ci±gu d³ugiego okresu chwastami i Kraj znowu przedziera siê przez nie, krocz±c ku prawdziwemu kapitalizmowi. Mo¿na optymistycznie stwierdziæ, ¿e ju¿ dotarli¶my tam, gdzie Europa by³a przed stu laty. Dlatego szukaj±cy drogowskazu z napisem „ad astra” m³ody polityk móg³by zainteresowaæ siê tym, co my¶la³ Clement Attlee; ten cz³owiek jest nieodmiennie sytuowany w badaniach opinii publicznej w¶ród najlepszych brytyjskich premierów XX wieku.
Otó¿ w swej ksi±¿ce z 1920 roku Dzia³acz spo³eczny Attlee napisa³:
W cywilizowanej spo³eczno¶ci, choæby sk³ada³a siê z licz±cych na siebie jednostek, zawsze znajd± siê osoby nie potrafi±ce w pewnych okresach swego ¿ycia zadbaæ o siebie – i problem tego, co ma siê z nimi staæ mo¿e byæ rozwi±zany na trzy sposoby. Mog± byæ pozostawione sobie, mog± otrzymaæ od zorganizowanej spo³eczno¶ci opiekê jako swoje prawo, oraz mog± oczekiwaæ dobrej woli jednostek tej spo³eczno¶ci. Pierwsze jest nie do przyjêcia, a co do trzeciego: dobroczynno¶æ mo¿liwa jest bez utraty godno¶ci tylko miêdzy równymi. Zapewnione prawnie ¶wiadczenia, takie jak renty w posuniêtym wieku, nie przynosz± tyle goryczy co dotacje przyznawane biednemu przez bogatego, zale¿ne od pogl±dów dawcy o charakterze odbiorcy i mog±ce skoñczyæ siê wedle jego widzimisiê.
Argumentacja k³adzie nacisk na kwestiê godno¶ci, a nie kosztów. Czy nie daj Bo¿e Panie/Panowie maj± k³opoty ze zrozumieniem tego tekstu? PS. Z ostatniej chwili: w³a¶nie czytam w nowym wpisie Je¿a Wêgierskiego o niepokoj±cych tendencjach idealizowania dyktatury Kádára. Cytuje on pewne zjawiska, które maj± z tym zwi±zek, w¶ród nich to: „W ca³ej EU tutaj jest najni¿sza gotowo¶æ pomagania s³abszym (starszym, chorym, uchod¼com, itd.)”
wtorek, 02 lutego 2010
S³ów tyle ile trzeba
Zwi±zki sztuki i rzeczywisto¶ci zale¿± nie tylko od spo³eczeñstwa ale i od okresu. Rabindranath Tagore mia³ w niskim powa¿aniu który¶ utwór muzykalny baroku, bo imitowa³ ¶piew skowronka. Mo¿e mia³o to dlañ estetykê jelenia na rykowisku. Ca³y ¶wiat Islamu jest pe³en wyrafinowanych wzorów geometrycznych, a odrzuca przedstawianie ludzkich twarzy. Ale w Europie nie zawsze s³ownictwo przypominaj±ce realn± ludzk± mowê by³o dopuszczalne w formach literackich. Zabawne, ¿e m³odopolskiej literaturze odbi³a szajba i u¿ywa³a udziwacznionego jêzyka o sk³adni bizantyjskiej.
Te zjawiska s± z pewno¶ci± badane w niejednej pracy doktorskiej, wiêc wystarczy tu tylko wspomnieæ, ¿e istniej±. I ¿e bywaj± okresy „parcia na rzeczywisto¶æ”, gdy arty¶ci staraj± siê w³±czyæ ca³e jej gotowe bloki do swoich tworów, nierzadko ograniczaj±c do niezbêdnego minimum w³asny dostrzegalny wk³ad. Muzyka konkretna, obrazy z collage, formy literackie lepi±ce teksty gazet i dokumentów.
By³ cz³owiek, który zdo³a³ skomponowaæ ca³e dzie³o ze zdañ doskonale na¶laduj±cych wiadomo¶ci prasowe. Nie by³a to zaledwie gra s³ów, bo doniesienia o zgonach, skandalach, spiêciach spo³ecznych malowa³y wizerunek epoki tak nieprzychylny, ¿e móg³ zast±piæ okrzyk oburzenia kogo¶ ¿±daj±cego zmiany systemu. Wydaje siê, ¿e rozwija³ styl pisz±c dla swych kolegów memoranda i raporty gdy pracowa³ w Ministerstwie Wojny w latach 1881-1894.
Félix Fénéon by³ zwolennikiem anarchizmu ale nie bra³ udzia³u w zamachach i gdy kiedy¶ zosta³ aresztowany, policja nie zdo³a³a obwiniæ go za ¿adne dzia³ania. Choæ typ francuskiej demokracji z koñca XIX wieku nie przystaje do naszych pojêæ o wolno¶ciach osobistych, to jednak posiadanie pogl±dów nie by³o karalne.
