|
poniedziałek, 13 lutego 2012
Rodzinne sprawy
Nie ma to jak zacząć tydzień kulturalnie i światowo – wszystkim przyjemnie się zrobi i przyklasną, żem jak ten pan od Puszkina, uczion i oczień mił. Nu, wot i pojechali, do potwornej kobyły, ale skoro nabyłem, to czytać muszę, a skoro czytam, to nikomu nie podaruję i pod nos podsunę. Hugo Grocjusz, De Jure Belli ac Pacis, czyli Prawo wojny i pokoju z 1625 roku. Piąty rozdział w pierwszym tomiszczu chyba wszystkich zauroczy.
1. O prawie rodziców dzieci tyczącym
I odnośnik właściwy jest tu, do Seneki, który w „Kontrowersjach” przedkładał, że główna rola jest ojca, a wtórna matki. I potem idą różne inne cytaty, z przeróżnych Ojców Kościoła (tego cywilizowanego, naszego).
2. O prawie sprzedawania dzieci
Drodzy Panowie, Tebanie, Frygowie oraz Pitekantropusy są po naszej stronie i
jeśli natura przypili a na ćwiartkę zbraknie, nie wahajcie się,
etiamsi daremus Deum non esse,
mamy tu poparcie Ojca Prawa Międzynarodowego.
I nie irytujcie ducha jego, bo jeszcze wróci i nas sprzeda.
niedziela, 12 lutego 2012
Rączki albo nie
Poprzedni wpis z zabawami wokół zapisywania
działań rachunku zdań
warto dopełnić uwagą o ciekawym pomyśle Jana Łukasiewicza.
Nie chodzi tu o jego słynną notację beznawiasową („Polish
notation”, cały naród przy jej okazji został nieco sławny) ale o
inną, bezargumentową! Uczono jej we Wrocławiu, kto chciał to ją znał,
ale nigdy nie widziałem jej w piśmie. Dziwne.
Przed pokazaniem jej chcę przypomnieć jak można tematem dręczyć – to jest
wyjęte z Wittgensteina Tractatus logico-philosophicus i w przykładowy
sposów autor upupia listą wszystkich możliwych funkcji logicznych z dwoma
zmiennymi, a każda z tych zmiennych ma tylko dwie możliwości, nazywane tam
F,P (fałsz, prawda). A czwórka literek w nawiasie opowiada co się dzieje gdy
właśnie takie wartości dostaje się dla kolejnych par: PP, FP, PF, FF.
Pomysł Łukasiewicza nie ma zastosowania do niczego, oprócz ułatwienia w
myśleniu o tych funkcjach, uzmysłowiania sobie, że jest ich właśnie 16 i są
wszystkie z jednej, bardzo ściśle związanej grupki. Polega na tym, że z
zaznaczonego kółka odchodzą (lub nie odchodzą) ku czterem możliwym parom
argumentów logicznych rączki w kierunkach wskazujących kiedy ta operacja
jest prawdziwa.
Na szkicu widać rączki dla alternatywy, implikacji i koniunkcji, a rączki dla wszyskich innych operacji, tudzież opisanie ich w języku tych trzech oraz negacji każdy może zrobić sobie sam. Tak, tichy ma rację, że robienie tego z użyciem wyłącznie kreski Sheffera byłoby nieco bolesne – ale jak są ludzie, którzy lubią końcówki szachowe to czemu kreska Sheffera nie miałaby mieć swoich wielbicieli?
piątek, 10 lutego 2012
Kreska Sheffera
Oryginalność, skrótowość, głębia… jakże cenimy te cechy u
poetów, aforystów, humorystów – gdy mówią o kondycji ludzkiej czy o
uczuciach. Uznanie dla tych cech pomniejsza się, a nawet zanika, gdy
uczłowieczanie tematu jest trudniejsze czy nieistniejące. A przecież to są
równie ważne błyski intelektu i tworzone przez równie cenne intelekty.
Mniejsza dostępność pojęć, zapora niedokształcenia, sprawia, że wiele
wspaniałych pomysłów, dużych i małych, żyje w jakiejś myślowej otchłani i
twórcom – naukowcom, informatykom, administratorom – nie biją
publicznie braw.
