Słowa w ordynku. Słowa w ataku i w obronie. Pomieszane. Refrakcja słów w stali i w wodzie. Odbicia słowne i zwidy. Ład i gładkość. Spazmy i erupcje. Kojący wpływ soku z passion fruit. Od rzeczy i do rzeczy. Krótko mówiąc. Ostatnie słowo. Na początku był skowyt.
Blog > Komentarze do wpisu
Sukces i błąd

U Bobika szeroko (a począwszy od tego momentu) potoczyła się dyskusja nad artykułem człowieka pokazującego jak zwyciężać mamy. Jest tam dużo o zostaniu tak wściekle pomyślnym, że aż poszukiwanym przez firmy, które nam zapewnią wysypkę na lepszą pracę co rok oraz wiele innych rad dla twórców i wytwórców. Mieszanka kompletna, indywidualnej satysfakcji i sukcesu zespołu, posiadania pracy i posiadania pieniędzy z pracy (a przecież gdy ludzie mówią: szukam pracy myślą na ogół szukam płacy ...) i wielu innych drobiazgów. Ale mówi energicznie, więc nastawią mu ucha. Ja dołączę się z powodu jednego zdania:

Instytucję błędu buduje w nas szkoła.

Moja teza (wiele osób mi ją już obaliło, ale ja jestem uparty i myślę, że mam rację): jest tu efekt zamieszania językowego.

Z jednej strony „błąd” to jest coś otrzymane w spacerze do celu, który nie jest tak całkiem jasny. Docieramy do czegoś, wiemy, że to nie tu, mówimy: „to nie tu” i idziemy dalej. To był błąd, czyli nieodzowna część eksperymentowania. Może być pomniejszona poprzez eksperymentowanie mentalne. Chodzenie po głowie i analizowanie konsekwencji kosztuje taniej. Coraz częściej można chodzić po komputerze. Powtarzam: „stuk stuk – to nie to – pa, wracamy – zaczynamy jeszcze raz”.

Z drugiej strony, „błąd” to coś o konsekwencjach nieusuwalnych: albo praktycznie (żona Gosia nie zapomni, że powiedziałem do niej Zosia) albo moralnie (grzech, PB mi tego nie przeoczy, nawet jak wyznam jego pełnomocnikowi to trzeba będzie po śmierci się wypłacać).

No i skojarzenie błędu z błędem sprawia, że błędu technicznego, eksperymentalnego, wstydzimy się, ukrywamy go, kupujemy gumki (nie Terlikowskie, ale szkolne) i płyny korekcyjne, a nad głową wiszą trolle szydzące, że błont został napisany niepoprawnie.

Błąd to poświadczenie prób, starań. Niedobrze jest powtarzać go (jak mówił Oscar Wilde: „przecież wybór jest wystarczająco wielki”), ale nawet geniusz nieuchronnie musi mieć ich kolekcję.

Mówi mi student: „próbowałem ale nie potrafię rozwiązać tego zadania”. Pytam ile pomiętych kartek z brudnopisami wrzucił do kosza. Na ogół mnie nie rozumie albo mówi, że nie wiedział jak zacząć. A to takie proste: zacznij, chłoptyś, od napisania co masz zrobić. A potem przepisz to używając innych słów.

Podejrzewam, że ta rada jest więcej warta niż cały rzeczony artykuł.

poniedziałek, 06 grudnia 2010, andsol-br
TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2010/12/06 21:47:44
"Tak jak np. Bill Gates - jemu też było trudno, wsadzali mu głowę do kibla w szkole, pastwili się nad nim"

Klamie. Wystarczy poczytac byle biografie Billa G. Pewnie reszta artykulu tak samo rzetelna