Swoje miniaturki drukowa³ w 1906 roku w gazecie Le Matin. Mia³y od 100 do 135 znaków graficznych. Wystarcza³y, by Guillaume Apollinaire orzek³, ¿e ju¿ przed futurystami Fénéon „wyzwoli³ s³owo”. Ale choæ by³ krytykiem, wydawc±, przyjacielem wielu s³ynnych artystów, nie chcia³ byæ publikowany. Powiedzia³ kiedy¶, ¿e jego aspiracj± jest milczenie. Chyba ma to zwi±zek z jego wcze¶niejsz± kpin±: „jestem jak te ma³py, co milcz± ze strachu, ¿e Murzyni przymusz± je do
pracy”.
Jego towarzyszka zachowa³a wycinki prasowe, sta³y siê one podstaw± ksi±¿ki Les Nouvelles en trois lignes wydanej w 1948 roku. Potem odszukano w prasie inne jego pere³ki i kolejne wydania ros³y rozmiarami i wp³ywami. Jeden z krytyków nazwa³ je „skondensowan± Komedi± ludzk±”.
W 2007 pojawi³o siê w Stanach t³umaczenie Novels in Three Lines (Powie¶ci w trzech liniach) i Félix Fénéon zaistnia³ w ¶wiecie.
Oto parê próbek.
W sporze politycznym dziennikarz, pan Bégouen i pose³, pan Bepmale, wyzwali siê od
„z³odzieja” i „k³amcy”. Dosz³o do pojednania.
„Je¶li mój kandydat przegra, zabijê siê”, o¶wiadczy³ pan Bellavoine
z Fresquienne w Seine-Inférieure. Zabi³ siê.
By³ to ju¿ dworzec w Vélizy, ale poci±g jeszcze siê toczy³. Niecierpliwa
pani Gieger po³ama³a nogi.
Bóg nie dba ju¿ o pijaków: Kersilie, z Saint-Germain, który wzi±³ okno za
drzwi, jest martwy.
Pomoc kuchenna z Nancy, Vital Frérotte, która w³a¶nie wróci³a z Lourdes
uleczona z gru¼licy, zmar³a w niedzielê przez pomy³kê.
Siedemdziesiêcioletni ¿ebrak Verniot, z Clichy, umar³ z g³odu. W swoim
sienniku ukrywa³ 2000 franków. Ale nie nale¿y uogólniaæ.
Miêdzy Vautour, Lenoir oraz Atanisem w kawiarni na Rue Fontaine dosz³o do
wymiany paru kul w kwestii tycz±cej ich ¿on, które nie by³y obecne.
Zbyt wiele osób og³asza „obetnê ci uszy”. Vasson, z Issy, nie
powiedzia³ s³owa Biluetowi, ale obci±³ krótko i g³adko.
Odpalona przez jej piêcioletniego syna, raca ¶wietlna wybuch³a pod spódnic± pani Roger, z Clichy. Szkody by³y znaczne.
Córy Brestu sprzedawa³y iluzje, tak¿e pod postaci± opium. U wielu policja
znalaz³a pastê i fajki.
„Och, wykrzykn±³ przebieg³y cz³ek spo¿ywaj±cy ostrygi, per³a!”
Siedz±cy obok biesiadnik kupi³ j± za 100 franków. Cena: pó³tora franka na
bazarze w Maisons-Laffitte.
Lekarz przeprowadzaj±cy autopsjê tajemniczo zmar³ej panny Cuzin z Marsylii
og³osi³ wyniki: samobójstwo przez uduszenie.
„Macie, nie bêdê wam wiêcej przeszkadza³” powiedzia³ pan Sormet z
Vincennes swojej ¿onie i jej kochankowi i wypali³ sobie w ³eb.
Scheid, z Dunkierki, strzeli³ trzy razy do swojej ¿ony. Poniewa¿ za ka¿dym
razem spud³owa³, wycelowa³ w te¶ciow±. Strza³ by³ udany.
W Oyonnax panna Cottet, 18, spali³a kwasem twarz pana Besnard, 25.
Mi³o¶æ, oczywi¶cie.
poniedzia³ek, 01 lutego 2010
Mikrotony
Powiedzmy, ¿e 12 pó³tonów to mi ma³o. Gdzie szukaæ wiêkszej obfito¶ci d¼wiêków?
Z przyczyn uczuciowych zacznê od tego pomys³u klawiatury:
bo autor to Polak. I z Wroc³awia. I matematyk. To szkic z artyku³u
Jana Mycielskiego Keyboards for pure music, opublikowanego w J.Acoust.
Soc.Am 63(6), June 1978. Pierwsza wersja posz³a do redakcji w 1972. Jak to
trwa... Wtedy by³ ju¿ w Boulder, Colorado. I niestety zosta³o na pomy¶le. O
ile wiem nie u¿yto tego do skonstruowania realnego instrumentu. Dopisek: ca³y artyku³ Jana Mycielskiego w postaci „technical report” jest dostêpny jako CU-CS-109-77.pdf. Wielkie dziêki, Jurku, za odszukanie tej linki.