Myślę teraz o wymyślonej w 1913 roku kresce Sheffera – niby drobiazg, ale skoro sam
Bertrand Russell zachwycił się nią, jest w niej jakiś niepośledni urok,
mówiący komuś więcej niż ogary poszły w las. One wyszły i godnie
zakończyły żywoty, a kreska Sheffera jest ulubionym elementem opisu obwodów
scalonych. Co w niej takiego?
To jedna z wielu możliwych operacji zdaniowych, które zależą od dwóch
zmiennych – takich jak równoważność, koniunkcja czy implikacja
(jeśli kiedyś przemknęły ci przez ucho te słowa i chcesz je sobie
przypomnieć, na końcu wpisu daję linki do opowieści w odcinkach o rachunku
zdań, którą umieściłem tu przed paru laty). Z wyglądu nie łatwo domyślić się
jej urody, dziwna ona jakoś, bo „kreska Sheffera od p i q”
(co zapisuje się „p|q”) jest uznana za prawdziwą tylko gdy oba
zdania p, q są fałszywe. Ale Sheffer
zauważył, że z tej niepozornej operacji można odtworzyć wszystkie inne
– te najistotniejsze w praktycznych użytkach i nauczane w szkole tak są
odtwarzane:
¬ p ~ p|p Jak to kiedyś mawiano w przyzwoitych instytucjach pedagogicznych: „sprawdź to sam!”
0 Sprzeczność, tautologia, negacja i identyczność
środa, 08 lutego 2012
Wychowanie versus wykształcenie
Jak wiele jadłodalni rodzinnych, „Kącik Dziadka” łączy całkiem
dobre jedzenie z rozpaczliwą dezorganizacją. Ani im w głowie postawić dwie
osoby przy kasie gdy pierwsza najedzona fala chce odejść. Dla syna nie miało
to znaczenia, oparł się o ścianę blisko wyjścia na wprost klimatyzacji i
zdobywał punkty na komórce, a ja tkwiłem w kolejce. I nie tyle słuchałem co
słyszałem jak za mną towarzystwo umilało sobie przepływ czasu.
Wreszcie nadeszła moja chwila pozbycia się paru punktów w banku.
„Słyszałeś rozmowę tych ludzi za mną?” spytałem syna. Oczywiście
był w pełni wyłączony, więc za karę zrelacjonowałem mu szczegółowo.
Zaczęło się od dźwięcznej pani, która nagrałaby wszystkie filmy z Nickelodeon
i podobnych, bo wprawdzie wyrosła z nich, ale uważa, że są genialne i
powinny być zachowane dla przyszłości. Na przykład jest tam scena gdzie pada
odpowiedź „nie” i trzeba było powiedzieć jakie było pytanie. I
bohater zrobił flashback do dzieciństwa i przypomniał sobie pytanie matki
„chcesz oberwać?” Wtedy jeden z towarzyszących panów powiedział,
że mu to przypomina i przypomniał w całości. A przypominało mu to
„Autostopem przez Galaktykę” i opowiedział w zasadzie wszystko, aż
do momentu, gdy maszyna powiedziała, że odpowiedź na Pytanie o Życie brzmi
„41”. Ale ta pani nie zrozumiała nic.
Syn był nieco zgorszony. „Czy poprawiłeś go?”
„Nie, nikt mnie nie prosił o pomoc. Poza tym jak ona nie zrozumiała 41,
to jeszcze bardziej by nie zrozumiała 42.”
„Może masz rację” orzekł syn, „ale przynajmniej znałaby poprawną odpowiedź.”
poniedziałek, 06 lutego 2012
Porada lekarska z masażem
Do wydanej w 2009 roku biografii „Koestler – literacka i polityczna
odyseja dwudziestowiecznego sceptyka” Michael Scammell włączył
parę artykułów publikowanych o Koestlerze od 1998 roku. Dał dzieło duże i
rzetelne, przyznając się wielokrotnie, że mimo pytań zadanych licznym
osobom, które mogłyby wiedzieć, wiele kwestii pozostaje niewyjaśnionych.
