|
Blog > Komentarze do wpisu
Twierdzenie Cayley'a
Implozja pomys³u ju¿ w chwili jego poczêcia. Przecie¿ tytu³ powinien oznajmiæ w czym rzecz. Je¶li powiem, ¿e w ³±czno¶ci, stanie w oczach kr±g m³odych szlachetnych obejmuj±cych baobab albo inn± szlachetn± sprawê, a wyznaæ, ¿e chodzi o aksjomat ³±czno¶ci to seppuku wpisu. Jak to zrobili w „National Geographic Magazine” gdy chcieli pokazaæ, ¿e chwasty w ogródku to nie ¶miecie a niezmierne bogactwo? Zdaje siê, ¿e napisali co¶ o „d¿ungli w ogródku”. Mo¿e to i têdy droga – „G³êbia pojêæ
w braku nawiasów”? Ale najgorsze jest to, ¿e cz³owiek wykszta³cony
przez wspó³czesne szko³y mo¿e nie mieæ pojêcia co to jest „grupa”,
choæ z t± struktur± matematyczn± tak czêsto obcuje. Wdaæ siê w wyk³adanie jej
w blogu to te¿ seppuku. Mo¿e zacz±æ mówiæ i czytelnik nie zauwa¿y, ¿e nie
wie co to jest? Przecie¿ w tyle lektur wci±gniêto mnie t± sztuczk±...
Mniejsza o to. Po prostu, kto przeczyta, przeczyta. Ainsi soit-il.
Trzeba sporej odwagi, by pozwoliæ swej fantazji hasaæ w taki sposób. Nie mam
pojêcia, czy w jego strzale jest jaka¶ substancja – sam nigdy nie
zdo³a³em rozwin±æ tego do czego¶ sensownego, a z jego listy publikacji wygl±da, ¿e
i on nie przetworzy³ b³ysku na papier. A szkoda. Te lekcewa¿one postulaty s± zupe³nie
jak Polska, zas³uguj± na wiêcej.
Przemienno¶æ pokaza³a sw± wagê gdy musia³o jej zbrakn±æ, czyli gdy Hamilton
(albo Grassmann, ja wolê Grassmanna, bo nie by³ Wunderkindem i by³ z
prowincjonalnego Stettina) poszli do wymiaru 4, ¿eby zobaczyæ co siê dzieje
w wymiarze 3. A o koncertowej roli ³±czno¶ci lekko ziewaj±c ucz± siê
studenci teorii grup gdy powtarzaj± pomys³ Cayley'a z wrzucaniem jakiejb±d¼
skoñczonej grupy w grupê permutacji. A st±d ju¿ tylko pó³ kroku do teorii
reprezentacji, czyli zanurzania grup w macierze, bez którego to narzêdzia
trudno by by³o opowiedzieæ po³owê (a mo¿e trochê mniej, nie mierzy³em)
wspó³czesnej fizyki. Aha, mo¿e pamiêtasz z
niedawnego wpisu,
¿e permutacjami nazywamy odwracalne funkcje na skoñczonych zbiorach.
A chodzi o rzecz pozornie oczywist± i bezbarwn±. Prawo ³±czno¶ci dla
mno¿enia liczb: „dla wszelkich trójek liczb a,b,c mamy
(ab)c=a(bc)” jest akceptowane w szkole bez rozumienia czemu niby ma
byæ zaakceptowane – albo z rozumieniem, ¿e nauczyciel tak powiedzia³.
I z rezygnacj± przyjmuje siê w definicji grupy, ¿e jest tam zbiór z
dzia³aniem i pierwszym wymogiem jest ³±czno¶æ dzia³ania. Kto nigdy nie
pobawi³ siê dzia³aniami bez ³±czno¶ci, uzna to za ceremonialne nudy.