Wiêc przejd¼my do gitary, która mog³aby zak³opotaæ niejednego gitarzystê:
– to po¿yczka z artyku³u, w którym mo¿na te¿ znale¼æ d¼wiêki po³o¿one na kó³ku, a tak¿e linki do artyku³ów o muzyce mikrotonalnej. Inny instrument pana J.Dudon to chandravina, za chwilê bêdzie mo¿na go us³yszeæ razem z semantic Daniélou – zdjêcie tej ostatniej klawiatury te¿ jest zamieszczone we wspomnianym artykule.
Je¶li nie masz do¶æ ogl±dania niecodziennych klawiatur, to tu jest ich nieco. A je¶li chcesz wiêcej ballad celtyckich udaj±cych muzykê Indii (oraz na odwrót), to zerknij tutaj. Ale¿ oczywi¶cie, to ten sam Alain Daniélou, o którym w³a¶nie pisa³em. Tancerz, my¶liciel, muzyk, organizator, teoretyk muzyki, twórca instrumentu, pisarz. I to wszystko w ci±gu jednego jedynego ¿ycia.
niedziela, 31 stycznia 2010
BMR
Tony Blair nie przeprasza lecz atakuje. Trudno by³o wierzyæ w³asnym uszom ale transmisja z BBC by³a dobrej jako¶ci. Ten sam be³kot co przed laty, o broniach masowego ra¿enia, tylko ¿e teraz wpl±tywanie w to Iranu.
Je¶li rzeczywisto¶æ docieraj±ca doñ przez lata na tak odpowiedzialnym stanowisku nie pomog³a mu staæ siê uczciwym i powa¿nym cz³owiekiem, nic go teraz takim nie uczyni. Czyli parê spisanych tu uwag nie jest dla niego ale dla ludzi, na których wp³ywaj± zdjêcia dobrze ubranych ludzi i energiczny g³os. Rzeczy, które piszê, s± doskonale znane, chodzi o ich przypomnienie.
1. Irak i terrorystyczne organizacje. Po osi±gniêciu pe³ni w³adzy ¿adna dyktatura nie wchodzi w spó³ki z nieobliczalnymi idealistami i fantastami. Nie ma potrzeby. Zysk ¿aden, ryzyko wielkie. Hussajn kontrolowa³ poprzez BAAS co chcia³ w Iraku kontrolowaæ, a jego apetyty zewnêtrzne nie by³y podsycane przez brodatych Azjatów a wrêcz odwrotnie.
Sytuacja ta by³a rozgrywana tyle razy w ró¿nych miejscach, ¿e chyba ucz± tego na wstêpnych kursach instytutów politycznych. Je¶li jaka¶ fakcja ma powi±zania z bandziorami (uzbrojonymi idealistami, je¶li wolisz) to dlatego, ¿e nie dominuje w krajowej polityce i stara siê ich wykorzystaæ do swoich, nie dla ichnich celów. Owszem, obecnie w Iranie nie ma ani demokracji ani zdecydowanej dyktatury. 100 lat ba³agani±cych tam w wewnêtrznych sprawach Rosjan, Brytyjczyków i Amerykanów uniemo¿liwi³o doprowadzenie kraju o skomplikowanych stosunkach etnicznych i religijnych do jakiego¶ stabilnego stanu.
2. Zagro¿enie Izraela przez irañsk± broñ atomow±. Je¶li spodziewaæ siê powtórki znanych historycznych schematów, to Iran zrzuci bomby atomowe na dwa irackie miasta o wiêkszo¶ci szyickiej po to, ¿eby Izrael siê wystraszy³.
3. Historia u¿ycia BMR w XX wieku. Proszê zajrzeæ na zestawienie konfliktów opisanych tutaj, chodzi o lata 1915-1988. U¿ywaj±ce broni chemicznych kraje to (alfabetycznie) Francja, Irak, Japonia, Niemcy, UK, USA, W³ochy. Wiêkszo¶æ z nich nie le¿y w Azji.
4. Ryzyko dla ¶wiata zachodniego. Praktyka (po WWII, z odliczeniem wojen kolonialnych czy d±¿±cych do utrzymania nieutrzymywalnych zgni³ych dyktatur) wskazuje, ¿e najwiêkszym ryzykiem w kwestii bezpieczeñstwa jest Exocet. Proszê zobaczyæ tutaj nazwy 29 krajów aktualnie posiadaj±cych tê broñ.
Nawiasem, ogl±daj±c w kanale AXN film Helikopter w ogniu (Black Hawk Down) z 2001, bêd±cy do¶æ uczciwym opowiadaniem o zaj¶ciach w Mogadiszu z 1993 roku, moi synowie spytali mnie: „sk±d ci Somalijczycy mieli takie wyrafinowane bronie?” Sporz±dzi³em listê krajów rado¶nie sprzedaj±cych co maj± czy co produkuj± w kwestii uzbrojenia, ale u¶wiadomi³em sobie, ¿e nie potrafi³bym zrobiæ listy licz±cych siê krajów, które takimi handlami siê nie zajmuj±. Czy kto¶ potrafi utworzyæ tak± listê?