Artur Koestler dokonał zręcznej sztuki ukrywając się i rozmywając ślady
pisząc wiele o sobie, szczerze, ale nie w pełni, wybiórczo, tyle odkrywając
co i zakrywając. Tak głośna postać, której głos podnosił się w każdej
istotnej kwestii jego czasu, odszedł tak szokująco jak żył – i zanikają
jego wpływy. Żyd oddany w pewnym okresie tworzeniu żydowskiej Palestyny
który przemilczał czego doznał z powodu antysemityzmu. Kolekcjoner
przygód erotycznych i współautor podręczników seksu, nie potrafiący mówić o
zawikłaniach seksualnych w swojej rodzinie. Dumny bard rodzinnej sagi
tający i przekręcający prawie wszystkie jej istotne elementy. Słynny z
działań i zaangażowania politycznego, a marzący o odegraniu w nauce roli
porównywalnej z Galileuszem. Bardzo trudny typ. Książka nie mogła być
cienka.
Przygotowanie Scammella do pisania widać nawet w jednozdaniowych opisach,
którymi opatrzył cytowaną bibliografię. Trzeba naprawdę dobrze wiedzieć o
czym się pisze, by móc sobie pozwolić na takie uwagi: „Uboga jako
biografia ale wyśmienita w kwestii syjonizmu Koestlera i jego postawy do
żydowskiego pochodzenia”, „Powierzchowna i źle
udokumentowana”, „Biografia Koestlera zrobiona nożyczkami i klejem
dla francuskich czytelników”, „Artykuł rozdęty do wymiaru
książki”. Ocen oddających autorom wiele walorów też jest sporo.
Zamiast streszczać, zacytuję. Coś mi mówi, że wystarczy to za zachętę.
Po stronie matki przodkowie Koestlera byli bogaci, sławni i z cennymi
koneksjami. Adele dorastała w luksusie, „ładna, dowcipna, wśród
zalotników” wydawało się, że miała cały Wiedeń u swych stóp. [...]
kształcona w niemieckim, francuskim i angielskim, przez pewien czas chodziła
do akademii sztuk pięknych i nierzadko spotykała się przy obiedzie z ciotką
Eleonorą, imponującą damą, która prowadziła słynną szkołę średnią dla
młodych dam, znaną powszechnie jako Jeiteleum. Postępowa kobieta z
feministycznymi instynktami, Eleanore nakłoniła swą napiętą siostrzenicę do
poradzenia się u wybitnego młodego żydowskiego lekarza o nazwisku Zygmund
Freud w sprawie kłopoczącego ją stale tiku.
Adele nie odniosła dobrego wrażenia. „Freud masażował mi szyję i zadawał głupie pytania” skarżyła się Koestlerowi prawie pięćdziesiąt lat później. „Mówiłam ci, to był obrzydliwy typ”. Powiedziała Kurtowi Eisslerowi, sekretarzowi Archiwów Zygmunda Freuda, że poszła do Freuda niechętnie („uważano człowieka za pół szalonego jeśli szedł do dr Freuda”) i natychmiast znielubiła go, głównie z powodu jego czarnych bokobrodów. Powiedziała, że gdy masażował jej szyję, Freud zapytał czy miała ukochanego. Zszokowana, odmówiła odpowiedzi i oddaliła się tak szybko jak mogła. Zainteresowanie Freuda seksem było „dziwaczne i skandaliczne” i choć jej przyjaciółki nie mogły doczekać się relacji o tej wizycie, Adele twierdziła, że w jej otoczeniu nikt go nie traktował serio.
piątek, 03 lutego 2012
Znaczki (ale nie filatelistyka)
Do ogródka, w którym hoduję refleksje o związkach między treścią i formą,
nowym i starym, technologią i tradycją i podobnymi okazami flory o
wielorakich użytkach, mile wkomponowuje się uwaga wydziobana z klasycznej
książki Floriana Cajori „A History of Mathematical
Notations”, a wywodząca się z dzieła „Principles of the
Algebra of Logic”, które napisał Alexander Macfarlane (1879).
Wspomniana tam Barbara to jeden z klasycznych sylogizmów, a bez niej dziś
matematycy mogą spędzać życie w pogodzie i urodzaju, bo wierzą w
przechodniość inkluzji.
Przyczyną tego, że przez tak długi czas Logika Formalna nie potrafiła sobie radzić z subtelnością natury było nadmierne zwracanie uwagi na zapisy obrazowe. Nie można było rozwinąć arytmetyki przy użyciu rzymskiego zapisu liczb; ani też nie może się rozwinąć Logika Formalna gdy Barbara jest przedstawiana jako
czy choćby i prostszą kościstą notacją De Morgana. Nie da się przekształcać danych przedstawionych tak prymitywnie.
