|
Blog > Komentarze do wpisu
Rachunek, czyli spłacam dług
Zapytał mnie wieczorkiem dnia 13 stycznia
Krzysztof Nawratek:
A czy ja mogę mieć prośbę do autora? Czy może być jakiś przystępny wykład o
pochodnych i filozofii i skąd się w ogóle Leibnizowi to-to wzięło?
Proszę o wykład przystępny, bo właśnie sobie uzmysłowiłem, że choć w liceum
byłem w klasie mat-fiz, to to było ponad 20 lat temu, i dziś już prawie nic
z tego nie pamietam... i strasznie mi się smutno zrobiło, bo jakieś takie
poczucie straty...
Dziś jest 18 stycznia i Krzysztofowi odpowiadam. Szybko? Oj, nie bardzo. Ta
jego uwaga jest sprzed
trzech lat.
To nie z lenistwa takie ociąganie się, a ze świadomości ogromu zadania
(czyli jednak z lenistwa). Wiele podręczników analizy matematycznej
(vulgo rachunku różniczkowego i całkowego) miałem w ręce, a takiego
wstępu, wyjaśniającego co i po co, nie widziałem. Owszem, bywają wstępy
wyśmienite, ale ani krótkie ani przystępne. Może dlatego, że dbając o
przystępność, czyli unikając wymądrzania się, łatwo się wygłupić.
Kiedyś ucieszyłem się, że wykręcę się linką, bo w Sieci wysławiano bardzo
popularny tekst krajowego pochodzenia, podobno studenci go uwielbiali.
Zajrzałem i przebrnąłem przez parę stron wulgaryzmów, użytych do utytłania
niedbale przedstawionego zwykłego wykładu. To jakby przekonanie kucharza, że
twardy kęs mięsa, po obsypaniu stęchłą mąką z pieprzem, staje się jadalny.
Nie, moje pojęcie o przystępności nie polega na tym, by w bramie
ustawić grono prostytutek. Więc jednak trzeba brać się do mówienia po
swojemu.
I tak mam szczęście, że pytanie jest o pochodne, a nie o analizę
całą, bo nie ma ogólnej zgody co do niej należy a co nie. Ale o tym da się
kiedyś powiedzieć osobno. Zauważ tylko, że niektóre podręczniki włączają
trochę geometrii analitycznej, inne uważają, że człowiek ma to już znać przy
wejściu. Jedne dochodzą do analizy niestandardowej, równań różniczkowych i
technik numerycznych przybliżeń, a inne tłuką tylko sposobiki całkowania.
To chyba znaczy, że dziedzina jest jeszcze młoda i może poddać się wielu
wewnętrznym przemianom.
Uniknę też wdawania się w motywacje Newtona i Leibnitza. Uczciwie zrobione
to może być bardzo zawikłane. I wiele musiałbym douczyć się o tym jak
dochodzono do prostoty. O ile milej brać się za przedmiot w stanie, w jakim
pojawił się gdzieś po roku 1930, gdy już był pewien konsensus co to jest
zbiór, funkcja, krzywa i jak używać rachunku zdań do przekazu matematyki.
Gdzie zacząć? Powiedzmy, że jest jasne, że funkcja to szczególny opis
zależności, jednej przyczynie przypisuje jeden efekt.
Najczęściej przyczyny i efekty są skwantyfikowane czyli przetworzone na
liczby. Od takiej ilości opadów w ciągu dnia taki to mamy przyrost wysokości
róży. Potem okazuje się, że zależność od wielu przyczyn też da się tak
opisać za pomocą sztuczki językowej, mówi się jednym zestawie przyczyn
(zmiennych) czyli np. o ich wektorze, to samo można zrobić ze skutkami. Ale
to dużo później, najpierw trzeba opanować jak najprostsze zjawiska.
Poważny kłopot leży w tym, że gdy zaczynamy pracę, mamy pewne (zbiorowe)
doświadczenia, już są przewidywania dotyczące metod i one ograniczają zakres
naszych możliwości. Może takie nieudolne porównanie: zamierzam zgromadzić w
pokoju wiedzę, myślę o książkach i przygotowuję regały. Ale dostarczają mi
informacje w gadających ślimakach, każdy z nich wie wiele i chcą
współpracować w zamian za sałatę ale odmawiają siedzenia na metalowych
regałach. Klops z biblioteki.