5. Sumienie ¶wiata. Jakikolwiek wyrok w Hadze w procesie Radovana Karadzica mia³by du¿o wiêksz± warto¶æ argumentu politycznego gdyby toczy³ siê równolegle do procesu Tony Blaira w sprawie jego wspó³odpowiedzialno¶ci za ¶mieræ ponad 100 tysiêcy Irakijczyków.
sobota, 30 stycznia 2010
Okiem ofiary
W czasie jednej z wizyt tutaj drakaina zastanawia³a siê co móg³ sobie my¶leæ syn Abrahama gdy ju¿ siê dowiedzia³, ¿e tatu¶ go nie pokroi na kawa³ki. Dziwne, ale znalaz³em czê¶ciow± odpowied¼. Nie u Izaaka, rzecz jasna, bo nie wiemy nic o dziele „Ja, syn po¶wiêcony”, ale Alain Daniélou pisa³, i to sporo. Przewa¿nie o Wschodzie i erotyzmie, ale te¿ o swojej zdumiewaj±cej rodzinie, w The way to the labyrinth: memories of East and West (ksi±¿ka ta jest w google books). Zacytowane urywki s± ze stron 15 – 17. Alain mówi o swojej matce.
Kiedy¶ s³ysza³em jak mówi³a – s±dzê, ¿e cytowa³a matkê ¦w. Augustyna – „Wola³abym ujrzeæ mego syna martwym ni¿ pope³niaj±cym ¶miertelny grzech”. Moja matka wyg³osi³a te nieszczêsne s³owa z wielk± powag±, wykazuj±c niewiarogodny brak intuicji psychologicznej. Bóg jawi³ siê jakim¶ ojczymem i kochankiem, którego kaprysy matka by³a sk³onna zaspokoiæ choæby i po¶wiêcaj±c w³asnego syna. Tyle razy czyta³a ¯ywoty ¦wiêtych, ¿e nader teatralne i melodramatyczne cechy takiego stwierdzenia nie k³opota³y jej. Gdyby ten Bóg za¿±da³ od niej, by mi, jak Izaakowi, poder¿niêto gard³o, czy by to wykona³a? Czy mo¿e k³ama³a, by lepiej kontrolowaæ swych synów? Jakby nie chcia³o siê na to spojrzeæ, zdecydowanie wygl±da³a na niebezpieczn±.
My¶lê, ¿e wielce dopomog³em studiuj±cym z niezawodnej sciaga.pl, która domaga siê:
Rozwiñ biblijn± opowie¶æ o próbie Abrahama. Opisz uczucia Abrahama i Izaaka oraz krajobrazy i opisy przedmiotów.
pi±tek, 29 stycznia 2010
Czytaj±c Plutarcha
Plutarch? Tak, by³ taki. Kiedy¶ go musiano czytaæ. ¯ywoty s³ynnych mê¿ów. Mo¿e i do teraz czytaæ musz± na historii i filozofii. Ale kto go czyta z dobrej i nieprzymuszonej woli? Chyba nie matematycy.
I dlatego tak d³ugo potrwa³o, nim u niego dostrze¿ono liczby Schrödera. Jak one wesz³y do IX tomu Moralii Plutarcha je¶li Friedrich Schröder je wymy¶li³ w 1870 roku? Zapewne pope³ni³ plagiat z wyprzedzeniem 18 wieków. Ale zauwa¿ono to ca³kiem niedawno.
Co licz± liczby Schrödera, ³atwo je znajdziesz w Wikipedii (np. w angielskiej: Schröder numbers), ale geometryczne skojarzenia i warianty to nowinki z ostatniego wieku. Oryginalnie chodzi³o o to: masz ci±g n znaków, na ile sposobów mo¿esz tam nawstawiaæ pary nawiasów? I okaza³o siê, ¿e kto umie liczyæ liczby Catalana (mo¿e na pocz±tek we¼ trójk±t Pascala) to radzi sobie i z liczbami Schrödera.
A Plutarch tak pisa³:
Chrysyppus mówi, ¿e ilo¶æ z³o¿onych zdañ, które mog± byæ utworzone jedynie z dziesiêciu prostych stwierdzeñ przekracza milion. Hipparch zaprzeczy³ temu pokazuj±c, ¿e z³o¿onych zdañ twierdz±cych jest 103.049, a zaprzeczaj±cych 310.952.
Sam wymiar tych liczb (pamiêtasz, ¿e Grekom notacja dziesiêtna liczb ani siê nie ¶ni³a?) zaskakuje. Ale najwiêksze zaskoczenie pojawi³o siê w 1994 roku gdy maj±cy wówczas 45 lat student matematyki David Hough (zabra³ siê za matematykê dwa lata wcze¶niej) odkry³, ¿e pierwsza z liczb podanych przez Plutarcha to s(10), dziesi±ta liczba Schrödera. Czyli Hipparch jako¶ wymy¶li³ sposób uporz±dkowania zgrupowañ 10 zdañ (bez zmian kolejno¶ci), czyli ustawiania miêdzy nimi „nawiasów” i jako¶ doliczy³ siê ile tego by³o.