Ale nie s± nimi. Gdy Cayley czyni³ swoj± obserwacjê, która dzi¶ zosta³a
kanonizowana i nazywa siê b³ogos³awion± obserwacj±
twierdzeniem, nie by³o jeszcze uzgodnionej definicji grupy ani, po
prawdzie, obyczaju definiowania obiektów za pomoc± formalnych wymogów, czyli
postulatów. Ale chodzi³o wtedy o dobrze zrozumia³e praktyki, o
sk³adanie symetrii czy innych przekszta³ceñ geometrycznych, a sk³adanie
funkcji to taki bilet w kawa³kach i jest zupe³nie jasne, ¿e zlepienie
biletów w ten sposób
{(Rzeszów --> Wwa) i (Wwa -->Poznañ)} i (Poznañ --> Szczecin)
czy inaczej:
(Rzeszów --> Wwa) i {(Wwa -->Poznañ) i (Poznañ --> Szczecin)}
to ta sama jazda. To „i” jest dzia³aniem sk³adania i mogê
(a tak¿e chcê) oznaczyæ je symbolem „* ”.
Genialno¶æ pomys³u Cayleya polega na pomieszaniu przejazdów i biletów,
potraktowanie ich jako równie dobrych zjawisk :)
Dok³adniej mówi±c – i wyprzedzaj±c u¿ycie pomys³u, który bêdzie za parê wpisów st±d bardzo, bardzo wa¿ny we wprowadzeniu liczb zespolonych (tak, tak, promissa sunt solvenda) chodzi o co¶ takiego. Zarodkiem konstrukcji jest spojrzenie na mno¿enie dwóch równoprawnych elementów a·x w dziwny sposób: zafiksowujê pierwszy, i przebiegam wszelkie mo¿liwo¶ci z drugim – wtedy mogê my¶leæ o wyniku mno¿enia jako o dzia³aniu funkcji oznaczonej t± sam± literk± a, na ca³ym zbiorze, czyli mam funkcjê a(x)=a·x. A wtedy ³±czno¶æ (a·b)·x=a·(b·x) (zafiksowane a oraz b, natomiast x przebiega zbiór) przepisuje siê w takiej formie:
a(b(x))=(a*b)(x)
– a to oznacza, ¿e mno¿enie w grupie sta³o siê sk³adaniem funcji. I
je¶li dodaæ do tego prost± konsekwencjê wymogu grupy (ka¿dy element ma swój
odwrotny, wiêc ka¿da otrzymana funkcja jest odwracalna), wyj¶ciowy
zbiór z jego dzia³aniem przeinterpretowali¶my jako permutacje samego
siebie z dzia³aniem sk³adania permutacji. Choæ wyprzedza to o ponad
stulecie ksi±¿kê Hofstadtera, wyra¼nie jest to w duchu
„nielegalnych” przeskoków pojêciowych graj±cych pierwsz± rolê w jego (nagrodzonej Pulitzerem) „Gödel, Escher, Bach”.
Gorzki ma posmak u¶wiadomienie sobie, ¿e loty fantazji sprzed pó³tora wieku s± dzi¶ nud± rachunkow± na parê stron ze standardowych kursów uniwersyteckich. O ile w ogóle kto¶ ¿yczliwie zgadza siê studiowaæ teoriê grup. Eech, uchniem. czwartek, 22 wrze¶nia 2011, andsol-br
TrackBack
Komentarze
2011/09/29 19:26:29
mamula, mogê tylko ¿a³owaæ, ¿e taka rozmowa toczy siê w komentarzach wpisu, który nawet gdy aktualny nie mia³ tak wielu czytelników, a teraz to dotrze tylko do abonuj±cych komentarze przez rss... Có¿, temat nie dotyczy codziennego ¿ycia, jak rewie mody czy przedostatni m±¿ ostatniej pani od Oscara, wiêc nic tu siê nie zrobi.