Otóż część naszego dziedzictwa jest naszkicowana na tych naiwnych ale
ważnych szkicach.
Rozumiemy co to znaczy, że linia (prosta) jest styczna do linii okręgu.
Jej nachylenie na płaszczyźnie mówi mi prawie wszystko w której części
(do wyboru – dolnego czy górnego) półokręgu jest ona przyklejona
do kółka. A „bardzo” blisko punktu kontaktu są prawie
nierozróżnialne. I coś mi świta, że opis liczbowy linii prostej jest
dużo prostszy niż opis półokręgu, więc pojawia się pierwszy ważny obiekt
pożądania: dla każdej zakrzywionej linii chciałbym umieć w każdym punkcie
dolepiać styczne linie proste.
A teraz mierzenie. Linię łamaną mierzę łatwo, dodaję segmenty tworzące ją. Najprostsza linia niełamana to obwód okręgu. Nieważne o jakim
promieniu, twierdzenie Talesa sugeruje, że jeśli poradzę sobie ze
zrozumieniem co znaczy „długość linii okręgu z promieniem 1” to z
każdym innym promieniem też będzie łatwo, te wymiary będą tak proporcjonalne
jak wymiary promieni. No i mamy pozornie prosty pomysł przybliżania linii
okręgu „coraz lepiej” przylegającymi krzywymi łamanymi.
Wcisnąłem w kółko figury regularne („takie same” boki i kąty) z 6,
12 i 24 bokami. Ten ostatni przy rozdzielczości monitora zdaje się zlewać
się z okręgiem – a to ma być proces nieskończony, tak świetnie
przybliżający okrąg, że w paru cugach ani bakteria tam się nie wciśnie. No i
długości łamanych rosną, rosną, ale nie za bardzo. Coś je ogranicza.
Granica... Od użycia pomysłu do jasnego opisu co tu się dzieje minęło dwa
tysiące lat z hakiem i ostatnio na politechnikach jest moda na powrót do
starożytności, czyli wyjaśnia się co znaczy granica byle jak, byle
umieć ją obliczać. A przy takim podejściu łatwo umknie oku, że ta liczba,
którą dostaniemy, 2π, jest nowym bytem. Przywołaliśmy ją do kolektywu,
do pracy w kółku.
A potem pojawia się genialny pomysł z poszatkowaniem dwóch półkółek i
złożeniu ich w „prawie” prostokąt:
Im więcej łupek z kółka z promieniem 1, tym bardziej długość „prostokąta” podobna
jest do π a wysokość – do promienia. Jeśli promień to r, obwód okręgu też wydłuża się w proporcji r i szkolna moda każe
zapamiętać „wzór na pole koła z promieniem r” jako π·r²,
ale sugerowałbym raczej myślenie o 2π·r²/2, bo jeśli zamiast całego
koła z pełnym kątem 2π weźmiemy wycinek z kątem α to widać jak byk,
że ten wycinek będzie mierzył α·r²/2.
A w dodatku lubimy okręcać kółko na palcu i wiemy gdzie ten palec ma kółko
podtrzymywać, żeby talerz nie spadł, ale gdyby to była taka figura:
coś mówi człowiekowi, że da się gdzieś to podeprzeć, żeby sobie wirowało,
ale gdzie?
No i zaczynamy mieć zupełnie niezły koncert życzeń. Ale teraz zaczynają się
schody. Bo definicje „stycznej do okręgu” mamy aż dwie, i obie są nic
nie warte dla innych krzywych. Inne krzywe nie mają ani środka, ani
promienia, więc co jest warte gadanie o prostej odległej od środka o długość
promienia – a złośliwych przykładów niestycznych a mających
dokładnie jeden punkt wspólny z krzywą każdy wyprodukuje ad libitum.
Podobnie ze styczną, która w jednym miejscu dotyka jak puszek krzywej, a
potem, w innym miejscu brutalnie ją kroi tyle razy ile chce. Więc zaczyna
się wielka walka o zdefiniowanie tego, czym ma być styczna.
