Słowa w ordynku. Słowa w ataku i w obronie. Pomieszane. Refrakcja słów w stali i w wodzie. Odbicia słowne i zwidy. Ład i gładkość. Spazmy i erupcje. Kojący wpływ soku z passion fruit. Od rzeczy i do rzeczy. Krótko mówiąc. Ostatnie słowo. Na początku był skowyt.
Blog > Komentarze do wpisu
Gdzie student algebry liniowej boleśnie kruszy sobie ząb

Ledwie zadałem pytanie „jak definiujemy hiperbolę?”, rozwalony na krześle student gładko odpowiada: „no właśnie, ja nigdy nie rozumiałem definicji hiperboli”. Zręcznie. Moja wina, powinienem był zapytać „co to jest hiperbola?” i znikłyby opcje bełkociku o „rozumieniu”, po prostu powiedziałby coś od rzeczy, pokazałbym mu czemu jego definicja nie uszczęśliwiła mnie i przeszlibyśmy do następnego tematu. Czasami staram się coś dodać o niestosowności wplątywania tu „rozumienia”: „jak nazywa się człowiek na tym portrecie?” „Nie wiem, nie znam go.” „Mówisz nie wiem, a przedtem mówiłeś nie rozumiem. Czy te zdania znaczą to samo?” Po paru chwilach czuję wyrzuty sumienia, że tak go torturuję nakłanianiem do myślenia. I wiem, że przy przesadnym nacisku przypomni mi, że to jest matematyka i on pamięta różne wzory i chce pytań na temat wzorów.

Śmieszne, ale są spore szanse, że pamięta coś, co jest zupełnie podobne do wzoru opisującego hiperbolę, no, może dwie czy trzy literki w niewłaściwych miejscach i jakieś ozdobne strzałki, na których nie znam się, ale on je pamięta ze swojej szkoły.

Jakie by to było piękne gdyby (mówmy o polskich warunkach, bo zjawisko jest tu i tam identyczne) można było wyrwać z paru przedmiotów po piętnaście minut na tydzień, powiedzmy z matematyki, polskiego i religii, i zlepić je w lekcje ćwiczenia definicji. Spotkań ożywionych, głośnych, ze śmiechem i przekomarzaniem się. Spróbuj zastosować to gdzieś. Wrzuć parę słów, zacznij od niby łatwych, skończ na niby trudnych. Krowa. Owad. Mieszkanie. Doświadczenie.

A skoro i religia włożyłaby tam swój czasowy wkład, niech pojawią się słowa z liturgii i teologii. Dodajmy haust, święty, łaska. Będzie wiele radości.

Po kilkudziesięciu godzinach ćwiczeń uczniowie zaczęliby używać nie tylko te 10 procent mózgu, o których wszyscy wiemy, ale i pozostałe 90 procent, które im szkoła usypia. Sami siebie by nie poznawali w lustrach. I opowiadaliby, że nigdy nie spodziewali się, że filozofia jest taka fajna.

A życie wykładowcy tak proste by się stało, że mógłby przyznać wtedy, że ta teoria o prostocie definicji nie jest tak zupełnie, zupełnie dobra, bo czasami pojawiają się definicje przysparzające ludziom ból głowy.

To chyba nie zdarza się w szkole. Najczęściej spotykany schemat: jeśli z b coś się dzieje, to mówimy, że mamy c miewa drobne odmiany, czasami używa się w definiującym warunku alternatywy albo koniunkcji, ale to nie boli. Pierwsza, naprawdę kłopotliwa definicja matematyczna wyskakuje w kursie algebry liniowej, gdy wprowadza się liniowo niezależny układ wektorów. Straszna zgaga, bo nie używa schematu jeśli r to s ale jeśli zawsze z r wynika s, to t. A ponieważ książki i wykładowcy spieszą się i podają krótką (tak, tak, elegancką i poprawną) definicję, bardzo często student ją wykuwa, ale w istocie nie rozumie o co tu chodzi.

Nikt nie woła o pomoc? Nie szkodzi, ja jestem taki harcerz, co musi przeprowadzać staruszki na drugą stronę ulicy. Nieważne czy one tego chcą.

Postaram się mówić jakbyśmy byli w X wieku, prawie żadnych symboli, wszystko opowiadane słowami,  jak w jakimś romansie. Jesteśmy na płaszczyźnie albo w przestrzeni, wektory to są takie zapałki bez grubości (łepek pokazuje w którą stronę on jest skierowany), umiemy je wydłużać w każdej skali („mnożenie przez liczby dodatnie”) i obracać łebkiem w drugą stronę („mnożenie przez minus jeden” – zmiana zwrotu czyli tworzenie wektora odwrotnego), a także dodawać je do siebie, dostając „krzywe łamane”. Coś, co łączyłoby początek pierwszego z końcem ostatniego nazywałoby się ich sumą. I mamy w ich gronie jeszcze wektorka-dziwadło, zerowego. Po prostu punkt.

Jeśli jeden wektor jest przedłużeniem drugiego, to jest od drugiego zależny. A drugi zależny od pierwszego. Bo wystarczy jeden z nich, by utworzyć drugi. Gdy weźmiemy trzy wektory, różnie to może być. Potrafię wydłużając je czy skracając czy zmieniając zwroty z dwóch zrobić trzeci? No to trzeci jest zależny od tamtych. Ale który jest trzeci? One mogą wszystkie uważać się za pierwsze. I jeszcze jeden drobiazg, jeśli ten trzeci jest po prostu wydłużeniem drugiego, tego pierwszego w ogóle nie używałem. Jak krótko i prosto opisać wszelakie możliwości?