Drugą stronę monety stanowią oczywiście autorzy, którzy nie radząc sobie
z używanymi notacjami wprowadzają rewolucyjnie odmienne oznaczenia w wierze,
że takie zaklinanie rzeczywistości zupełnie ją przetwarza.
Umiejętność tworzenia i przedkładania nowej notacji, moderowana przez powściągliwość w używania tego talentu, jest równie cenna jak rzadka.
czwartek, 02 lutego 2012
środa, 01 lutego 2012
Z realu w sieć, z sieci w real
Zabawa wydawała się policjantom przednia, krowa nie zaprotestuje a koledzy
upamiętnią i będzie zrywanie boków ze śmiechu. Ale to był biały dzień i
centrum miasta – i upamiętniających było więcej niż oni myśleli.
Wrzucono to do sieci od razu, w listopadzie. Krążyło, cieszyło, rozchodziło
się z Floripy na całą Brazylię. Ale dawne życie plotek niepodobne jest do
dzisiejszych uchwyceń momentu przez kamerę. Trudno odmachnąć ręką i zwalić
na intrygi opozycji albo na przesadę w narracji świadków.
No i wczoraj wpadło to do gazet, do tv i wróciło do panów policjantów. Ale teraz jest im z tym nie tak śmiesznie.
wtorek, 31 stycznia 2012
A czy w Polsce to ujrzą?
...bowiem, jak wiadomo, co widzimy zależy od klikającej ręki.
A te wodospady to jest naprawdę coś i z trudem wyduszę z siebie
wyznanie: a po argentyńskiej stronie są jeszcze bardziej imponujące niż
po brazylijskiej.
Nie pamiętam gdzie powtykałem moje zdjęcia z Foz do Iguaçu, więc podkradnę
(bo mam pod ręką) coś, co Julek tam ustrzelił, na pewno to lepsze od moich.
sobota, 28 stycznia 2012
O chłystkach i prawodawcach
Wydaje się, że pan Marek Suski, poseł Rp, wyraża publicznie przekonania, że
jego skórka ma w sobie coś lepszego. Jestem przekonany, że próba
przetrzepania mu jej może trafić mu do głowy, z powodu bardzo niskiego jej
usytuowania.
Ale to nie troska o głowę pana Suskiego skłania mnie do prośby: zajrzyj na
tę petycję,
może także zechcesz podpisać ją. Tu chodzi o rzekomą ogólną niemożebność, że
niby kto jest wyżej i w towarzystwie wspólnej protekcji, to jakby nie
szkodził Polsce, nic nie da się z tym zrobić.
Proponuję potraktować to jako elementarny sprawdzian czy jednak poważne zaszkodzenie interesowi Kraju może być ukarane zgodnie z prawem. Kto wie, może efekt tej akcji przyniesie nam trochę otuchy a także pośle w świat wiadomość, że Polska nie jest dobrym miejscem na rasistowskie wybryki.
piątek, 27 stycznia 2012
Parę deko drożdży
O polityce krajowej wspominam niecodziennie i kpiąco, bo niestety na to
zasługuje. Czasami zastanawia mnie dysonans między stanem rzeczy a wysoką
jakością dyskusji różnych patriotów sprzed 100 czy 80 lat, zachowanych w
książkach, które mam na półkach, ale zawsze kończy się to na poczuciu
bezradności. Kot w wirówce nie ma wielu opcji. Szukam ratunku na małą, rodzinną
skalę: bronię zdrowia fizycznego nie pijąc Coca-Coli i nie jedząc wytworów
podobnych do BigMaców, bronię zdrowia psychicznego nie wierząc w rozsiewane
w mediach idee prêt-à-porter. Na skalę publiczną działam jedynie
jako fachowiec, który solidnością usług stara się zachowywać żywymi
przekonania o wartości etyki w działaniach codziennych. Nie daję rad
papieżom, prezydentom i CEO, bo poświęcam im tyle czasu co i oni mnie.
Afera z przepchaniem przez urzędy ustawodawcze polskiego akcesu do ACTA
skłania mnie do wyrażenia publicznego paru efektów mego wishful
thinking. Czasami nierealne idee stają się realnymi, bo realność jest
pojęciem zmiennym – to moje usprawiedliwienie tego kroku.
