Słowa w ordynku. Słowa w ataku i w obronie. Pomieszane. Refrakcja słów w stali i w wodzie. Odbicia słowne i zwidy. Ład i gładkość. Spazmy i erupcje. Kojący wpływ soku z passion fruit. Od rzeczy i do rzeczy. Krótko mówiąc. Ostatnie słowo. Na początku był skowyt.
Blog > Komentarze do wpisu
Ktoś

Przygotowuję do wystawienia w Sieci czwarty (ostatni, niestety niedokończony) tom wspomnień wrocławskiego matematyka, mającego dziś 91 lat, Bolesława Gleichgewichta. Mówi o swoich studiach w Odessie. Przedstawia tam wiele niebanalnych osób – przepiszę  to, co opowiedział o jednym ze swych kolegów. Krótka trajektoria, zagubiona w czasie i miejscu, jedna z nitek, z których spleciony był tamten kraj. Nieistniejący już, na nasze szczęście.

Jest to trzeci rok studiów, w roku kalendarzowym 1947.

Na jednym z pierwszych wykładów Lewina pojawiły się w audytorium nowe twarze. Byli to trzej studenci czwartego roku, którzy mieli już zdane funkcje zespolone, ale chcieli posłuchać wykładów tego wybitnego specjalisty. Byli najlepszymi studentami swego roku, w przyszłości wszyscy zostali zawodowymi matematykami, i należy się im w moich wspomnieniach choć kilka słów.
[...]
Szczególnie zainteresował mnie trzeci z nich, Michaił Brodski (Michaił Łazarewicz, bo w Odessie był jeszcze jeden matematyk o tym nazwisku i imieniu – Michaił Samojłowicz, wówczas docent, potem profesor). Misza miał wtedy osiemnaście lat i ukończony już podczas ewakuacji instytut pedagogiczny (ukończył go w wieku 15 lat). Był prawdziwym cudownym dzieckiem, maturę zrobił jako dwunastoletni chłopiec, przeskakując po drodze klasy. Mając lat jedenaście chodził na uniwersytet na wykłady Krejna (przyprowadzała go mama). Gdy się na niego patrzyło, trudno było zgadnąć, że ma się do czynienia z takim fenomenem. Robił raczej wrażenie niedorozwiniętego. Niskie, zarośnięte czoło, głupawe spojrzenie zza maleńkich, śmiesznych okularów. Był jednak nieprawdopodobnie zdolny i miał fenomenalną pamięć. Mógł powtórzyć z pamięci każdy wykład nawet sprzed kilku lat wraz z błędami, które popełnił wykładający. Znał na pamięć „Krótki kurs”, mimo iż nie entuzjazmował się historią partii i nie wkuwał go. Wystarczyło przeczytać mu jakiś niewielki kawałek tekstu i mógł od tego miejsca recytować ten podręcznik do końca. Opowiadał mi o swojej lekcji z fizyki, jaką dał w szkole jako praktykant. Na jego widok uczniowie wybuchnęli śmiechem – był młodszy od nich o jakieś trzy lata (czternastoletni nauczyciel!) i do tego tak dziwacznie wyglądał. Lekcja zakończyła się kompletnym fiaskiem. Misza nie umiał zestawić jakichś przyrządów, a gdy wreszcie to zrobił, nie potrafił zapalić zapałki (podejrzewam, że wina leżała nie tylko po jego stronie, sowieckie zapałki w ogóle nie tak łatwo było zapalać). W klasie zapanowało wesołe ożywienie. Wreszcie udało mu się z zapałką, ale uczynił to z takim animuszem, że płonąca jej główka oderwała się od reszty i poszybowała w kierunku łatwopalnej cieczy, którą niefortunny praktykant miał nieszczęście rozlać. Błysnęło, huknęło i ciecz zapaliła się, a wraz z nią stół. Przerażona młodzież razem z nauczycielem rzuciła się do ucieczki, powodując panikę i korek w drzwiach. Misza zaczął gasić stół ale niczego nie wskórawszy też zrejterował. Pożar ugaszono, ale odtąd Brodskiemu powierzano już tylko lekcje matematyki, to było bezpieczniejsze.

Misza pisywał do naszej gazety ściennej wiersze – humorystyczne, satyryczne, pamflety. Pióro miał świetne, zarówno treści jak i formy nie powstydziłby się chyba profisjonalista. A do tego to poczucie humoru. Ciekawe, że w rozmowach raczej go nie zdradzał, ale gdy pisał, to tekst aż iskrzył się od dowcipu.