Tego bez symboli nie potrafię zrobić. Ale symbole nie będą skomplikowane. Jeśli ten trzeci ma na imię t, to mogę go zapisać jako 1·t i w równaniu zapisującym to, że 1·t jest sumą jakichś innych dwóch porozciąganych czy nie, mogę z obu stron dodać (-1)·t; wtedy z jednej strony pojawi się wektor zerowy (bo  dodawanie 1·t+(-1)·t to jest wracanie do punktu wyjścia), a z drugiej strony stoi suma trzech wektorów mnożonych przez jakieś liczby. I to jest ta sztuczka, gdy przestaje być dla mnie istotne, że jedna z tych liczb (z tych skal) wynosi właśnie -1 (ale – bardzo ważny moment – przynajmniej jedna z tych liczb, mianowicie -1,  nie jest zerem; powtarzam: któraś z tych liczb jest różna od zera). Dobra sztuczka,  bo mam tu prosty opis, bez zastanawiania się nad kolejnością wśród wektorów: znajduję wewnętrzną zależność tego układu wektorów, gdy potrafię złożyć je w linię łamaną, która się zamyka. W przypadku trzech wektorów to znaczy po prostu, że mogę z dwóch równoległych zrobić powrót do punktu wyjścia albo z trzech zamknąć trójkąt. Suma ich trzech z jakimiś współczynnikami, gdzie musiałem użyć czegoś odmiennego od zera, dała wektor zerowy.

Nic mi nie przeszkadza w myśleniu o układzie jakiejkolwiek ilości wektorów. I mnożeniu ich przez jakiekolwiek liczby ale nie same samiutkie zera – czyli po zagwarantowaniu, że choćby  jeden z wektorów  próbowałem ruszyć z punktu (no, gdyby on był wektorem zerowym, nic z tego nie wyjdzie, ale to też znaczy, że jeśli układ wektorów zawiera wektor zerowy, to zawsze jest zależny, nieważne jakie są pozostałe wektory). Czyli w języku algebry: udaje mi się przy użyciu pewnych współczynników liczbowych, z których przynajmniej jeden nie jest liczbą 0, dostać jako sumę wektor zero.

No to już wiem jak jest z układem zależnym, a teraz trochę slangu zawodowego. Po pierwsze, na upartego  „dodawanie” dotyczy liczb, a nie wektorów, a przynajmniej ktoś kiedyś chciał odróżnić terminami te sytuacje – i przyjęło się mówienie o kombinacji a nie o sumie wektorów. Po drugie, gdy bierzesz najprostsze równanie, pierwszego stopnia: ax+by=0, z niewiadomymi x,y, to graficznie wyznacza ono linię prostą. Stąd kolejna umowa, że gdy nie ma jakiegoś „mnożenia” wektorów przez siebie, one występują „w pierwszych potęgach”, mówimy o kombinacji liniowej. I to już zaczyna brzmieć mądrze:

układ wektorów jest liniowo zależny jeśli jakaś ich kombinacja liniowa (z przynajmniej jednym współczynnikiem niezerowym) jest wektorem zero.

Świetnie. Ostatni krok, żeby otrzymać definicję niezależności liniowej układu wektorów (bez której nic ważnego nie da się zrobić w algebrze liniowej) polega na dorzucenia przedrostka nie, czyli na użyciu negacji, zaprzeczenia zdania. A jak zrobić zaprzeczenie zdania „jest taki układ liczb, wśród których nie wszystkie są zerami, że coś tam coś tam”? Ano (niedostępna dla polityków i rzadka u dziennikarzy) sztuka zaprzeczania zdań z kwantyfikatorami podsuwa rozwiązanie: dla każdego układu liczb, jeśli coś tam coś tam się zdarzyło, to one wszystkie muszą być zerami.

No i mamy tę wyglądającą na chropowatą i nieprzyjemną, ale w istocie najpiękniejszą wśród kandydatek, definicję liniowej niezależności układu wektorów:

jest on niezależny jeśli dla każdej ich kombinacji liniowej wytwarzającej wektor zerowy mamy wniosek, że w istocie wszystkie współczynniki liczbowe w tej kombinacji musiały być zerami.

Geometryczny sens: z takim układem jedyny sposób na wrócenie do punktu wyjścia jest nie wychodzenie nigdy z niego.

A zapis symbolami (jak już rzekłem, elegancki i poprawny) znajdziesz w każdym, ale to każdziutkim, podręczniku algebry liniowej.