Pisa³ o tym w 1997 roku w American Math. Monthly Richard P.Stanley (104, str.344-350).
Co do drugiej liczby, najsensowniejsza wysuniêta hipoteza to ta, ¿e Hipparch pomyli³ siê o 2, bowiem suma s(10) i s(11) to podwojenie liczby 310.954. Sk±d tu bierze siê s(11), czyli jedena¶cie symboli zamiast dziesiêciu? Zapewne chodzi³o o dodatkowe s³owo „nie”, zaprzeczenie. A dlaczego to mia³a byæ ¶rednia z tych dwóch liczb? Ha, bywaj± takie rzeczy, ¿e cz³owiek nie bardzo wie jak siê za to zabraæ. Ale Alexandre Borovik w artykule Coxeter Theory: The Cognitive Aspects pokazuje co¶, co mo¿e i jest prawd±.
No, to¶my sobie poczytali Plutarcha.
czwartek, 28 stycznia 2010
Liczbowe gry w Wariatkowie
Ostatnio przy drodze prowadz±cej do ¶wiêto¶ci Piusa XII wyrasta coraz wiêcej zdumiewaj±cych liczb odnosz±cych siê do olbrzymich t³umów ¯ydów, uratowanych przez Watykan w ogólno¶ci a Piusa XII w szczególno¶ci.
Tak napisa³em w moim wpisie przed miesi±cem
i obieca³em zaj±æ siê uwa¿nie tymi danymi. Có¿, s³owo siê rzek³o... ale gdy
obiecywa³em nawet nie wyobra¿a³em sobie jak bêdzie pachnia³a ta koby³ka.
Prawdê mówi±c, temat jest jak bambus, ci±gniesz takie k³±cze i odkrywasz, ¿e
to ca³y las, korzeniami oplataj±cy olbrzymi teren. Rozs±dnie bêdzie roz³o¿yæ
sobie pracê na etapy a dzi¶ zaj±æ siê tylko jednym jedynym ale bardzo jasnym
przyk³adem. Artyku³ w GW z
4 marca 2009 rzecze
300 stron dokumentów, o których informuje fundacja "Pave the way", odnalaz³
w tajnych archiwach Watykanu niemiecki historyk Michael Hesemann. Wskazuj±
one na to, ¿e Pius XII przyczyni³ siê do uratowania 80 tysiêcy wêgierskich
¯ydów, przekonuj±c rz±d w Budapeszcie by odst±pi³ od ich deportacji. Dziêki
papie¿owi 12 tysiêcy ¯ydów mieszkaj±cych w innych krajach Europy uzyska³o
wizy do Dominikany. [...] Przekona³ te¿ rz±d Brazylii do przyjêcia 3
tysiêcy ¯ydów i pomóg³ w wystawieniu im fa³szywych aktów chrztu by mogli
zostaæ uznani za "aryjczyków".
Odmienianie minionego ¶wiata traktuj±c go niczym
opowiadanie s-f bardzo podnosi temperaturê fraz cisn±cych siê na my¶l, ale
nie odda³bym tym nikomu dobrej przys³ugi. Muszê opowiadaæ (a najlepiej:
cytowaæ) jak najspokojniej, wierz±c, ¿e czytelnik, jak sama nazwa wskazuje,
potrafi czytaæ.
Zacznê od przyczyniania siê w kwestii ¯ydów
wêgierskich. Zwrot ten nie opisuje dzia³añ, wiêc nieco specyficznych
informacji o tej sprawie zaczerpnê z
tego opracowania
(Alija, Julian Grzesik str.16-17):
Niemcy respektowali suwerenno¶æ Wêgier do marca 1944
r., na skutek czego, kraj ten stanowi³ dla ¯ydów bezpieczn± wysepkê na morzu
Zag³ady. Sytuacja uleg³a jednak radykalnej zmianie, gdy w marcu 1944 roku
zjawia siê na Wêgrzech Eichmann ze swym dziesiêcioosobowym zespo³em, by na
miejscu nadzorowaæ ostateczne rozwi±zanie. [...] Hitlerowcy [...] czynili
konsekwentne przygotowania do ostatecznego Rozwi±zania, czyli deportacji 600
000 ¯ydów mieszkaj±cych w owym czasie na Wêgrzech. W akcji ratowania ¯ydów
wêgierskich, zaanga¿owa³y siê ambasady pañstw neutralnych, jak Szwajcarii,
Hiszpanii, Portugalii i Szwecji. Udziela³y one paszportów, przyznawa³y
obywatelstwa, zapewnia³y pobyt i pracê w swych krajach. Szczególn± aktywno¶æ
w tym wzglêdzie przejawia³ sekretarz ambasady szwedzkiej Raul Wallenberg.