Streszczając długą i pracowitą przechadzkę: wybory naszych modeli i pożądań
upychają nas ku konieczności dobrego zrozumienia co to jest granica
(dla ciągów intuicja jest prosta: ciąg ma granicę jeśli jest
„coraz bardziej” podobny do ciągu stałego). Potem ciągłość
funkcji – tu zauważę, że dawny obyczaj ględzenia o nieprzerywającej się
linii to nie jest dobry sposób, bo jak weźmiemy naprawdę dobry zoom,
to wkrótce będziemy oglądali coś mniejszego od elektronów i jak tu rysować
linię ciągłą; tu trzeba po prostu poradzić sobie z topologicznym pojęciem,
że przeciwobraz sąsiedztwa pożądanego efektu zawiera jakieś sąsiedztwo
badanej przyczyny. A gdy mamy już granicę funkcji, to pewna konstrukcja
wyjdzie albo nie – jak wyjdzie, powiemy, że funkcja jest
różniczkowalna. I tej metody opisanej w definicji nikt nie używa poza
dręczeniem studentów głupimi ćwiczeniami, bo robi się zupełnie inaczej. Dość
prosto znajduje się wynik konstrukcji, pochodną dla najbardziej
podstawowych funkcji: stałej, tożsamościowej, sinusa, wykładniczej (choć tu
są pewne drobne klocki), a potem pokazuje się, że jak funkcje mają pochodne,
to mają je także wyniki działań arytmetycznych wykonanych na funkcjach, mają
je złożenia funkcji (bilet kombinowany, jedź dalej) i (o ile nie
dzielimy przez zero) mają je funkcje odwrotne. I na te wszystkie przypadki
są łatwe wzorki o zrozumiałej genealogii.
Więc pytanie w tym co to za konstrukcja? Intuicja jest prosta: cięciwy na
krzywej, gdy jeden punkt jest zatrzymany, a drugi „zbliża się” do
niego, przybliżają się do linii, którą dało by się nazwać styczną. Ale nie
umiemy przechodzić do granicy z cięciwami. Więc myślimy: za każdą cięciwę
jest odpowiedzialny kąt, który ona tworzy z poziomem, może przejdziemy do
granicy z kątami? Niestety, znaczenie czegoś takiego też nie jest jasne. Ale
funkcja tangens jest odwracalna, jak znam jej wartość, znam kąt. I
mogę przejść do granicy... z tangensami kątów tworzonych przez cięciwy.
Granica to jakiś tangens. Ten tangens daje pewien kąt. Ten kąt daje pewną
linię prostą przechodzącą przez rozpatrywany punkt na wykresie funkcji.
Voilà, mamy definicję, której potrzebowaliśmy.
Zabawne, że dawno, dawno temu, gdy autorzy książek chcieli być zrozumieni,
czyli brali udział w zabawie „popatrz – widzisz?”, czasami
zamieszczali taką machinę do rysowania pochodnych, a student nawet nie
znając pojęć mógł ją sobie wykreślić. To ważne, bo jeśli pomyślę o
interpretacji, że dzielę przyrosty efektów przez przyrosty przyczyn, w
prostym przypadku funkcji „przebiegnięta droga zależy od czasu”,
pochodną rozumiemy jako szybkość ruchu. Czyli mając grafik zależności
drogi od czasu potrafię nakreślić zależność szybkości od momentu.
W układzie współrzędnych rysujemy kółko o promieniu 1 z mnóstwem
pomocniczych promieniście rozchodzących się linii – chodzi o to, by
przecinały one oś pionową. Naszkicowaną na fioletowo funkcję zastąp przez
swoją (półprzezroczysty papier czy kalka techniczna czy cóś). Pokażę jak
znaleźć tylko jeden punkt wykresu pochodnej, po powtórzeniu procedury dużo
razy (dużo to 10 albo 20 albo 50...) mamy pojęcie jak biegnie pochodna.
Kolejność kroków: 1. wybieram punkt na osi; 2. znajduję nad nim punkt
wykresu funkcji; 3. kreślę na „mniej-więcej” linię styczną do
wykresu w owym punkcie; 4. odnajduję w pomocniczym pęku linię do niej
równoległą; 5. znajduję wysokość przecięcia przez tę linię pomocniczą osi
pionowej – tak, oczywiście, to jest tangens kąta, bo druga
przyprostokątna to 1); 6. nanoszę tę wysokość nad punktem z pierwszego
kroku.