czwartek, 17 lutego 2011, andsol-br
TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
Gość: nightwatch, ip-93-154-140-112.multi.internet.cyfrowypolsat.pl
2011/02/17 06:44:01
No a co z tą hiperbolą?
-
2011/02/17 09:14:17
Algebrą liniową był katowany (i pewnie jest do dziś) każdy student wyższych studiów ekonomicznych, bo była to podstawa modeli ekonometrycznych i programowania liniowego. Nawet to lubiłem, zwłaszcza od chwili, gdy potrafiłem sobie wyobrazić przestrzenie wielowymiarowe, takie powyżej trzech wymiarów. Interpretacja geometryczna bardzo pomaga w zrozumieniu, choć oczywiście podstawą była warstwa algebraiczna.
Robiłem to w czasach, gdy w podziemiach ówczesnej SGPiS (dziś SGH) stały Odry i Riady, a pecetów jeszcze w ogóle nie było, a tym bardziej Mathematiki, Statistiki czy Excela. Wspominam jednak z sentymentem - no cóż, człowiek był młodszy, pewnie i ambitniejszy :-)
-
2011/02/17 11:17:08
nightwatch: hiperbola kiedyś psu Bobikowi rzucona została na pożarcie. W komentarzu owym "glnąć" korektorem na "lgnąć" poprawiać nie należy, bo jest to odniesienie graficzne do wrogiej gmły, rozpuszczanej przez pewnych pomyłkowo wybranych premierów.
-
Gość: staruszek, cmp253.neoplus.adsl.tpnet.pl
2011/02/17 11:56:29
Mam kłopoty z rozumieniem mych tekstów w blogosferze.
Dlatego podkreślam: nie czynię Gospodarzowi zarzutów.
Ja proszę o uwagi, o ile Atena nie ukrywa mego wpisu za zasłoną milczenia.
---
Zapałki z łebkiem mamy o 1855-go. Wybrańcy Ateny znali Złotego osła, ale porzadny romans w krajach romaśskich to od XII stulecia. Krzywa łamana w andsolowym romansie wektorowym pojawia się deus ex machina.

Mój kombinator wektorowy Karol Borsuk był autorem gry rodzinnej Superfarmer (pierwotny tytuł: Hodowla zwierzątek), którą stworzył w celach zarobkowych w 1943.
(Wiki). Jakoś nie odczuwałem czytając jego podręcznik geometrii analitycznej (wydany na kredowym papierze jako dar Szwecji dla zrujnowanej Polski) potrzeby przywoływania postaci Saviniena de Cyrano de Bergeraca. Głowa niewiasty przepełniona była słowami niewidocznego długonosego mówcy. Czyli mieliśmy w XVII u kobiet wieku procesy abstrakcyjnego myślenia z pomijaniem szczegółów nieistotnych.
Był rok 1962 i jeszcze nie wiedziałem, że jakiś burmistrz jakiegoś amerykańskiego zadupia uchwali dla wygody mieszkańców lokalne zaokrąglenie liczby pi do 3. W miasteczku tym można było dostać po gębie, gdy się publicznie do pani zwróciło: "Ty ludolfino!"

Czy potrafimy przypisać autora do definicji próżni: "Próżnia to coś czego nie ma."?

Czy wprowadzenie do matematyki wymaga potoczności prologomenów?
Czy Gospodarz zaobserwował większą skutecznością nauczania po swych wysilkach uprzystępnienia matematyki? Czy studentom pomaga opowieść o mlodym Ablu, któremu dano stypendium ważne twierdzenie, a on niewdzięcznik za te pieniądze dowiódł ogulniejszego zaprzecznia?
Czy konstrukcja podwójnego zaprzeczenia jest właściwa językom analitycznym?
Wittlin klastfikował opowieści dwuwymiarowym stosunkiem do śmiechu. Nieśmieszne nieśmieszne to na przykład kiepski żart w mowie pogrzebowej.

Przeczeszując Wiki trafiłem na wypowiedź Sławomira Brzezowskiego. Ponizej zamieszczam wyimki wypowiedzi autora w dyskusji o jego podręczniku z fizyki dla II klasy LO.
"Wektor to nie jest strzałka, jak się wydaje niektórym nauczycielom w gimnazjach (i nie tylko)."
Wypowiedź staruszka na boku: "Ach jak ta strzałka czasu pięknie leci!"
...
"Tranzystorów, telewizorów, czy pralek automatycznych na palcach już nikt nie liczył."
...
"Pan [pomińmy nazwsko polemisty] też nie widzi ściany która jest za nim, gdy to czyta, chociaż ta ściana niewątpliwie jest."
...
Na koniec fragment tekstu o który mam żal do wyżej wymienionego autora.
"Siatka dyfrakcyjna od pary szczelin nie różni się w swej istocie ... gęstością szczelin, tylko ich ilością."
Czy andsolowe owieczki nabierają garść maku w liczbie dużej, co irytuje purystów w duzej ilości? Ponoć są temperatury minusowe - taki usus. Czy są już wysokości negatywne?
---
Czy nad 28-m komentarzem poprzedniego felietoniku zawisla kurtyna miłościwego milczenia? Unia Eurpoejska żąda od Polski drastycznych oszczędności.
Czy monteskiuszowe władze Rzeczypospolitej okroją dotacje dla KK?
Czy wierni zmienią nominał papierka rzucanego na tacę?
Czy te pytania zaśmiecają blog?
Trwały bombardowania miast angielskich, a grono dzentelmenów ostro pijąc tworzyło wizję.
Było za wcześnie na takie subtelności jak Wspólnota Węgla i Stali dwóch prędkości.
To oni na dużym kacu wymyślili zlikwidowanie podziału na Tatry Czechosłowackie i Tatry Polskie. Nie należę do grona "myślicieli". Ale czy ja zadaję pytania nie na miejscu i nie w porę?
Pozdrawiam z wyrazami szacunku i podziwu dla wspaniałej pieknej polszczyzny tego bloga.
-
Gość: staruszek, cmp253.neoplus.adsl.tpnet.pl
2011/02/17 13:54:34
Kajam się za literówki i inne chropowatości czyniące mój tekst niechlujnym.
Przepraszam.
Wzburzyła mnie twarda postawa UE i wizja niepokojów społecznych nad Wisłą i Odrą.
-
2011/02/17 16:57:42
A zdarzyło Ci się, andsolu, że - po wyjaśnieniu nieszczęśnikom, że dlatego "kombinacja liniowa", bo równanie y=ax+b przedstawia linię (prostą) - spora grupa tych n-ków będzie uważać, że funkcja y=ax+b jest liniowa? I będą tak uważać na wieki wieków, i uważania nie da się oduważyć, wkutego nie da się odwkuć, chyba że razem z głową.