Dziêki tym zabiegom uda³o siê ulokowaæ w obozie pod Budapesztem - pod
ochron± pañstw neutralnych - 33 000 ¯ydów z paszportami zagranicznymi.
[...] Obóz w O¶wiêcimiu zosta³ specjalnie przygotowany na przyjêcie ¯ydów
wêgierskich. W tym celu podci±gniêto tory kolejowe pod samo krematorium.
Ca³y okres deportacji ¯ydów wêgierskich trwa³ nie d³u¿ej ni¿ dwa
miesi±ce. [...] Dziesi±tki tysiêcy ¯ydów wêgierskich pad³o ofiar±
spontanicznych pogromów, bowiem w getcie budapeszteñskim znajdowa³o siê
wówczas oko³o 160 000 ¯ydów. Dziêki syjonistom ¶wiat dowiedzia³ siê o
dokonywanych na Wêgrzech deportacjach. Posypa³a siê lawina protestów ze
strony pañstw neutralnych oraz Watykanu. Nuncjusz papieski nie omieszka³
przy tym wyja¶niæ, ¿e protest Watykanu nie zrodzi³ siê z „fa³szywie
rozumianego wspó³czucia”. Dostarczono aliantom listê 70 osób, g³ównie
odpowiedzialnych za te zbrodnie. Lista ta zosta³a publicznie og³oszona, przy
czym zapowiedziano surowe ukaranie tych osobników. Ponadto Roosevelt
wystosowa³ ultimatum, w którym zagrozi³, ¿e „los Wêgier bêdzie inny ni¿
wszystkich krajów cywilizowanych (...) o ile deportacje nie zostan±
przerwane”. Na potwierdzenie tej pogró¿ki, 2 lipca 1944r. dokonano silnego
bombardowania Budapesztu. Pod tak± presj± Wêgrzy podjêli decyzjê przerwania
deportacji.
Z kolei, 12 tysiêcy ¯ydów i Dominikana. Wizy dosta³o 5 tysiêcy, wjecha³o tam
645 osób. Sprawa jest d³u¿sza i ciekawa. I nie ma zwi±zku z Piusem
XII, lecz z Rooseveltem, wiêc mo¿e poczekaæ na
na osobny wpis. Proszê jeszcze nie
klikaæ na tê linkê, bo wpis zmaterializuje siê w lutym.
Teraz Brazylia. „Przekona³ te¿ rz±d Brazylii do przyjêcia 3
tysiêcy ¯ydów i pomóg³ w wystawieniu im fa³szywych aktów chrztu by mogli
zostaæ uznani za "aryjczyków"”.
Niedawno
pisa³em
o ksi±¿ce Avrahama Milgrama „¯ydzi z Watykanu”
T³umaczmy podtytu³: „Próba ratowania katolików – nie-aryjskich
– przed Niemcami w Brazylii poprzez Watykan”. Ocalono zaledwie 959
osób. Liczbê 3 tysiêcy zasugerowali w 1939 roku Brazylijczycy. Apel do Piusa
XII wys³ali (niezale¿nie od siebie) kardyna³ z Monachium Faulhaber i biskup
z Osnabrücku Berning, szukaj±cy od 1938 roku jakiego¶ ratunku dla katolików
¿ydowskiego pochodzenia. Biskup Berning pisa³ do papie¿a prosz±c, by uzyska³
u brazylijskiego dyktatora 3 tysi±ce wiz
[...] nicht den ohnehin in Palestina und USA so stark bevorzugten
mosaichen Juden sondern den so sehr benachteiligten christlichen Nichtariern
zukommen zu lassen, die in Deutschland durch die Kirche erreicht und auf
ihre Würdigkeit leicht geprüft werden könnten.
[...] nie dla ¯ydów wiary moj¿eszowej, którzy tak silnie s± preferowani w
Palestynie i USA, lecz by pozwoliæ odszukaæ dyskryminowanych nie-aryjskich
chrze¶cijan, których w Niemczech mo¿na przez Ko¶ció³ napotkaæ i
bez trudu dowie¶æ czy na to zas³uguj±.
Kryterium praktyczne: ¶wiadectwo chrztu sprzed 1935 roku – oraz bardzo
wysoka op³ata celna, który to wymóg wykluczy³ chrze¶cijan nie-aryjskich a
biednych. Ale o tym innym razem. Co do chrztu, w pierwszej grupie 200 osób
mia³o byæ paru ochrzczonych w Belgii ¶wie¿ej daty, wiêc strona brazylijska
za¿±da³a
che gli ebrei ai quali se accorda l'ingresso in Brasile debbono essere
battezzati da qualche anno almeno
by ¯ydzi, którym przyzwala siê na wjazd do Brazylii byli ochrzczeni przed
przynajmniej paru laty
a ambasada brazylijska w Watykanie poinformowa³a (co zanotowa³ dostojnik
watykañski), ¿e
Il Brasile non fa questione di razza, ma di religione.
Dla Brazylii nie ma znaczenia rasa, lecz religia.