Europarlamentarzyści przyznali, że podpisywali nie wiedząc co robią. Tyczy
się co najmniej fuszerki. Ona nie powinna być wynagradzana. Uważam, że
należy założyć stowarzyszenie OPSA, Ochrona Przed Skutkami ACTA, i
prosić uprzejmnie ale systematycznie, aż do skutku, wszystkich tych panów,
by podjęli jedną z dwóch akcji: albo publicznie przyznają, że świadomie i
zgodnie ze swymi przekonaniami promowali ACTA (co trzeba będzie zawsze
przypominać wyborcom) albo przyznają, że zbłaźnili się i otrzymane poselskie
awantaże za dwa miesiące działalności (powiedzmy: ryczałtowo 12 tysięcy euro
od osoby) przekazują na konto OPSA.
Oczywiście, OPSA natychmiast wdaje się w studia nad niwelowaniem przyszłych
presji korporacji międzynarodowych chcących zdominować polskie prawo i
zastraszyć polskich obywateli.
Potrzeba też jak najsprawniejszego bojkotu przy kolejnych wyborach
parlamentarnych. Rozumiem, że nigdy nie będzie on pełny, przez co mało warci
i mało głosowani kandydaci dotrą do ważnych stanowisk, ale czy obecnie wiele
warci dotarli? Zbyt długo Kraj żyje z syndromem bliźniaków, przed którymi
trzeba bronić się za każdą cenę, nawet za cenę kandydata przejawiającego
bezdyskusyjny brak kręgosłupa, prawdomówności i projektów. Oczywiście, nie
mam wątpliwości, że faszyzujące ugrupowanie panów Kaczyńskich było
natychmiastowym zagrożeniem polskich instytucji publicznych, ale na długą
metę cechy charakteryzujące rządy PO mogą przynieść skutki równie groźne;
staje się oczywiste, że histeryczne krzyki PiS-u o antypolskim charakterze
działań (oraz nieróbstwa) rządu pana Tuska mają oprócz histerii także
rzeczowe składniki.
Sam pan Tusk bodajże oznajmił, że nie zamierza kontynuować obecności w
rządzie – łatwo uwierzę, że chętnie przejdzie na ważne
stanowisko w jakiejś wytwórni płyt – ale proszę zauważyć, że jego
techniki eliminacji myślących ludzi ze swego otoczenia, choć mniej
drastyczne niż u bezpośredniego konkurenta, nie różnią się od nich niczym
istotnym. Przejście do pogardliwego traktowania zorganizowanego
społeczeństwa to konsekwencja syndromu Ludwika XIV. Jego pozostanie w roli
szarej eminencji byłoby prawie tak bolesne dla Kraju jak jego ujawniane
ostatnio działania.
Trzeba będzie zacząć intensywnie myśleć o opcji tertium. Obecnie jedynie pan Palikot może tam zmierzać, lecz, powiem to wyraźnie, w groźnej sytuacji możliwość błazna bez poglądów już nie przeraża. On ma przynajmniej Wandę Nowicką, którą nie mogą pochwalić się inne ugrupowania.
wtorek, 24 stycznia 2012
Na zbliżającą się rocznicę
W ścisłym gronie egipskiej generalicji nastroje przechodziły od podniecenia
do przygnębienia. Chwilami wydawało się, że Stary wreszcie się przeżre i
rozpadnie z hukiem jak purchawka, potem okazywało się, że ma lepszy podsłuch
i podgląd niż sugerowali po cichu przyjaciele ze Stanów. Czekali i czekali,
ale on miał się świetnie, a oni tak sobie.
Ale wiedza popłaca. Któryś z nich przeczytał o polskim Marcu 1968 i zaczęli
obracać ideę w kółko. Dość szybko zrezygnowano z przekładu
Dziadów na arabski, trzeba to było inaczej zacząć. Aż ktoś
podłapał pomysł u syna. Twitter.
Słowo pchnięte w lud, wszystko szło jak w surfie na australijskich wczasach.
Stary wpadł w pułapkę, trup też, to znaczy lud, z którego był trup, i po
paru miesiącach był spokój.