Prośba była o pochodne, nie o całki. Na szczęście, bo Blox by mi zablokował
rozgadanie się. Ale mogę powiedzieć, że sumy całkowe Riemanna, czyli
rozbicie pólka figury pod wykresem funkcji między dwoma punktami a oraz x
(rozważamy najprostszy ale
wystarczająco ogólny schemat) mają jakąś granicę przy coraz staranniejszym
szatkowaniu pólka. I to jest „całka oznaczona”. A jeśli teraz
zacznę zmieniać pozycję x-a, czyli powiększać pole, to mam nową funkcję. I chwilka zastanowienia się pokazuje, że szybkość
przyrostu tej funkcji jest mierzona właśnie wyjściową funcją ograniczającą
od góry pole. Czyli pochodna funkcji mierzącej przyrost pola to nasza wyjściowa
funkcja. To jest zupełnie niesamowite – i stwierdzenie to w pełni
zasługuje na nazwę podstawowego twierdzenia rachunku różniczkowego i
całkowego, bowiem przybliża do wykonalności zadanie mierzenia pól,
długości krzywych, znajdowania środków ciężkości figur itp. itd.
Czemu to wszystko było takie ważne? Z dwóch przyczyn. Po piewsze, pojawienie
się tych technik rachunkowych przyniosło unię technologii i nauki. Za
wyjątkiem nielicznych a rozbębnionych w szkołach przypadków, przez długie
wieki technologia olewała naukę. A od owego momentu, czyli od drugiej
połowy XVII wieku olewanie nie było opłacalne. I pojawiły się Wyższe Szkoły
Budowy Dróg i Mostów, rozwijające analizę matematyczną aż palce lizać.
A po drugie, równanie różniczkowe to takie wyrażenie, które mówi coś
jednocześnie o funkcjach i o pochodnych. Na przykład: pochodna równa jest
funkcji; po wykładzie z rachunku różniczkowego umiesz to rozwiązać. No więc
rzecz w tym, że prawie wszystko, co fizyka mówi o świecie, mówi w języku
równań różniczkowych. Gdyby tego nie było, fizycy musieliby to wymyślić.
Prawdę mówiąc, fizycy to wymyślili. wtorek, 18 stycznia 2011, andsol-br
TrackBack
Komentarze
2011/01/18 05:15:58
Ekstra nocny Waść ptaszek czy wręcz odwrotnie, Twój kot wymaga spacerów jeszcze wcześniejszych niż pies marzateli?
A w sprawie znanych od wieków osiągnięć nauki, nie ma to jak samemu parę z nich sobie odkryć. To na młodzika działa jak botox na staruszka. 2011/01/18 07:54:23
Oba (obie) moje koty są już od lat w krainie wiecznych łowów, a ja cierpię na okropne napady bezsenności, więc i pory aktywności mam dość dziwaczne. Cale szczęście, że nie trafiło mnie nigdy dość kłopotliwe schorzenie, jakim są gwałtowne napady senności powodujące zasypianie w pół kroku.
"Jak botox na staruszkę" - bardzo trafna metafora :-) Żałuję, że za mojej młodości nie było komputerów, arkuszy kalkulacyjnych i GeoGebry. 2011/01/18 08:20:40
ja teraz podziękuję za ten wykład, ale przeczytam go spokojnie jak wrócę z pracy.
wtedy podziękuję pewnie bardziej :) 2011/01/18 17:34:17
"funkcja to szczególny opis zależności, jednej przyczynie przypisuje jeden efekt."
Auć! Pole kwadratu jako efekt długości boku? I jednocześnie jej przyczyna? PS. Sorry za krótkość, ale pisze z pracy, bo tylko z pracy blox akceptuje moje komentarze, a będąc w rzeczonej pracy nie mam zbyt wiele czasu... 2011/01/18 19:27:25
tichy = 5-grid: przykro mi, że Blox Ci robi takie wstręty z umieszczaniem komentarzy; niestety moje uwagi nie przynoszą odpowiedzi od administracji.