Kto tu pisa³ o „fa³szywych aktach chrztu” wyra¼nie nie mia³
pojêcia o czym mówi³.
Ca³a ta rozmowa w gruncie rzeczy jest niepotrzebna, bo
prawdê mówi±c po pierwszym zdaniu
300 stron dokumentów, o których informuje fundacja "Pave the way", odnalaz³
w tajnych archiwach Watykanu niemiecki historyk Michael Hesemann.
mo¿na by³o... ach, obieca³em zachowywaæ siê spokojnie. Wyja¶niê wiêc tylko, ¿e nie ma
potrzeby czekaæ na publiczne ujawnienie owych
„dokumentów odnalezionych w Watykanie”, obiecane przez historyka
na rok 2013, bo wystarczy przyjrzeæ siê fundacji „Torujmy drogê”.
Jej twórca, Gary Krupp, uwielbia JPII i ma ku temu powody, to nie lada
sztuka dla ¯yda zostaæ uszlachconym w Watykanie. Tylko 7 ¯ydom to siê uda³o.
Z liczbami czêsto bywa na bakier, nie zastanawia siê jakim cudem móg³
papie¿ ukryæ
„przed nazistami jednego tylko dnia 7000 ¯ydów” – chodzi
oczywi¶cie o moment gdy Niemcy, po wyabdykowaniu Mussoliniego, weszli do
Rzymu. Przedtem ¯ydzi ¿yli tam spokojnie, W³osi ich nie tykali. Niemcy
wys³ali na ¶mieræ ponad tysi±c ich. S± dowody, ¿e irlandzki ksi±dz
Hugh O'Flaherty uratowa³ wielu (wraz z alianckimi ¿o³nierzami 4000 osób). No
to ¼le siê to sumuje, bo w Rzymie ¿y³o wówczas ko³o 7 tysiêcy ¯ydów.
Mniejsza o to. On jest ideologiem. Cz³owiekiem od faktów jest jego historyk,
Michael Hesemann. I tu jest p³ytko pogrzebany strasznie ¶mierdz±cy pies.
Pan ten ma w swoim dorobku wiele ksi±¿ek, o wielu wa¿nych sprawach. O
pierwszym papie¿u (zdumiewaj±ce odkrycie grobu pod bazylik± ¦w. Piotra), o
Tajemnicy Fatimy, o krêgach zbo¿owych, o tajnej historii UFO, o odkryciu
¦wiêtego Kielicha – no i tu
nale¿y wliczyæ jego odkrycie, ¿e Pius XII uratowa³ 850 tysiêcy ¯ydów i od
pocz±tku popiera³ syjonizm. Ach, nie od rzeczy jest wspomnieæ, ¿e arcybiskup
Dziwisz bardzo go ceni.
Ciekaw jestem czy dziennikarz GW, który postanowi³ oprzeæ swe doniesienie na tak godnym zaufania ¼ródle, by³ na haju czy po prostu po trzech setkach.
¶roda, 27 stycznia 2010
O fanklubach pierwiastków
Czy znasz rozwa¿ania, w których staranna analiza wielu dokumentów z Sieci pozwala na naukowe wyci±gniêcie wniosków o spo³eczeñstwie? Ciesz siê, tu niczego takiego nie bêdzie, bo zastanawiaj±c siê nad jednym jedynym wpisem Romana J. wyci±gnê nienaukowe wnioski i jest spora szansa, ¿e siê ze mn± zgodzisz mimo braku przypisów i socjologicznych analiz. Chodzi mi o to, ¿e jego wpis sprzed 32 miesiêcy
Jak Obliczyæ Pierwiastek
Si³± Woli i O³ówkiem mia³ parê tysiêcy czytelników.
Oj, trzeba szybko wyja¶niæ sk±d mam tak± szpiegowsk± wiedzê o czytelnikach
jego blogu. A zamie¶ci³em tam komentarz i ilo¶æ wizyt, które przysporzy³o
to memu blogowi pozwala mi na takie supozycje.
No i w czym rzecz? Ano, Roman, technicznie wykszta³cony, mia³ na studiach
sproro nieelementarnej matematyki, ale nie jest matematykiem. Przygotowuj±c
ów wpis dzia³a³ jako amator, którego pewne zjawisko matematyczne zaciekawi³o
i chcia³ przekazaæ innym swój moment fascynacji. I zdo³a³ to uczyniæ.
W jego wpisie nie ma obietnic, ¿e opanowanie przedstawionego tam algorytmu
przyniesie podwy¿kê pensji, lepsze naszkicowanie trajektorii budowanej w
domu rakiety czy ogólny rozwój mentalny, przynosz±cy harmoniê w rodzinie.
Po prostu opowiedzia³ o czym¶, co mia³ za ciekawe zjawisko. A jego
czytelnicy z pewno¶ci± nie kierowali siê wzglêdami u¿ytkowymi, bo szybciej wyci±galiby pierwiastek otwieraj±c swoje kalkulatorki i wype³niaj±c taki
przepis na niemy¶lenie: „liczba klik pierwiastek klik”.