Z tymi zapałkami - jako ilustracją Rzeczy na Prostej, też niezły numer. Albowiem by te "proste" rzeczy zobaczyć, trzeba wyjść poza prostą.

Żeby "skalować" (mnożenie), trzeba wpierw dodawać. Strasznie trudno jest dodawać, siedząc w prostej, nawet takie głupie "2+3". Na samym poczatku - to jak w Star Trek: "beam me up, Scottie". A już "-1" to SF i magia. I tu jest pies pogrzebany. No, z punktu widzenia Prostaka, bo taki - ale już awansowany do Płaszczaka - co najwyżej wzruszy ramionami: "Piees? Jaki pieees?"

-
Gość: nightwatch, ip-93-154-140-112.multi.internet.cyfrowypolsat.pl
2011/02/17 21:28:20
5-grid - mówisz że tak naprawdę to y=ax+b nie jest funkcją liniową? Aha, i z tego co widziałem to Andsol wyszedł z zapałkami poza prostą, przecież jest pisze że 'na płaszczyźnie albo w przestrzeni', więc...
No i czy na pewno tu jest jakiś pies pogrzebany? Bobik? Piesku, daj głos!
-
2011/02/17 22:38:39
staruszek: a ja myślałem, że to tylko 5letnie dzieci potrawią zasypać wielością trudnych pytań. Ok, nie ma co narzekać, trzeba zacząć wygrzebywanie się na powierzchnię.

Czy nad 28-m komentarzem poprzedniego felietoniku zawisla kurtyna miłościwego milczenia? Z mnogości tematów tam wpisanych najistotniejsza wydała mi się sugestia: najczęściej namawiam innych komentatorów do napisania czegoś o tym co jutro. Ale gdy moje ujęcie problemu dodać nie ma czego, to po co mam kłapać klawiaturą? Chciałbym umieć być tym od jutra, przetrwalność miałbym nieco mniej skróconą, ale nie wiem jak to się robi. Nawet z dziś i z wczoraj mam spore kłopoty pojęciowe.

Nominał papierka rzucanego na tacę jak i denominację PB mógłby zmienić, gdyby miał to za dobre. A tak to nasz Lud Boży niedużymi złotówkami obracać musi.

Głowa niewiasty... Zdumiało mnie, że rozważano w odnośnym momencie podanie imienia Krystyny, tej od podmrożenia Descartesa, w wyborach na królową Polski. Intelektualistka na tronie tutaj... Too good to be true. A szkoda.

Krzywa łamana [...] pojawia się deus ex machina. Najpierw zaskoczyć, potem skłaniać do robienia porządków.

porządny romans w krajach romańskich to od XII stulecia. Jeśli zamiast mówić o X wieku powiem coś o XV, jakiś specjalista mi wytknie, że już w 1220 Leonardo z Pizy używał symbolu na pierwiastek. A tak wymknę się, bo powiem, że romans to prawie równoważnik ciekawej fabuły.

Czy są już wysokości negatywne? A to mi brzmi jak "szybkość negatywna" odkryta w tutejszym podręczniku szkolnej fizyki. No można, ale na jaką cholerę? Co chyba wyczerpuje też temat cytowanego pedagoga.

Ponoć są temperatury minusowe - mieszanie nazwy i obiektu jest nagminne, to olbrzymi negatywny sukces szkolnego nauczania. Nierzadko pytam studentów czy w restauracji jedzą menu czy potrawy.

Czy konstrukcja podwójnego zaprzeczenia jest właściwa językom analitycznym? Nie znam choćby chińskiego, tylko angielski, a wnioski statystyczne wyprowadzane z unitarnego zbioru próbek bywają zawodne.

Czy te pytania zaśmiecają blog? Czy autor pytań myśli, że powiem "zmywaj?" Nie tak gościnności matula mnie uczyli.

Czy monteskiuszowe władze Rzeczypospolitej okroją dotacje dla KK? Póki władze są wierzące (że KK posiada wyborców, których może władzy okroić), raczej nie. Trudno robić wykroje w pozycji leżącej.

Czy Gospodarz zaobserwował większą skutecznością nauczania po swych wysiłkach uprzystępnienia matematyki? Chyba brak mi bezstronności, by to wycenić, a opinie są różnorodne. Niekiedy po długim czasie słyszę potwierdzenia, że to pomagało, inni od razu idą się skarżyć do władz. Mam skłonność tych pierwszych nazywać rozsądnymi, ale to jest właśnie ta moja stronniczość, wolę stać po własnej stronie.
-
2011/02/17 23:04:37
Kto mnie wołał, czego chciał? :-)
Nie jestem wcale pogrzebany, tylko się przyczaiłem, bo dziś wszyscy obchodzą jakiś Dzień Kota. Ale mam nadzieję, że od jutra zapanuje normalność i będę mógł wystawić nos spod łóżka.
Chociaż słyszałem, że niektórzy na normalność latami czekają i nie mogą się doczekać... No, ale ja optymista jestem. ;)
-
2011/02/18 01:37:13
tichy i nightwatch: no dobrze by było zostawić na y=ax nazwę "liniowa" a na y=ax+b "afiniczna" ale po pierwsze, to b bywa zerem, po drugie mówi się o systemach równań liniowych jednorodnych i niejednorodnych, a po trzecie, cokolwiek zadecydowane będzie, szkód nie przyniesie.