Tym cenniejsza jest dla mnie Twoja dobra wola, by jednak zdołać przebić się z komentarzem. Co do Twej uwagi - zależność między przyczyną a skutkiem to jedno z dojść do pojęcia funkcji, ważne, nie jedyne, nie narzucające później obowiązku interpretowania wszystkiego w tych terminach. W tekście, którego celem nie jest zastąpienie ścisłego wykładu, a przybliżenie pojęć nawet laikowi, musi być utrzymana pewna równowaga między zupełną jednoznacznością a łatwością pojęciową wypowiedzi. Jeśli ktoś wyciągnie wniosek, że "definicja pola kwadratu to efekt przyjęcia, że mnożymy przez siebie długość boku", wda się w lekkie, ale bez niebezpiecznych pojęciowo zawikłań, udziwnienie. No, chyba, że ma nadmiar mocy słowno-analitycznych, ale filozofa czy logika nic i nigdy nie zaspokoi.
Gość: 5-grid, 189.26.130.198.dynamic.adsl.gvt.net.br
2011/01/18 22:34:35
Intuicje zbyt często się imprintują, i choć w chwili ich przytoczenia mogą pełnić pożyteczną rolę, później mogą "zdradzić" i stać się przeszkodą, nawet nie do pokonania.
Do takich "niebezpiecznych" intuicji należy traktowanie kauzalne - przyczyna i skutek - zależności funkcyjnej. Fizykalne oparcie teorii matematycznej - jakże pożyteczne. Położenie lub droga obiektu jako funkcja czasu (tu już niebezpieczeństwo przyczyny/skutku zaczyna być widoczne), prędkość jako pochodna, czy raczej - pochodna jako prędkość. Ale z tą fizykalnością - "przyziemnością" - jest jak z trampoliną. Dobrze, że jest, by się od niej odbić, ale spróbuj się do niejprzywiązać, odbijając! Kontuzja gwarantowana. Jak mawiał Steinhaus: "Ziemia - kula u nogi"
Gość: Patso, aayo28.neoplus.adsl.tpnet.pl
2011/01/19 00:20:40
Niezależnie od rozważań historycznych, jestem zwolennikiem uprawiania (w tym rozumienia) matematyki w sposób całkowicie abstrakcyjny. Dopiero potem, mając rozwinięte dobrze działające teorie, można próbować zastosowań w "realnym świecie". Podejście fizyczno-intuicyjne do matematyki skutkuje zazwyczaj długimi debatami na temat "dlaczego 0.999... = 1 i czemu tak być nie powinno" , bądź "jak może istnieć 11 wymiarów". Z drugiej strony mechaniczne stosowanie aksjomatów do dowodzenia kolejnych ciekawych zależności jest dość trudne, zatem nie wszystko można w ten sposób prosto i przystępnie wyjaśnić.
2011/01/19 00:38:33
@Patso: chyba bym jednak rozdzielił uprawianie oraz rozumienie. Przy pracy w tej zabawie niedaleko się zajedzie (a daleko poślizgnie) przy braku jak największego szacunku dla szczegółów czyli bez tzw. abstrakcji, ścisłości itp. Ale pierwsze uchwycenie o co tu chodzi wymaga jednak pewnych powiązań z resztą świata, bo to przecież gra fantazji, wymyślania wzorców, układów, dopasowywania do swego pojęcia elegancji i porządku...
Nie będę upierał się nadmiernie na jedyności "właściwego pojęcia", znam dużej klasy fachowców, którzy zdają się obracać zupełnie niepowiązanymi z Kosmosem klockami w absolutnie abstrakcyjny sposób. Ale jeśli takie podejście może być wartościowe dla nielicznych geniuszy (no tak, pleonazm), to dla studenta, szczególnie mającego matematykę za narzędzie a nie cel życia, na ogół jest ono zgagą, odrzucaną przez organizm po otrzymaniu dyplomu. 2011/01/19 17:18:08
"Na przykład: pochodna równa jest funkcji; po wykładzie z rachunku różniczkowego umiesz to rozwiązać."