Przed laty, gdy mo¿na by³o klikaæ siê tylko w czo³o, bo kalkulatory nie
istnia³y, owa technika by³a przymusowa i dzieci cierpia³y przez ni±. Nie ma
danych porównuj±cych ilo¶æ ofiar kokluszu i wyci±gania pierwiastka w owych
czasach, ale nie wykluczam, ¿e by³y przypadki samobójstw. Podrêczniki z ow±
technik± gruntownie szlag trafi³ i sztuka wyci±gania pierwiastka si³± woli
ujawni³a swoj± zasadnicz± cechê: jest Sztuk±.
Kto wie, mo¿e eliminacja 90% zawarto¶ci programów szkolnych matematyki
przynios³aby renesans zainteresowania Sztuk± Zale¿no¶ci i Regularno¶ci
w Pozornie Chaotocznym ¦wiecie. A blogi propaguj±ce niebanalne wzory
wypar³yby nudn± i sprowadzaln± do 15 zasadniczych schematów pornografiê. Oczywi¶cie, przy wprowadzeniu pewnych obostrzeñ we wstêpie do Blogów Matematycznych
– pamiêtasz historiê jak to Tom Sawyer musia³ pomalowaæ p³ot dla cioci?
Mo¿e zastanawiasz siê co mi znienacka odbi³o w ¶rodku lata, by przypominaæ wpis o tym algorytmie. Có¿, mamy w Brazylii bardzo
deszczowy styczeñ. Czy to ma zwi±zek z pierwiastkami? Kto wie... A poza tym
przeczyta³em niedawno artyku³ o staro¿ytnym pomy¶le, który autor nazywa
„greck± drabin±”. Dziwna drabina gdzie co drugi szczebel prowadzi
do góry, a pozosta³e – na dó³. Ale niech mu bêdzie. Ta drabina, czyli
sposób obliczania √2, to klasyk, nawet u B.
Russella w jego historii filozofii siedzi.
Oto ten pomys³: zacznij od pary liczb (1,1). Rób z niej nastêpn± (a potem
kolejn± itd) u¿ywaj±c zasady
parê (a b) zast±p par± (a+b 2a+b) .
Kolejne ilorazy b/a bêd± tworzy³y przybli¿enia liczby √2.
Nie powiem tu nic o zwi±zku tych przybli¿eñ z „ci±g³ymi u³amkami”
i konsekwencjami zapisania prostego wyra¿enia x²=2 najpierw w postaci
(x-1)(x+1)=1, potem jako x=1+(1+x)-1, a potem zwariowanego
pomys³u wstawiana iksa skomplikowanego w miejscu iksa prostego. Nie powiem,
bo to jest dobrze opisane w wielu miejscach, a chyba wiesz, ¿e unikam t³umu.
Ale powiem, ¿e ten artyku³, który wspomnia³em, to zapis wyk³adu Roberta J.
Wisnera z
zesz³ego roku
i ¿e w pokazuje on tam czemu (b/a)² jest coraz bli¿sze liczby 2 –
to tak proste, ¿e rzuciwszy tam okiem to zrozumiesz – ale najciekawsze
jest, ¿e wpad³ na pomys³ lekkiej modyfikacji tej drabiny.
Przedtem powiem, ¿e móg³ to wymy¶liæ m³ody czy stary, zawodowiec czy laik,
ssak czy p³az, takie to proste. Jak raz wymy¶li³ zawodowiec, bo Wisner by³
profesorem matematyki na uniwersytecie w Nowym Meksyku, niem³ody, bo ma
teraz ko³o 85 lat a wydaje siê, ¿e pomys³ mu wpad³ do g³owy gdzie¶ 10 lat
temu (wiêc i wtedy nie by³ m³ody), ale ka¿dy móg³ to zrobiæ. Mo¿e nie ka¿dy
móg³ sprawdziæ poprawno¶æ pomys³u, ale ka¿dy móg³ z tym eksperymentowaæ (to
jest wytworny synonim czasownika „bawiæ siê”).
Pomys³ polega na tym, ¿eby liczbê 2 zast±piæ wiêksz± liczb± naturaln± k.
To znaczy, znowu zacznij od pary (1 1). A potem
parê (a b) zast±p par± (a+b ka+b) .
Kolejne ilorazy b/a bêd± tworzy³y przybli¿enia liczby √k.
Oj, dla du¿ych k zadanie nie jest dla mê¿czyzn, bo wymaga sporo cierpliwo¶ci. Ci±g ilorazów przybli¿a siê powolutku do √k...
wtorek, 26 stycznia 2010
|
Ostatnie notki
Zak³adki:
ARCHIWUM czyli
Bie¿±ce lektury
Kiplingowe koty
Na temat
O Kraju
Pogodnie
Popieramoralnie
Przyjazne
Rozsiani
UK Vierablu (by³a tu)
Ró¿ne
Stanê³y
¦wiat
Tyle lektur
Tyle przyrody
Tyle sztuki
Vis in verba
W³asne
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||