Słowa w ordynku. Słowa w ataku i w obronie. Pomieszane. Refrakcja słów w stali i w wodzie. Odbicia słowne i zwidy. Ład i gładkość. Spazmy i erupcje. Kojący wpływ soku z passion fruit. Od rzeczy i do rzeczy. Krótko mówiąc. Ostatnie słowo. Na początku był skowyt.
Blog > Komentarze do wpisu
Nie lubisz ą?

Historia pewnej broszki, spisana przez Wiesławę Bahyrycz - Kroczyńską

Całe to zamieszanie zaczęło się w dniu, gdy wybierałam się na „okrągłe” urodziny znajomej. Jestem chyba nietypową kobietą, bo nigdy nie narzekam, że nie mam się w co ubrać. Szybko oceniłam zasoby swoich szaf, wzięłam pod uwagę typ lokalu, temperaturę wewnątrz niego i mój wybór padł na (tutaj mężczyzni mogą nie czytać) beżowe spodnie w delikatne prążki i wiśniową, żorżetową bluzkę z pionowymi falbankami. Do tego beżowe czółenka i torebka ecru. Wszystkie części odzienia zostały sprawdzone w świetle dziennym i elektrycznym; gra – pomyślałam. (Teraz zapraszam panów do lektury). Był jeden szkopuł – bluzka miała pierwszy guzik na nisko, a ja nie lubię frywolnych dekoltów. Taki punkt widzenia i tyle.

Gorączkowo zaczęłam przeszukiwać pudełka z biżuterią swoją i mojej mamy. Odkrywałam istne skarby, ale żaden z nich nie pasował do bluzki – albo były zbyt duże, albo za wyszukane, albo nie pasowały i już, bez dodatkowej argumentacji. Czas płynął, a ja nadal miotałam się – jakby to określił Stary Marych, klasyk gwary poznańskiej – z klatką zez piersiami. Wybrałam w końcu jakąś alternatywę w postaci broszki z masy perłowej, ale to był zwykły ersatz.

Urodziny okazały się być nad wyraz udane – znajoma promieniała, przygrywał skrzypek, jedzonko typu daj Panie Boże częściej, atmosfera przyjemna, rozmowy niepolityczne. Wszystko szło gładko, ale ja miałam wrażenie, że moja nieszczęsna i przypadkowa broszka znajduje się w centrum uwagi. Coś trzeba wykombinować – pomyślałam wówczas. Ale co?

Nie mam talentów plastycznych, które posiadał tatuś. Geny ojca były słabsze i nie zwyciężyły, nad czym bardzo ubolewam. Pozostało mi tylko banalne małpowanie pomysłów. Przypomniałam sobie, że chyba przed dwoma laty ogłoszono konkurs na gadżet reklamujący Polskę. Ot, taka zabawa, mająca na celu promowanie naszego kraju. Bodaj wyróżnienie dostały spinki do mankietów z literami ą i ę. Widziałam je w internecie – były eleganckie i gustowne. To je ono – wykrzyknęłam w myślach. Wiedziałam, czego chcę. Broszki z ą lub ę.

Najpierw przeprowadziłam prywatny sondaż. Pytałam różne osoby, co sądzą o tym pomyśle. Reakcje były różne – od zdziwienia po dezaprobatę. Padały różne pytania, nie zawsze chwalące mój wybór. To ja jednak miałam nosić tę ozdobę, więc nie przejmowałam się dziwnymi uśmiechami. Zaczęłam akcję Broszka.

Najpierw (mój dawny uczeń powiedziałby nojprzód) pojechałam do jubilerki. Ustaliłyśmy, że muszę jej przywieźć wydruki z różnymi krojami ę, gdyż stanęło na tym, że ą nie spełni zasadniczej funkcji, czyli nie przyciągnie do siebie dwóch brzegów filuternych bluzek (nie wiem po co, ale mam kilka takich egzemplarzy. Dlaczego je kupiłam, skoro nie lubię takich wymysłów, nikt nie odgadnie).

Po kilku dniach ponownie odwiedziłam mistrzynię złotnictwa, trzymając w ręku taki dziwny wydruk: ę ę ę ę ę ę ę ę ę ę ę ę ę ę ę ę ę ę ę ę ę ę, oczywiście w innym rozmiarze czcionki, a mianowicie 72. Wspólnie wybrałyśmy jedno ę i ustaliłyśmy datę odbioru broszki.

W tym samym dniu, kilka godzin później, poszłam na papierosa poza budynek szkoły i tam spotkałam dwóch panów: dyrektora naczelnego i jego zastępcę. Ten pierwszy opowiadał o pewnej kobiecie, która szefowała w jakiejś placówce około 30 lat i nazwał to zboczeniem. W tym momencie rozpoczęłam najdziwniejszy (jak dotąd) dialog w moim życiu.

– A propos zboczeń. Właśnie zamówiłam broszkę w kształcie litery ę, to też jest zboczenie, tylko zawodowe – powiedziałam z radością w głosie.

– Dlaczego ę? Nie lubisz ą? – zapytał dyrektor, niegdyś pracujący w znanej firmie złotniczej.