Nieusuwalność zamieszania między intuicją i definicją w pewnych głowach (podobnie jest z motywacją i formalizacją) smuci, ale nie sądzę, by tu się dało zagwarantować szczęśliwy finał. Uczono mnie w szkole o człowieku, którego nie uratowano, bo krzyczał nobody shall save me, I will drown, w istocie, gdy student nie chce sobie pomóc to nie wiadomo czy należy pomagać.

Uwagi o dodawaniu i mnożeniu przez -1 na prostej są arcysłuszne, mam za jedyne sensowne rozwiązanie jak najwcześniej wprowadzać geometrycznie liczby zespolone, gdzie wszystko jest jasne oglądalne - Twoje uwagi, tichy, są właśnie w duchu tego wprowadzenia ich, które obiecuję od lat i w ciągu paru dni (przed rocznicą urodzin bloga) trzeba będzie wstawić. Bo na prostej nawet (-2)·(-3) daje wiele zamieszania, a (√2)·√5) to czysta rozpacz, a na płaszczyźnie - wychodzi z uśmiechem i przytupem.
-
Gość: staruszek, afgb221.neoplus.adsl.tpnet.pl
2011/02/18 09:59:25
Dziękuję za pogodne echo.

Pytanie o skuteczność Pańskich metod oswojenia kierowała mną życzliwa ciekawość.
Miałem wielokrotnie okazję zadać sobie pytanie: czy gdy Jasiowi zdjąć strach i pośpiech, to nauka szkolnej matematyki przestanie być dla niego i jego otoczenia problemem. Najczęściej odpowiedź brzmiała: tak. I miałem wrażenie, że pobudliwi częściej mają kłopoty z matematyką.

Co do krzywej łamanej. Spójny ciąg odcinków jest dla współczenego młodzieńca tworem spoza wioków zgrowadzonych przez pamięć - jest tworem wydumanym. Niegdyś jako dziecko marzyłem o miarce złożonej ze sztywnych części połączonych przegubami. Teraz takie duże mierniki są spiralnymi taśmami. Zdarza się takiej taśmie zgąć, aby dać poglądowy model punktu nieróżniczkowalności. Mam to często z wężem od odkurzacza.
Młodzież uwielbia dokonywać ewolucji na lodowej rynnie. Sprawny zawodnik porusza się po krzywej łamanej. Ktoś kto nigdy nie widział stołu bilardowego modelu spójnego ciągu odcinków nie zna.
A brnąc w rozważania poza tytułową kwestią, proszę o kilka słów o luce:
solo - rzeczywista,
duet - zespolona,
tercet - nima!!! oj nima!!! czy to tylko luka we mnie?
kwartet - kwaternion.

I ostatnia uwaga: w oczach mam wspomnienie Krystyny Trybulec na schodach PKiN zwracającej Ewie uwagę aby mnie nie podrywała. Ku mójemu zdumienu Krystyna zasłynęła nie postawioną tezą i jej dowodem lecz obaleniem czegoś. Krystynę i mnie dzieli przepaść (jej góra?) możliwości. Ale jej spokojne skupione oczy pamiętam i mimowolnie się przypominają gdy jest mowa o mądrej kobiecie. Pan napisał o innej Krystynie.
Niedawno na jakimś blogu użyłem zwrotu "pierścienie pani Amalie Emmy Noether" jako przykładu znaczenia zaskakującego a ukrytego przed rzeszą laików.

Co do Pańskich zalet gościnności i towarzyskich to niespodzianek nie ma. Przeczytałem wszystko co na swym blogu napisał Telemach i tam ujął mnie Pan swymi komentarzami.

Co do pytań o jutro. Być może to forma mej tęsknoty przezwyciężenia postawy rodaków:
"Źle. Wszystko nie tak." Nawiązywałem do wzmożenia religijnego w Polsce. Sądzę że mamy do czynienia z pobudzonym wahadlem. I niedługo będzie odwrót - nawet w burzliwych okolicznościach. Tak sądzę.

Obiecuję wzmożenie samodyscypliny by nie wchodzić na blog z dużym a pustym.
Dziękuję i pozdrawiam.
-
2011/02/18 12:17:57
staruszku, w okresie moich długich włosów byłem dumny, że mam łatwy, prawie natychmiastowy kontakt z dziećmi, od oseska do paruletnich. (Miewało to gorzką stronę, gdy po pierwszej rozmowie taki malec gonił za mną wołając "tato", co wskazywało, że nie wszystko w świecie małych dzieci jest jak powinno być...) A teraz inna faza, jestem dumny, że jestem z trzema 90latkami "na ty", więc czemu nie i z tym staruszkiem? Ponadto, tu mam zupełnie odmienne nastawienie niż pan B.Miś, myślę, że Sieć nie jest do tytułów i kaligraficznych grzecznościowych zwrotów - szacunek można przecież wyrazić uważnym słuchaniem tego, co interlukutor mówi. Więc jeśli możesz pozostawić Pańskość na boku...