Po roku widać, że można świętować od rana do wieczora. Stary wyrolowany, młodzi wrolowani, sojusznicy zneutralizowani, wrogowie zaniepokojeni. Da się na tym jechać cały wiek. Chwała i sława dla Moczara, tego wielkiego Polaka. Być może stanie dla niego pomnik pod piramidami, z kpiącą twarzą skierowaną w stronę Jerozolimy.
poniedziałek, 23 stycznia 2012
Dwa miasta z przeszłości Wacka
Wacek Timoszyk mieszkał i pracował kiedyś w Nigerii w Zarii, więc w liście do niego napomknąłem o sytuacji w Kano. Tak mi odpisał.
Bywało goręcej. Roku Pańskiego 1981 jakaś sekta w tymże mieście chyba
nieco narozrabiała. W każdym razie wysłano na nią czołgi. W przeciągu
paru tygodni, jak doniósł New Nigerian, zabito 4300 sekciarzy,
ale przedtem tenże dziennik wieścił, że sekciarzy było 15 tysięcy.
Reszta być może się rozpierzchła, a być może pominięto ją
w obliczeniach. Ponoć niektórych przywiązywano do pali wzdłuż drogi
łączącej moją Zarię z Kano, polewano benzyną i podpalano. Sam tego
jednak nie widziałem.
W tym samym czasie przyjeżdżali do mnie z Kano Polacy z dzieciątkami,
by zdawały egzaminy. Musu nie było, mogli przyjeżdżać o dowolnej porze.
Pytałem więc nieco zdziwiony jak się im tam żyje, a oni mi na to, że
nieźle, trzeba tylko unikać pewnych miejsc. Z pewnością mówili prawdę.
Zresztą i ja sam często ocierałem się o różne zamieszki, także te
kończące się śmiertelnymi zajściami, a mimo tego rzadko czułem się
przestraszony.
Wiec obecny stan rzeczy w Nigerii sam w sobie nie jest czymś nowym.
Lat temu jakieś 10 przeczytałem w NYT, że kostnica w moim
uniwersytecie przepełniła się i trupy leżą na podłogach, bo tyle
dostarczyły ich ostatnie przepychanki. Rzecz tylko w tym, że
w budowie tej kostnicy brał udział mój dobry znajomy, inżynier
elektryk z Polski. Miał wtedy obsesję, którą nieustannie
z wszystkimi się dzielił: „po diabła im kostnica na 400
trupów?!” A mówią, że ludzie tam niezbyt zapobiegliwi.
Jednakże inna jest sytuacja geopolityczna. Pozwolono na rozpad Sudanu, wiec mogą pozwolić na rozpad Nigerii. Może to być zresztą w interesie różnych krajów i biznesów. Biafrę poparła Francja, ale reszta dopomogła w jej pacyfikacji. Dzisiaj może być inaczej. Moim zdaniem obecna sytuacja jest nie do utrzymania, różne ludy tego kraju za bardzo się różnią i za bardzo nienawidzą. Młyny historii jednakże mielą powoli. Odpisując skomentowałem beznamiętność opisu na granicy cynizmu – i spytałem czy mogę jego opis cytować, i to z podpisem. Oto jego odpowiedź.
Akurat cynizmu tutaj nie widze, chociaż beznamiętność zapewne tak.
O Górze Śląskiej napisałbym nieco inaczej. Może dlatego w przypadku
Góry Śląskiej byłbym mniej wiarygodny. W każdym razie, cokolwiek
napisałem jest dla mnie rodzajem publicznej wiedzy, więc możesz
cytować pod moim nazwiskiem. Mogę też odpowiedzieć, w miarę
posiadanej wiedzy, na ewentualne pytania.
Tymczasem Góra Śląska (zwana oficjalnie po prostu Górą – tak chcieli mieszkańcy w referendum) żyje sobie spokojnie. Właśnie odremontowali część starych murów i odrestaurowali studnię z XIII wieku. W jaki sposób ci byli mieszkańcy białoruskiej Prużany dowiedzieli się o jej istnieniu? To dla mnie prawdziwa zagadka. A może to jedynie wytwór ich fantazji? W każdym razie błogosławione miasto, które ma takie problemy, nawet jeśli ktoś na tej studni nieco się obłowił.
niedziela, 22 stycznia 2012
|
Ostatnie wpisy
Zakładki:
ARCHIWUM
Czytane ostatnio
Kiplingowe koty
Na temat
O Kraju
Pogodnie
Popieramoralnie
Przyjazne
Rozsiani
Stanęły
U mnie
Warto
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||