Do zacytowanych ksi±¿ek zerknê je¶li dotrê do ich tanich egzemplarzy. A co do teorii Galois to powinienem pisaæ, a nie czytaæ, bo parê moich idei nie jest spo¿ytych u innych autorów. Niestety, rozdzia³ czasu na kromki to trudna sztuka. Mam wra¿enie, ¿e takich ksi±¿ek, nalegaj±cych na powrót do ¼róde³, ukaza³o siê (g³ównie w Stanach, to jednak nadal jest intelektualna potêga) wiêcej w ostatnich 20 latach ni¿ w reszcie zachodniej historii. Mo¿e to zas³uga MAA czy innych ugrupowañ, które od dawna nalegaj±, ¿eby robiæ wyk³ady z wielkich twierdzeñ albo ze spu¶cizny wielkich uczonych - mo¿e wp³yw tej urugwajskiej listy (Julio Gonzalez Cabillon) Historia de Matematica - a mo¿e po prostu efekt uboczny wdzierania siê Internetu w przesz³o¶æ naszej kultury. Kwestia jak szeroko i g³êboko i¶æ w ¼ród³a jest niepokoj±co rozleg³a, wiêc tylko zasygnalizujê moje nastawienie: je¶li nic nie mówiæ o tym sk±d co¶ przysz³o, mo¿e byæ "wydajniej" (szybko) ale du¿o mniej ciekawe. I zrywa siê wiê¼ z innymi stronami kultury. Wiêc pewna doza przesz³o¶ci jest bardzo wskazana. Czasami nasz wyk³ad pod tajemnicz± nazw± "Laboratório II" opiera³em na lekturze paru tuzinów rozdzia³ów z "100 Great Problems of Elementary Mathematics" Dörriego. Ale na ogó³ na pocz±tek trzeba wiedzieæ wiêcej ni¿ wie cz³owiek opuszczaj±cy dzisiaj ¶redni± szko³ê. Gdy znaj± angielski, kolekcja biogramów z MacTutora bardzo pomaga, tam ludzie s± lud¼mi a nie has³ami i zainteresowanie nimi wci±ga w ich porzekad³a, a potem w ich wyniki. Ale k³opot jest z masówk±. Nie bardzo wyobra¿am sobie odbêbnianie takiego kursu na podstawie konspektu - wyk³adaj±cy musi mieæ co¶, co nazywaj± kulturê matematyczn± - i w ogóle zainteresowanie kultur±. A tu... przypomnê Ci Twoje w³asne opowiadanie o go¶ciu, który jecha³ na konferencjê ze ¶wiadomym zamiarem przedstawiania niepoprawnego wyniku... Produkcja klasy warto¶ciowych wyk³adowców nie zosta³a opanowana nawet w najbogatszych spo³eczeñstwach - i my¶l±c o tym czêsto dochodzê do wniosku, ¿e ów obsobaczany peerel nie by³ w ¶cis³ych naukach tak okropnym miejscem. 2011/09/30 03:04:45
"Produkcja klasy warto¶ciowych wyk³adowców nie zosta³a opanowana nawet w najbogatszych spo³eczeñstwach - i my¶l±c o tym czêsto dochodzê do wniosku, ¿e ów obsobaczany peerel nie by³ w ¶cis³ych naukach tak okropnym miejscem."
Dobrym wykladowca sie byc nie oplaca. Pisze o tym i objasnia zjawisko Derek Bok w ksiazce ktora cytowalem (Universities in the Marketplace). Gdy na pewnym calkiem niezlym uniwersytecie amerykanskim bylem na zebraniu poswieconym promocjom, awansom itede, i byla mowa tylko o szmalu czyli kasie, zapytalem" A moze tak bysmy propozmawiali o jakosci nauczania?" Na co dostalem odpowiedz: "Dopoki nei zgwalcisz studentki, nikt sie nie bedzie interesowal twoimi teaching evaluations". I rzeczywiscie tak jest. Szkola jest zainteresowana aby nauczyciele uczyli tak zeby nie bylo skarg (nastepny cytat), a studenci sa zainteresowani aby byli uczeni tak ze moga sobie cos polozyc na resume i dostaja A bez specjalnej parcy. W takiej atmosferze rozterki duchowe naszych przodkow, kultura, prawda i podobne nonsency nikogo nei obchodza. W komunie bylo inaczej, bo nie bylo pokus. Szmal byl minimalny, nie bylo parcia na posiadaneie gadgetow. A dobre uczenie i dobra nauka byla swego rodzalu forma oporu przeciwko otaczajacej gownojakosci i zidioceniu |
|
Rzeczywiscie, z braku odzewu widac ze teoria grup nie jest popularna :)
Jak ma byc popularna skoro sie jej nie uczy? Ja, mimo ukonczenia makisterskich studiow matematycznych na Uniwersytecie Warszawskim, nie mialem wykladu Teoria Grup; owa teoria byla wzmiankowana dosyc pobieznie w ramach wykladu algebry. A na studiach politechnicznych w ogole sie o teorii grup nie mowilo.