Przed wykładem też: jeżeli y'=y, to (ln y)'=y'/y=1, czyli ln y = x+c, czyli.... (Algebra+ Calc 1) 2011/01/19 19:05:33
tichy = 5-grid: ładnie. Ale nie zapominając o przypadku, w którym dobrze wychowani ludzie chowają logarytm, bo y≡0 :)
2011/01/20 17:26:52
Prawdę prawisz, andsolu - fundamentalnych zasad nalezy się trzymać, takich jak "pamiętaj cholero - nie dziel przez zero" lub "jak dostajesz plusa, nie zapomnij i minusa".
Takie zasady wcielał mój nauczyciel - bodajże w czwartej klasie. Potem go wyrzucili ze szkoły, ale nie za to, tylko dlatego, że pił. Nie wspomniałem - ba, jak zauważasz, nie zastosowałem się! - do tych zasad. Ale też, celem moim było li tylko zaznaczenie możliwości, nie zas konkurowanie z Twym wyśmienitym wykładem. Albowiem, gdybym uzwgędniać zaczał wszystkie dzwonki i gwizdki, zasady i principia, rzecz by się niesłychanie rozdmuchała... 2011/01/20 20:10:37
tichy = 5-grid: na szczęście obaj mamy lepsze rzeczy do roboty niż konkurowanie, bo uzupełniając w Sieci przeróżne ujęcia (na szczęście nie tylko my dwaj, ale też trudno tu mówić o bezliku osób), za darmo i chętnie oddajemy wielu czytelnikom to, co im odebrała okrutna szkoła. To jest, oczywiście, aluzja do Twojego końcowego apelu z wyjaśnień dotyczących drugiej części tej zabawy, całkowania, apelu tak brzmiącego:
Jeżeli Ciebie w szkole uczono inaczej, drogi Czytelniku, a nie daj Boże katowano jakimiś wzorami i regułkami, to podaj tę swoją szkołę do sądu o skrzywienie i zmarnowanie Twej edukacji. Więc, tak między nami, sąd by pracował 7/24 rozpatrując setki tysięcy pozwów. Nadzieja jednak w Internecie, że chcący formułek, formułki w nim znajdzie, a szukający pomocy w pojmowaniu, pomoc w pojmowaniu.
Gość: Patso, drb244.neoplus.adsl.tpnet.pl
2011/01/21 01:16:05
@andsol-br
No właśnie moim zdaniem rzecz jest dyskusyjna. Nie mam specjalnego doświadczenia dydaktycznego, ale wydaje mi się, że w wielu przypadkach próba intuicyjnego uchwycenia sprawy kończy się fiaskiem, a w najlepszym przypadku bezcelowym zgłębianiem pozornych paradoksów. Pamiętam, że sam miałem przez długie lata nieustanne zagwozdki związane z pojęciem nieskończoności właśnie dlatego, że próbowałem sobie to pojęcie jakoś zwizualizować. Podczas gdy wyjaśnienie, że np. w przypadku wspominanych granic "nieskończoność" jest tylko skrótem myślowym, określającym cały proceder zbliżania się do poprawnego wyniku wraz z kolejnymi wyrazami ciągu, łyknąłem niemal natychmiast. Albo podnoszenie do potęgi z niewymiernym wykładnikiem - jak to w ogóle rozumieć? Ano nijak, uogólniamy prawa znane z potęgowania przy wykładnikach naturalnych, całkowitych, a potem wymiernych i jakoś działa. Nie twierdzę, że takie mechaniczne podejście jest zawsze najlepsze. Przede wszystkim dużo łatwiej sobie przyswoić umiejętność rachowania, jeśli umie się to wszystko intuicyjnie ogarnąć (zrozumieć, wyobrazić). A szybkość przyswajania bardzo się liczy w szkole, czy na studiach. Z drugiej strony, jak ktoś się nastawia, że to, co mu pokazują na matematyce, da się łatwo porównać do rzeczywistości i nie uda mu się, to zapewne wyciągnie wniosek, że jest na matematykę za głupi/matematyka jest dla niego za trudna. I raczej nie da się nakłonić do drugiego spotkania. A w ogóle to jestem człowiekiem bez własnych poglądów, który umie tylko powtarzać za innymi i powyższe zdanie wyrobiłem sobie na podstawie wspaniałej książeczki Timothy'ego Gowersa "Mathematics" (z serii "A Brief Insight"), którą niezmiernie polecam ;] 2011/01/21 02:22:55
Patso, piszesz: A w ogóle to jestem człowiekiem bez własnych poglądów, który umie tylko powtarzać za innymi. Kiedyś wyjaśniałem przyjacielowi, że przysłuchiwanie się dobrej dyskusji jest dla mnie marnowaniem czasu, bo bardzo na mnie wpływają poglądy wypowiedziane dobrze ustawionym głosem, podane logicznie, i moje przekonania zmieniają się w rytmie przejmowania mikrofonu przez kolejnych mówców.
