Słowa w ordynku. Słowa w ataku i w obronie. Pomieszane. Refrakcja słów w stali i w wodzie. Odbicia słowne i zwidy. Ład i gładkość. Spazmy i erupcje. Kojący wpływ soku z passion fruit. Od rzeczy i do rzeczy. Krótko mówiąc. Ostatnie słowo. Na początku był skowyt.
Blog > Komentarze do wpisu
Biblioteczna pożyczka

Jesteśmy w roku 1866. 500letnia dynastia koreańska Joseon izolacjonizmem broni się przed naciskami z wszelkich stron, domagającymi się otwarcia kraju dla szlachetnego celu XIXwiecznej globalizacji, nazywanej przez osoby nierozumiejące ducha historii „imperializmem”. 12 lat wcześniej amerykańska uzbrojona flota otworzyła już Japonię (która, w konsekwencji, miała skutecznie w 1876 roku otworzyć też Koreę), a w sąsiednich Chinach wojny opiumowe i niespodziewane wpływy działań zachodnich misjonarzy potwierdzały przezorność tego nastawienia. Ale francuscy jezuici, choć wcale a wcale nie zapraszani, dotarli i tam. W roku 1864 było ich dwunastu i bardzo intensywnie działali, skoro wkrótce mieli trzodę liczącą ponad 20 tys. osób.

Wtedy właśnie Rosjanie zabrali się do otwierania Korei. A nieuznawani oficjalnie chrześcijanie dostrzegli tu swoją szansę zaistnienia i zaproponowali, że wynegocjują poprzez swego biskupa poparcie Francji dla oparcia sie rosyjskim zakusom. „Czemu nie”, powiedzieli koreańscy władcy, wezwali biskupa, po czym ścięli mu głowę. Oraz innym jezuitom i około 10 tys. koreańskim katolikom.

Gdy otrzymano wieści o losie misjonarzy, francuski kontradmirał Pierre-Gustave Roze oznajmił: „ponieważ zabili 9 misjonarzy, pomścimy ich zabijając 9 tysięcy Koreańczyków”. Ale ten program chrześcijańskiego dowódcy napotkał techniczne problemy, brakowało sił zbrojnych, więc zakończyło się tylko zajęciem i złupieniem wyspy Ganghwa. I wśród łupów była kolekcja ksiąg Uigwe, opisów królewskich rytuałów.

W roku 1975 koreański badacz znalazł te księgi we francuskiej Bibliotece Narodowej. I zaczęła się batalia o zwrot tych skarbów nacji, której je złupiono.

Zwrot jednej z książek w 1993 roku przez prezydenta Mitteranda kojarzą nie z dobrą wolą i rozsądkiem tego socjalistycznego prezydenta, a z jego zabiegami wokół budowy w Korei tgv, śmigającego jak wyścigowy samochód pociągu. Jego minister kultury, Jack Lang, przekonywał go, żeby oddać i resztę, ale Francuzi chyba świetnie rozumieli co taki precedens mógłby sugerować wielu innym obłupionym nacjom.

A jednak... Dziś cała kolekcja 296 tomów została ceremonialnie umieszczona w Seulu w dawnym królewskim pałacu, a za przyczynienie się do tego Jack Lang oraz paryski profesor, Vincent Berger, dostali odpowiednio duże koreańskie medale. Ten ostatni tuszował dyplomatycznie kwestię przynależności prawnej ksiąg mówiąc, że „nieważne do kogo one należą, ważne gdzie są”.

Strona francuska traktuje to jako „odnawialne wypożyczenie”.

O „grabieży”, „zwrocie” czy o „przepraszaniu” oczywiście nikt nie mówi. Francja swój honor ma i dbać o niego potrafi.

sobota, 11 czerwca 2011, andsol-br
TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2011/06/11 20:44:48
Otwarcie religijne też się udało - 30% ludności Korei Południowej to chrześcijanie, a 23% to buddyści.

Swoją drogą, podziwiam Zahiego Hawassa, który stosuje czasem gangsterskie metody, wkurza zagranicznych egiptologów, ale i tak wszyscy szanują go za walkę o egipskie dziedzictwo narodowe. Pewnie gdyby nie był uparty jak muł, nie odzyskałby połowy zabytków, które udało mu się ściągnąć.
pl.wikipedia.org/wiki/Zahi_Hawass
-
2011/06/12 10:41:28
No to wylądujemy, chcąc nie chcąc, przy kwestii zwrotu (lub zatrzymania) "berlinki", I pressume?

A swoją drogą - jakże uniwersalne są pewne kwestie i mechanizmy z których biorą początek.
-
2011/06/12 11:44:12
Widziałem wydany w czasie wojny album, o tytule (jeśli mnie skleroza nie myli) "Uralte deutsche Stadt Krakau". W takim ujęciu Berlinka jest w dobrym miejscu :-)

Ciekawa jest propozycja prof. Hommelhoffa:
pl.wikipedia.org/wiki/Biblioteka_Pruska

W zjednoczonej Europie bardziej liczy się opieka i dostępność niż miejsce, więc w sumie lepiej się skupić na tym, choć oczywiście pewien absmak estetyczny pozostaje. Ciekaw jestem za to, jak wielkie zbiory zagrabione w Polsce i Niemczech pozostają w Rosji, a nic o nich nie wiemy.
-
2011/06/12 14:39:47
Berlinka była tu kiedyś delikatnie tknięta...
-
Gość: nightwatch, nat.atms.com.pl
2011/06/12 22:18:54
Myślę że w starożytności było prościej: zwycięzca brał co chciał i się nikomu nie musiał tłumaczyć. Pokrzywdzony mógł co najwyżej pozbierać się do kupy po paru latach i wyruszyć odebrać co swoje z niewielką nawiązką. A teraz to sprawy międzynarodowe są jakoś nadmiernie skomplikowane, właściwie to ponad ludzkie możliwości.
PS. Prwimmer, ale w sumie dlaczego zjednoczonej Europie ma być wszystko jedno gdzie (byle nie w Rosji)? Ten sporny majątek jest o wiele starszy niż zjednoczona Europa, przetrwał wiele różnych układów i wojen i pewnie z jego punktu widzenia Europa jest zjednoczona tylko na chwilę...
-
2011/06/12 22:25:20
@Nightwatch - skoro jesteśmy de facto w jednym państwie, ważniejsze jest zadbanie nie tyle o miejsce, co o warunki przechowywania i udostępniania.
Rosja jest ciągle poza Europą, poza europejskimi standardami i obyczajami.
-
2011/06/13 08:48:47
"Nic nowego pod słońcem". Kiedyś niesiono "dzikim" i "poganom" światło jedynej prawdziwej religii. Dziś niesie się jedyny słuszny system polityczny i gospodarczy. I nie ma się co czepiać "pożyczek". Wszak za fatygę coś się należy.