Jak idzie o Cayleya, to inwestygacja przeprowadzona wsrod znajomych matematykow "Kto to byl Cayley" w 100 procentach dala odpowiedz: "to ten facio od macierzy". I rzeczywiscie, Cayley to facio od macierzy, ale i od teorii grup tez, a moi znajomi matematycy jakos nie wiedzieli
Oryginalna prace Cayleya na temat teorii grup (i macierzy tez) mozna znalezc w ksizace "Mathematics Emerging", autora nie pamietam. Z omowienia wynika ze wklad Cayleya byl dosyc mizerny; to pozniej inni rozwineli. Ale nie ma wstpliwosci ze on zaczal pewne rzeczy. i nie ma tez watpliwosci ze bazowal na rezultatach Galois, co sam stwierdza. No, ale nie moza mu odmowic ze zapocatkowal kierunek i sformulowal podstawy.
Jak idzie o moje stosunki z teoria grup - kiedys probowalem ale odpadlem - chodzilo o prawa symetrii w pewnych ukladach elektrycznych. Nie bylo w okolicy nikogo kto znal sie na teorii grup. Teraz zas - przeprosilem sie, bo okazalo sie ze teoria grup da sie zastosowac w calkiem przyziemnych i praktycznych problemach optymalizacji transportu
Literatura popularna tez nie ma szczescia, aczkolwiek sa co najmniej dwie pozycje - mniej popularna - "Adventures with Group Theory" i zupelnie populatna "Group Theory in the Bedroom". Ta ostatnia to zbior esejow na tamat matematyki; jeden rozdzial poswiecony jest teorii grup w kontekscie - na ile sposobow mozna polozyc materac na lozku. Co prawda jeden z recenzentow na Amazonie powiedzial ze "jest tam wiecej o materacach niz o teorii grup", ale jak dla mnie rozdzialek jezt zreczny.
Zas fundamentalne pytanie - czy powinnicmy, uczac, pokazywac "jak ludzie do tego doszli". Uwazam ze tak. Albowiem to poglebia zrozumienie istoty. Wyklad formulek na ogol sprowadza sie do ZZZ (Zakuc, Zdac, Zapomneic) i mechanicznego powtarzanai rachunkow. Dlatego tez dobrze byloby poczytac Cayleya na kursie teorii grup czy Newctona na "calculusie".
Sam to stosuje od czasu do czasu nauczajac na elektryce "rachunku operatorowego'. Na ogol przedstawia sie go w postaci sformalizowanej jako tak zwana "tranformate Laplace's". Ale rachunek operatorowy wymislil nei Laplace tylko niejaki Heavyside, poslugujac sie wylacznie podejsceim intuicyjno-algebraicznym. To podejscie uogolnil potem i uscislil poski matematyk Jan Mikusinski. Empirycznie stwierzilem ze zaczecie edukacji od Heavysida/Mikusinskiego ulatwia zrozumienie istoty jak rowniez ulatwia przejscie do popularnego podejscia bazujacago na funkcjach zespolonych)
W nauczaniu nie powinnismy odcinac sie od zrodel...
P.S. Rekomenduje ksiazke "Mathematics Emerging" - zbior podstawowych prac z przeszlosci ze wspolczesnymi omowieniami