Przy czytaniu moja kłótliwość ma się dużo lepiej i właściwie prawie wszystkie moje przekonania biorą się z odrzucania tego, co czytam. A może są jakieś inne powody, dla których trudno mi przełknąć większość tego, co wypisują u nas w pismach i gazetach? Zostawiając żarty na boku i idąc do początku Twojego komentarza: jeśli ma być z tego jakiś pożytek, warto troszkę ograniczyć temat, albo przynajmniej podzielić na tygodniowe kawałki. Bez tego będzie jak na kursach pedagogiki, gdzie omawia się Metodologię Wszystkiego i ma to zastosowanie tylko do robienia doktoratów. Po pierwsze: nie wierzę poza przedszkolem i początkiem podstawówki w żadne nauczanie. Potem jest uczenie się albo musztra. Szkoła, dając motywacje i pokazując przykłady techniki pracy głowy, robi aż nie do wiary wiele. Więc wiem, że szybkość przyswajania bardzo się liczy w szkole, czy na studiach ale mnie nie interesuje produkcja dyplomów a rola, jaką trener drużyny może odegrać, by jego zespół wiedział co i dlaczego robi na boisku. Można nauczyć studentów świetnie liczyć wyznaczniki 7×7, ale komputer zawsze to będzie lepiej robił. A student po paru latach szczęśliwie zapomni te zbędne głowie techniki. Po drugie, sugestie psychologów, że 70% ludzi lepiej przyswaja sobie informację wizualnie oznaczają nie tylko, że geometria jest bardzo dobra dla 70% uczących się, ale też, że 30% woli inne metody. I należy im pomóc w znalezieniu ich. Po trzecie, wszelkie intuicje to pewne metafory. Dobrze jest unikać błędu rozszerzenia analogii. Jedna sprawa to oświadczyć umiłowanej, że jest jak kwiat wiśni, a druga to wpychać ją do flakonu. Wielomiany do stopnia 2 (nie zapominając o biedactwie 0 bez stopnia) można sobie zinterpretować jako wektory 3-wymiarowe czyli punkty w przestrzeni, macierze 2×2 można formalnie traktować jako wektory ale jeśli ktoś boleje jak zobaczyć czterowymiarowy wektor można spytać czy przy pożeraniu książki używa sztućców czy toporka. I w końcu, po czwarte: kto i po co uczy się? Przyszły nauczyciel matematyki ma etyczny obowiązek rozumienia najmniejszych detali technicznych, które dostrzega (jeśli zbyt wielu z nich nie dostrzega, lepiej, żeby zajął się oglądaniem matematyki w Big Brother). Człowiek kulturalny, czyli osadzony w naszej (od Babilonii i Egiptu do USA) kulturze zyska poznając kilkadziesiąt pomników ludzkiej fantazji i wytrwałości, od przybliżeń przez wieki liczby π, rzeszota Eratostenesa, wzorów kombinatoryjnych Stifela i trudów z XIX wieku z konstuowaniem machiny kreślącej linię prostą. Uświadomi sobie jak nigdy przedtem naszą międzypokoleniową ciągłość. Człowiek techniki powinien wiedzieć jak szybko się nauczyć wavelets czy teorii chaosu, jeśli mu to kiedyś zaświta w głowie. Nie ma programu uniwersalnego. A gdyby się pojawił, należy mu dać litościwego kopa de grace. Ostatnie: przyczepię się do tego zbliżania się do poprawnego wyniku. Jeśli będzie wynikiem, to go przyjmiemy za poprawny, no nie? |
|
Pamiętam, jak przez mgłę, że sam dochodziłem do zrozumienia, rysując sobie serię cięciw, z coraz większym przybliżeniem do granicy. Frajda z uchwycenia sensu była niebotyczna :-)