– Lubię, ale – i tu powtórzyłam swoją argumentację, w wyniku której jedna samogłoska nosowa pokonała drugą. Zastępca dyrektora nie mówił nic, tylko patrzył na mnie ze współczuciem.

Dyrektor, inżynier, był dociekliwy. – Równie dobrze mogłaś dać zrobić ą, zobacz, tak trzeba poprowadzić poprzeczny drucik, aby nie było go widać, a broszka spięłaby oba brzegi bluzki dokładnie jak trzeba (tu nastąpił krótki, metodyczny wykład o niuansach technicznych z zakresu złotnictwa).

– Ja jednak zdecydowałam się na ę – odpowiedziałam przygnieciona nadmiarem szczegółów, w danym momencie przekraczających moje zdolności percepcyjne.

– Jak chcesz, to będzie twoja broszka – stwierdził zgodnie z prawdą nieprzekonany dyrektor.

Minęły dwa tygodnie i odebrałam srebrne ę od jubilerki. Było śliczne, błyszczące i pełne optymizmu. Uśmiechnęłyśmy się, widząc tak udany egzemplarz biżuterii. Dalsze jego losy są zastanawiające.

Broszkę przypięłam następnego dna (tutaj geny po tatusiu zwyciężyły, on też nie czekał na odległe okazje). Miałam dyżur przed lekcjami i podeszła do mnie jedna z uczennic, spojrzała i krzyknęła: – Dziewczyny, pani ma ę! Podbiegły i w milczeniu patrzyły na efekt zboczenia zawodowego. Powiedziały, że pięknie wygląda i odeszły dziwnie nieobecne. Domyślam się, stwierdziły – ich wychowawczyni trochę się pomieszało.

Po tym debiucie samogłoski nadszedł czas na wielkie wejście. Kolejne przypięcie miało miejsce 14 października, w Dzień Edukacji Narodowej. Ę zostało dołączone do grafitowej marynarki (zobacz zdjęcie). Reakcje ludzi były bardzo różne. Ogólnie można je podzielić na trzy rodzaje. Pierwsze odzewy to zdumienie (dlaczego ę? Skąd ci to przyszło do głowy?) Kolejny gest to radość (o, jaka śliczna i pomysłowa broszka, idealna dla polonistki). Trzeci oddźwięk miał wymiar patriotyczny (doskonała promocja języka polskiego, brawo!). Wspólną cechą wszystkich zachowań był uśmiech na każdej twarzy. Wtedy pomyślałam, że warto było zainwestować kilkadziesiąt złotych i kilkadziesiąt minut, aby obejrzeć rozpromienione oblicza wielu osób.

Cała ta historia (opowiedziana w dużym skrócie) skłoniła mnie do wyciągnięcia kilku wniosków. Konkluzja numer jeden to zwykłe stwierdzenie, że na szczęście mamy odmienne wyobrażenia o nawet najdrobniejszych przedmiotach. Próbujemy również doszukać się intencji innego człowieka i zwykle nie rozumiemy, że ktoś coś wykombinował ot tak, z powodu potrzeby chwili. A wreszcie, patrząc na radosne twarze moich rozmówców obserwujących ę wykoncypowałam, że nie każde zboczenie zawodowe jest szkodliwe. Równocześnie chciałam zapewnić, że ą też lubię.

czwartek, 19 stycznia 2012, andsol-br
TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
Gość: Xitami, z43-02.opera-mini.net
2012/01/19 08:38:53
Czy ogonek nie za bardzo na lewo?
-
Gość: rd, 83-145-158-108.cable-modem.tkk.net.pl
2012/01/19 10:05:00
ą jest "gruboskurne", natomiast ę filuternie zachęcające...
-
Gość: nightwatch, apn-77-112-134-171.dynamic.gprs.plus.pl
2012/01/19 12:00:20
ń, proszę państwa. Ń jest najpolściejsze.
-
2012/01/19 18:05:18
W sprawie ogonków proszę się zwracać do mnie. Oprócz przygotowania teoretycznego posiadam też doświadczenie, czego chyba żaden człowiek nie może o sobie powiedzieć.
-
Gość: Mirek, host-188-122-4-4.finemedia.pl
2012/01/19 20:25:08
Świetny pomysł. "ę" jest zdecydowanie nasze. "ű" albo "$" czy "@" zdecydowanie się przejadły
-
Gość: Janna, cpc7-walt12-2-0-cust4.13-2.cable.virginmedia.com
2012/01/19 21:19:14
Śliczne!
Strasznie-bardzo spodobał mi się pomysł takiej broszki. Teraz tylko pytanie czy odgapić (od już zapożyczonego pomysłu) czy tylko podziwiać na zdjęciu.
-
Gość: Pierwsza ławka, z07-11.opera-mini.net
2012/01/31 12:01:10
Temat i tekst git majonez! pozdrawiamy
-
2012/02/07 01:36:04
"Ę" to dobry wybór - patrząc na zdjęcie, jest rzeczywiście bardziej intrygujące, niż "ą". I ten ogonek-kropla - jak kropka na przysłowiowym "i". :)