O doświadczeniach dydaktycznych: często gdy Jasiowi zdjąć strach i pośpiech odkrywam, że jak i przedtem Jaś mnie olewa, ale bez strachu i spokojnie tarza się w swoim lenistwie i nieróbstwie. Nie głoszę publicznie moich przekonań od kiedy Doomsday Herald komu innemu dał dobrze płatne stanowisko naczelnego, ale mam dla siebie za niepodważalne, że, statystycznie rzecz biorąc, chęć do kształcenia się, czytania, znajdowania mądrych treści u bliźnich i panowania nad rozedmą egoizmu jest ustalona przez czynniki domowe i to bardzo, bardzo wcześnie. I nie ma to wiele wspólnego ze statusem materialnym czy społecznym rodziców.

Krystyny Trybulec... Dziennikarze bezustannie donoszą "Jarosław K. wrócił od rana do swoich intryg" a nie piszą "Krystyna Kuperberg od rana myśli o topologii", bo na intrygach się znają. I z tej głupiej przyczyny rodacy mają źle ustawione pojęcia wielkości i wartości. Żałko, skuczno.

Co do ciągu 1,2,4,8, to jest znana historia o tym jak Hamilton, geniusz, a wyłożył się na płask próbując zrobić arytmetykę z czterema działaniami dla 3 wymiarów - przez długi czas zdumiewało mnie, że 10 lat nad tym siedział i w kwaterniony proces myślowy go wcisnął. A potem zaczęło zdumiewać, że nie wziął innej ścieżki, z której w 15 minut widać, że dla wymiaru 3 nie mogło to udać się, bo niektóre liczby nie są sumą trzech kwadratów, jak na przykład wyżej wymienione 15.

O wahadle. Normalne, że się waha, ale nienormalne, że jak u nas odbiło w tamtą stronę za kontrreformacji, tak do dziś tam trzyma i nie popuszcza. Musi wahadło zardzewiało. A trzeba było Jagielle złota się trzymać, nie rdzewieje.
-
Gość: staruszek, afgb221.neoplus.adsl.tpnet.pl
2011/02/18 13:51:35
Andsolu!

Prawie codzienny koleżeński kontakt z Krystyną Trybulec, Antonim Kreczmarem, Wiktorem Markowiczem, Andrzejem Mostowskim, Heleną Rasiową i nnymi nauczył mnie form szacunku o których piszesz postulatywnie. Pamiętam wezwanie do pomijania stopni naukowych pod publikacjami popularnonaukowymi i naukowymi jakie spotkałem lat temu kilkanaście. Szacunek mają wzbudzać treści, a nie tytuły naukowe.

Mój kontakt ze srodowiskiem naukowym wcześnie się skończył. Życie zdryfowało mnie sfery o obyczajach jak z pierwszych stron Mistrza i Małgorzaty. "Do mnie należy się zwracać Namiestniku!" Oczywiście taki opis zwyczajów jest moim szyderstwem. Obaj bohaterowie tej sceny to postaci nietuzinkowe. To że dziś nie zwracamy się do kogoś "Waszmość" jest stwierdzeniem banalnym. Ale nomenklatura stała się kwestią ubraną w inny strój. Dziś mamy Premiera Jarosława Kaczyńskiego oraz pana Tuska.

Wracam do mnie i mego otoczenia. Staram się - trochę ze szkodą dla wdzięku - być ostrożny w tytułowaniu. Przestrzeń publiczna forumowiska internetowego i blogosfery wypracawała bardziej demokratyczne formy zwracania się do siebie niż te moje. Ale ja mam za sobą pracę w instytucji wojskowej. Nie służyłem w wojsku w młodości. Wiedziałem jak zwracać się do podpułkownika. Z bezpośrednim szefem, majorem, byliśmy na Ty, bo to był człowiek o duszy cywila. W komentarzach blogowych dryfuję z braku utrwalonej bezpośredniości między Pan a Ty. Natomiast najwyższą uwagę przykladam do unikania w jakiejkolwiek postaci słów lekceważenia.

W głowie brzmi prośba naszego asystenta o nastepującej treści: "W tej grupie są zdolni ludzie. Gdyby ktoś z Państwa potrafil mi podać elementarny dowód, że limes superior kosinus en jest równy jeden, to byłbym wdzięczny. Nieelementarny dowód znam.
A elementarny potrzebny mi do pracy doktorskiej." Minęło niemal pół wieku, a ja mój szacunek do ludzi zderzam z powodzią obelg w internecie. W tym półwieczu Krystyna wyszła za Kuperberga, a koleżanka wzmiankowanej Ewy za innego młodego naukowca o znanym dziś dobrze nazwisku w środowisku matematyków. Obie postaci dziś są ikonami polskiej nauki. I miałbym opory dziś spotkawszy Panią Profesor powitać ją slowami: "Witaj Krysiu!" Miałem szczęście poznać - i przebywać w kręgu osób wybitnych i mądrych. I gdy wychylam się na publiczny obszar, to do menela zwracam się "Pan". Ta mniej napuszona nomenklatura mnie nie odpycha. Ale zawsze na swój własny użytek przywołuję stwierdzenie: przejście na ty jest zawsze dla mnie zobowiązaniem. Obcego mogę zlekceważyć przedkladając swe nad jego. O swego muszę dbać. To trudniejsze ale przyjemniejsze.

Bądźmy na Ty, Ciebie, Tobie, ... nam Andsolu. Nie ma sprawy. Dziękuję.