-
2010/12/06 22:22:20
Wiesz, jeśli czytam, czytam, i nie potrafię powiedzieć w czym rzecz, to zamiast martwić się swoją głupotą (co byłoby success-oriented attitude), wzruszam ramionami nad gościem i idę dalej.
-
2010/12/07 01:26:28
Andsolu, nad gościem mógłbym wzruszyć ramionami, ale przecież nie wypada mi w ten sam sposób zlekceważyć blogowych Gości, którzy wygłosili takie czy inne opinie na jego temat. ;)
A co do błędów, mogę dać jeszcze jedną radę - jak ktoś się ich boi, nie powinien zabierać głosu w necie. Tu cały czas wszyscy wszystkim wypunktowują błędy. :-))
-
2010/12/07 01:45:52
Nad wypowiedziami Twoich gości, Bobiku, nie da się wzruszyć ramionami, bo mówią o sprawach mądrzej niż bohater artykułu. I wcale mnie to nie zaskakuje, że blogowe komentarze są wartościowsze od czegoś, co je wywołało. M.B. robi reklamę swoich usług, klaszcze w ręce i woła: "chodźcie do mnie i do mojej książki", blogowi ludzie z komentarzy, choć nie pokazują tytułów i papierków, wykazują wiedzę o życiu i umieją wielostronnie naświetlić sprawę. Dlatego właśnie zaczynam wpis od dyskusji u Ciebie, nie od artykułu...
-
2010/12/07 13:20:41
Ubuntu, andsolu. Mądrość zbiorowa. Dlatego tak lubię po blogosferze węszyć, chociaż nieźle się trzeba przy tym naselekcjonować. :-))
-
2010/12/08 00:05:21
Co do artykulu to mam wrazenia mocno mieszane, gosc za bardzo wali w bęben reklamy swojej książki i uslug.

Aczkolwiek z teza, ze szkola zabija kreatywnosc i chec do dzialania to sie zgodze.

Piszesz andsolu ze

"Błąd to poświadczenie prób, starań. Niedobrze jest powtarzać go (jak mówił Oscar Wilde: przecież wybór jest wystarczająco wielki), ale nawet geniusz nieuchronnie musi mieć ich kolekcję. "

No wlasnie. W szkole kolekcji bledow miec nie mozna. Kazdy jeden powoduje obnizenie punktacji ze sprawdzianu, quizu, egzaminu. Te zas skladaja sie na ocene koncowa. Niska ocena koncowa - na ogol niemozliwosc podjecia pracy na uniwersytecie, dostania stypendium etc.

Premiowane sa postawy osob, ktore sie nie myla. Rozwiazesz wszystkie zadania dobrze, odpowiesz na wszystkie pytania - ocena najwyzsza. Nagroda. Podejscie albo wszystko, albo nic. Nie ma miejsca na poszukiwania, dociekania, pomylki i nauke na wlasnych bledach.

Przyklad ze szkoly sredniej, matematyka. Na sprawdzianie 3 zadania do rozwiazania.
Zadanie pierwsze: doszlam do polowy - nie da sie wyliczyc co mam wyliczyc ta metoda. Zaczelam po raz drugi - znowu nie to. Trzecia proba, udalo sie, huraaa! Niestety na samym koncu pomylilam sie w prostackim rachunku, wiec wynik koncowy byl zly. -- zero punktow.

Zadanie drugie: rozwiazalam metoda o ktorej dowiedzialam sie z ksiazki popularnonaukowej, a ktora byla szybsza i latwiejsza do nauczenia sie. wynik prawidlowy. -- zero punktow (bo my sie tego nie uczylismy w klasie)

Zadanie trzecie: rozwiazane prawidlowo i "oficjalna metoda".

Ocena koncowa - lufa (lub obecnie bylaby to jedynka).
I tak raz, drugi, trzeci....
Efekt koncowy: daleko posuniety wstret do matematyki i przekonanie, ze jestem w tej dziedzinie głąbem.
Do tego dochodzi pietnowanie ludzi zadajacych "glupie pytania".
Efekt koncowy takiej "edukacji" jest dosc przykry. Stanowiska na uniwersytetach, gdzie ksztalci sie nastepne pokolenia, zajmuja ludzie z zamknietym umyslem, malo kreatywni, nie tolerujacy blędów i niekonwencjonalnosci u swoich uczniow, tak samo jak nie toleruja ich u siebie.
Potencjalni geniusze i pomniejsze geniuszki sa wyrzucane poza system albo przechodza przez niego na zasadzie "odwale ten haracz a potem dajciez wy mi wszyscy swiety spokoj". Jedynie jakis nikly odsetek ma okazje skonczyc inaczej i osiagnac sukces.

Z drugiej strony wszyscy kreatywni i genialni byc nie moga, ktos musi wykonywac te nudne i powtarzalne do rzygu prace, na dodatek malo platne. Gdyby wykonywali je sfrustrowani-kreatywni, to system dlugo by nie pociagnal.

To, co mnie osobiscie a tym artykule wkurzylo to fakt zwalania winy za wszelakie niepowodzenia na jednostke tylko i wylacznie. A to wcale nie jest tak. Nie ma uniwersalnych recept na wszystko i dla wszystkich, kazda sytuacja powinna byc rozpatrywana oddzielnie. To, ze Kowalski wyjechal za granice i dorobil sie albo ze pojechal do Wawy i teraz ma dobra prace nie jest rozwiazaniem zyciowych klopotow wszystkich. Cala Polska do Warszawy sie wszak nie przeniesie...
To, co dany czlowiek w zyciu osiaga jest zazwyczaj splotem zewnetrznych okolicznosci (chociazby tego czy urodzil sie w biednej rodzinie w Wolce Kosowskiej czy w Warszawie na Saskiej Kepie), jego charakteeru, tego jaka szkole skonczyl, wlasnej pracy, przemyslnosci i oczywiscie szczescia pojmowanego jako "znalezienia sie we wlasciwym miejscu i czasie".

Moim zdaniem nalezaloby raczej propagowac "produktywne myslenie" a nie "pozytywne myslenie". Ten drugi termin jest bardzo mylacy i prowadzi do blednej oceny innych ludzi i okolicznosci w jakich sie znalezli, a ktore to okolicznosci czesto nie zaleza od nich.
-
Gość: TadekKuranda, dynamic-62-87-248-93.ssp.dialog.net.pl
2010/12/08 01:24:33
Myślę, że ten artykuł pokazuje różne sposoby rozumienia przydatności i właściwie nie ma znaczenia umiejętność pracy zespołowej. Tak samo z każdą tezą tego tekstu przecież można polemizować bo opisuje jakieś stosowane tu i ówdzie zasady, które wypraktykowano w szczególnych okolicznościach np. tę amerykańską plug and play. Zawsze jest jakiś czynnik weryfikujący. Jak mówi Nina, o kryteriach doboru kandydatów na studentów decyduje ocena końcowa. Jasne! Nie można jednak powiedzieć, że to jest z gruntu złe, bo jakieś kryterium być powinno. Jeśli przyjmiemy, że ma być indywidualne to będzie ono niemożliwe do przeprowadzenia z przyczyn czysto technicznych i organizacyjnych.
Przypomniał mi się pewien film (Elfride Jelinek "Pianistka"), gdzie jest pokazana sytuacja, kiedy rada szkoły muzycznej ma zdecydować czy przyjąć na studia niezwykle utalentowanego młodego pianistę. Poza jedną osobą, wszyscy byli za przyjęciem go, bo spełniał wszelkie kryteria, natomiast ta jedna osoba, która była przeciw, przekonała pozostałych żeby tego nie robić, bo szkoła mu w niczym nie pomoże a wręcz przeszkodzi w rozwoju jego talentu. Nie dość tego, ten człowiek zajmie miejsce komuś kto z tej szkoły skorzysta, a szkoła jest od tego żeby uczyć.
Nasuwa mi się też szereg innych przykładów, choćby taki, kiedy zespół odmówił współpracy z dokooptowanym specjalistą ponieważ swoją wiedzą i zaangażowaniem - przerastającymi znacznie możliwości pozostałych - mógł doprowadzić do demobilizacji tego zespołu. Znaczyłoby to, że zbyt wysokie kwalifikacje mogą być też wielką przeszkodą w osiąganiu indywidualnego sukcesu. Co robić? - No właśnie! Wszystko płynie...