I juz w tej nowej formie mam do Ciebie lekki żal. Przez 2005 lat naszej ery unikałeś tego bloga. A postanowiłem przeczytać Twe wszystkie feietony od najstarszych. Dziękuję za powściągliwość dająca mi czas na bliższe poznanie choćby Bobika. Et ego te absolve te 2005 z okładem blogowego milczenia. To co zdążyłem chwycić okiem daje radość dobrej zabawy impulsatorem migów. Postaram się migać krótko w ciepłych barwach.
-
2011/02/18 17:38:16
nightwatch & andsol

Przepraszam za opóźnienie w pisanej reakcji, ale moja domena jest blokowana przez blox, więc muszę pisac z innej. Uprzednio stosowałem proxies, ale te raczyły mnie flashami i javkami i biegajacymi lub grzmiącymi reklamami, a nawet porno, więc unikam.

Chyba, że zna kto jakieś "zacne proxy"?

nightwatch: "mówisz że tak naprawdę to y=ax+b nie jest funkcją liniową?"

Notka andsola jest o definiowaniu, więc jak zdefiniujesz "tak naprawdę"?

Np., gazeta leżąca na stole jest "tak naprawdę" do czytania, czy "tak naprawdę" do ciapania much, lub do czego innego "tak naprawdę".

Jak ta gazeta, zapis "y=ax+b" ma różne cele, zastosowania, użytki - zwij jak chcesz. Jeden - przedstawia linię prostą, na płaszczyźnie, drugi - definiuje funkcję y=y(x).

Własność "liniowości " funkcji jest precyzyjna i niedwuznaczna:
y(x+x')=y(x)+y(x') oraz y(cx)=c y(x)

Inaczej, zachowuje struktore liniową sprzed akcji na tę po akcji. Liniowa funkcja musi zachować 0 (jaki ważki element tej struktury), w szczególności.

Tej własności ta funkcja y(x)=ax+b nie ma (gdy b różne od zera).

Ale, tę wadą można naprawić, rozszerzając obszar działania, tu: z prostej na płaszczyznę.

Rozszerzamy rzutując pionowo w górę punkty x na osi poziomej na linię y=1, zapisując wynik (x,1) - eleganciej by wyszło w zapisie macierzowym jako pionową macierz X=[x;1]
o jednej kolumnie i dwóch wierszach (tu średnik znaczy - zrób następny wiersz).

Dalej, zapisz współczynniki w macierzy 2x2 A=[a,b;0,1]

Wtedy AX jest funkcją liniową X'a, pracująca teraz na płaszczyżnie, ale zachowująca tę prostą y=1:

AX=[ax+b;1]

Czyli, przy rozszerzeniu zakresu "naprawdości", "tak naprawdę" funkcja afiniczna jest liniowa. Więcej -

en.wikipedia.org/wiki/Transformation_matrix#Other_kinds_of_transformations

Co do tego, że andsol "wyszedł z zapałkami poza prostą", to niezupełnie wyszedł, tylko jakby o tej prostej zapomniał - a przecież wektory zaczynają już swoje żywoty na prostej.

Jakby andsola poprosić, to by opisał, że wektory nawet zaczynają swe życie już na dwóch punktach, 0 i 1 (pomijając trywiał martwy - że w jednym, w 0).

Może miał powód by zapomnieć - wtedy po prostu "nie wpsomniał", albowiem prosta jest wielce nienaturalna do wzbudzania właściwych intuicji.

Choć takim np. Czechom to nie przeszkadza, bo na nasze przestrzenei oni mówią "prostory".

Semantyka jest straszliwą pomocą, tzn., bywa również zgubą.

Cały świat na "odcinek" mówi "interwał" (w takiej czy innej ortografii), co jest nazwą idealną, znaczy tyle co "międzywale" (zapozyczajac z powódźnictwa). Tak, "wał" - to prasłowo (zpoażyczając od Bruecknera). I tak swobodnei można mówić o interwałach na prostej jak na płaszczyźnie, czy nawet w przestrzeni.

A "odcinek"? - to chyba wymyśliła jakaś krawcowa lub wojskowy (bez obrazy dla tych szacownych zawodów).

-
Gość: Throgh, afbb52.neoplus.adsl.tpnet.pl
2011/02/18 21:02:52
Kiedyż, ach kiedyż wyrwę się spod skrzydeł Macierzy! A juz sądziłem, łudziłem się, że przemknę bokiem...
-
2011/02/18 22:49:51
Muszę poprawić, bo "jest naprawdę" nie dawało mi spokoju.

Napisałem, iż funkcja afiniczna, pierwotnie nie będąca liniową (sensu stricto, choć mająca wykres będący linią prostą), po odpowiedniej manipulacji, rozszerzeniu i włożeniu w bogatsza strukturę - staje się liniowa.

Ale to nie tak.

To tak, jak Jaś, choć będąc z natury tchórzliwy, jednak wstępuje do OSP, i jako strażak - bardziej niż Jaś sam - staje się odważny, ex definitione - przynajmniej w percepcji Małgosi. Tej zmiany percepcji kwalifikacji mogą być znaczące konsekwencje (dla Małgosi w szczególności, gdy ... ale to mniej więcej wiadomo).

Ciepełko organizacji staje się twym ciepełkiem, gdy doń wstąpisz.

Wg. tych analogii można konstruować następne, może nawet bardziej wyszukane...
-
2011/02/21 11:15:00
@tytularstwo

Często powtarzam anegdotę o Adamie Łomnickim (biologu-matematyku), który, otwierając pierwsze Warsztaty Biologii Ewolucyjnej, powiedział: "Na Warsztatach nie będziemy używać tytułów naukowych. Jak wiadomo, magister to nie tytuł; doktor myli się z lekarzem; docent był postacią kabaretową jeszcze w latach osiemdziesiątych, a odkąd profesorem jest Jaskiernia..."

Niemałą satysfakcją napawa mnie fakt, że Jaskierni nikt nie pamięta. Niejednego profesora jeszcze zapomnimy, niejednego rektora i niejednego premiera.

Z mojego doświadczenia, istnieje istotny (nie tylko wg kryterium istotności statystycznej, ale i wielkości efektu) związek między skłonnością do tytularności a osiągnięciami naukowymi. Rzecz jasna, ujemny.

@liniowość

Ciekawe. Z mojej perspektywy wygląta to na spór terminologiczny. Liniowy, as in y ~ x lub y ~ x + a, zależności od tego, jaki rodzaj statystycznego modelowania uprawiamy.

@notka

Zawsze powtarzam studentom, że zrozumienie czegoś opisywanego bez użycia wzorów tylko pozornie jest łatwiejsze. Jajajakobiolog uważam, że o ile zrozumienie czegokolwiek mieści w granicach możliwości jakiegoś umysłu, to ostatecznie łatwiej będzie zrozumieć używając prostego języka, bez metafor. Przynajmniej ja tak mam, nawet, jeśli się języka najpierw nauczyć muszę.

Metafory są śmieszne i fajnie się je czyta, jak już się rozumie, o co chodzi, wtedy można się uśmiechnąć.

Co innego, jeśli zrozumienie problemu przekracza możliwości autora (jak np. zrozumienie matematyki hipotezy Seiferta przekraczało moje możliwości).
-
2011/02/22 01:58:43
ztrewq

Z mojej perspektywy wygląta to na spór terminologiczny. Liniowy, as in y ~ x lub y ~ x + a, zależności od tego, jaki rodzaj statystycznego modelowania uprawiamy.

Z jednej strony - tak. Ale wiecej: szukanie balansu między jasnością a rygorem, bo niestety, nie zawsze ida one w parze.

Ile poświęcić jednego na rzecz drugiego - pytanie. Zwłaszcza na początku - na ile można mówić niedbale, by nie wywołać trwałych szkód...

By np. delikwent był w stanie zrozumieć, że metoda najmniejszych kwadratów jest liniowa, jak i przybliżanie cyklicznych danych przez kombinację sinusów o róznych częstotliwościch - również. Że jest to regresja liniowa, wraz z jej wadami i zaletami...
-
2011/02/22 03:34:48
No właśnie, ztrewq, jak to dobrze czasami nie mieć czasu, ktoś inny lepiej ode mnie powie co trzeba. Właściwie już przedtem tichy powiedział to samo, trochę inaczej.

Jeśli i ja dołożę za jakiś czas znowu parę słów na ten temat, to nie dla zasypania innych punktów widzenia wielosłowiem, ale wyniknie to jako konieczność w gaworzeniu (do którego też od sporego czasu zbieram się) na temat tych terminów "algebra liniowa" i "transformacja liniowa". No i dokładnie jak to tichy dopuszcza, obie opcje są dobre, ale dla przyszłości stosunków między studentem a algebrą, jedna jest lepszejsza (czyli lepsza niż lepsza).

Co do Twego wpisu o sferach, pamiętam go świetnie - nie zaskoczyło mnie, że tak dobry tekst matematyczny może napisać biolog, bo już słuchałem paru mówiących o modelach matematycznych i jasne było, że ich kultura matematyczna przekraczała to, co paru moich instytutowych kolegów osiągnęło na studiach matematycznych.

Zgoda, że tekst z metaforami (czy żarcikami) jest uciążliwy przy drugim czytaniu. Powinna być jakaś automatyczna zapadnia, która je likwiduje przy ponownym wywołaniu pliku. Ale często przy pierwszym oglądzie oddają niezastąpione przysługi, np. z lekka uwalniają czytającego od niechętnego nastawienia.

Wiem, że w porównaniu z bardzo cenionymi popularyzatorami matematyki (mówię o tym co tu i teraz jest dostępne w tym języku) dużo częściej używam metafor i podobnych językowych wybiegów, może ktoś powie, że nadużywam. To jest świadomy zabieg. Ten czy tamten matematyczny wątek, nawet gdy szczerze mnie interesuje, często jest użyty do przeszmuglowania przekonania, które mam za dużo istotniejsze - i jego akceptacja bardzo by ułatwiła życie sprzedawcom i kupcom towarów matematycznych: matematyka nie jest tak odmienna od innych dziedzin nauki czy wiedzy. Gauss czy nie Gauss, mam gdzieś pitolenie o królowej nauk. Nastawanie na jej rzekomą wyjątkową logiczność i ścisłość jest jednocześnie obrażaniem innych nauk, odpychaniem tych, którzy przyjmą potrzebę wielkiej staranności w obracaniu szczegółami, ale nie "na dzień dobry" - i w dodatku pomniejszaniem roli fantazji, gry idei, tak cholernie ważnej w przyzwoitej pracy matematycznej. Więc dlatego te bezustanne nawiązania do nie-matematycznych procesów i skojarzeń...

A że nie każdemu studiującemu matematykę potrzebne jest to do szczęścia? Ależ przeskoczy nad tym obojętnie. To pogląd, a nie doktryna.