Niestety, los nie okazał się dla naszego „Wunderkinda” życzliwy. Miał co prawda ukończone wykształcenie wyższe, ale chciał mieć także dyplom uniwersytecki. Po powrocie z ewakuacji jesienią 1947 roku udał się do dziekanatu z prośbą o przyjęcie na IV rok matematyki. Dziekan Briuchanow zgodził się, żądając jedynie uzupełnienia tych przedmiotów, których w wyższej szkole pedagogicznej nie było. Dla Miszy to była pestka. Wkrótce jednak Briuchanow poczuł do Miszy jakąś szczególną antypatię i zaczął go szykanować. Jaka była tego przyczyna – nie wiem. Może nasilający się oficjalny antysemityzm, może prywatny antysemityzm Briuchanowa, może to, że Brodski zaczął współpracować naukowo z tępionym na uniwersytecie profesorem Krejnem, a może pewien drobny fakt, o którym mi opowiedziała sekretarka dziekanatu. Otóż Misza nie odznaczał się dobrymi manierami. Kiedyś wszedł do dziekanatu. Briuchanow akurat siedział przy swym biurku i czytał jakąś powieść. Misza podszedł do biurka i nic nie mówiąc wyciągnął dziekanowi książkę sprzed nosa, odwócił ją do siebie i rzekł:

– Hm, ja już to dawno przeczytałem.

Briuchanow był podobno wściekły i właściwie trudno mu się dziwić.

Jakkolwiek było, stosunek dziekana i dziekanatu do Brodskiego uległ radykalnej zmianie. Kazano mu teraz zdawać wszystkie egzaminy, jakie były na uniwersytecie na pierwszych trzech latach i to niezależnie od tego, czy je zdawał w instytycie pedagogicznym. Otrzymał na to tak krótki termin, że wydawało się niepodobieństwem, aby mógł zdążyć. A jednak zdążył, przy jego zdolnościach i pamięci okazało się to możliwe. To jednak nie był koniec wojny z Brodskim. Przyszło lato 1948 roku. Kazano mu, jak i nam wszystkim, pojechać do pracy w sowchozie. Misza żył wówczas w bardzo trudnych warunkach. Mieszkał z matką w jakiejś lepiance nad morzem, ich mieszkanie sprzed wojny było bowiem zajęte w czasie okupacji przez kogoś innego i nie udało się go odzyskać. Matka chorowała i nie mogła pracować, jednym słowem biedowali okropnie. Misza jak mógł, wykręcał się od wyjazdu do sowchozu, motywując to koniecznością pracy zarobkowej w czasie wakacji. Dziekan był jednak nieustępliwy. Misza uległ naciskowi, ale przed samym wyjazdem, pływając w morzu zaczął tonąć. Uratowano go i zawieziono w stanie ciężkim do szpitala. Leżał tam jakiś czas, do pracy w sowchozie się nie zgłosił i został relegowany z uniwersytetu. Nie pomogły jego prośby i skargi. Briuchanow powiedział mu, że cała historia z tonięciem to była zwykła symulacja, zresztą ma już dyplom, a drugi raz robi matematykę tylko po to, aby się uchylić od pracy.

Po wyrzuceniu z uniwersytetu Brodski pojechał do Moskwy, aby tam ubiegać się o miejsce w aspiranturze Instytutu Matematycznego im. Stiekłowa Akademii Nauk ZSRR. Miał do tego prawo jako absolwent szkoły wyższej. Wiózł ze sobą rekomendacje i listy polecające od wielu matematyków odeskich, w tym od Marka Krejna. Egzaminy wstępne zdał świetnie. Mimo to nie przyjęto go. Prosił, żeby choć pozwolono mu chodzić na pewne wykłady i brać udział w seminariach. Gdzieś dopiero zimą otrzymał na to zgodę, rzecz jasna, nieoficjalną. Nie dawało mu to jednak żadnych praw, w tym oczywiście prawa do stypendium i korzystania z hotelu aspiranta. Męczył się okropnie, głodował, sypiał gdzie się dało. Trwało to dwa lata, po czym przyjęto go do aspirantury, ale nie na kierunek analizy funkcjonalnej, jak chciał, lecz na metody numeryczne, o których nie miał pojęcia i do których go nie ciągnęło. Wyboru jednak nie było. Ukończył aspiranturę, obronił dysertację kandydacką i został docentem w jednej ze szkół wyższych Krasnodaru. Ożenił się, miał dziecko i – zdaje się – przeniósł się do Odessy, choć tego nie jestem pewien. W każdym razie tam widziałem go po raz ostatni, było to latem 1962 roku. Prawie się nie zmienił. Długo rozmawialiśmy, powiedział mi, że mało publikuje. Koledzy mówili mi, że jego wielki talent jakoś szybko się wypalił i że spodziewano się po nim o wiele więcej. Wkrótce pojawiły się pierwsze objawy ciężkiej choroby mózgu, a po niejakim czasie przedwczesna śmierć. Podczas sekcji zwłok skonstatowano, że miał organiczne schorzenie mózgu, prawdopodobnie wrodzone.

Poświęciłem tu wiele miejsca Miszy Brodskiemu i nieprzypadkowo. Chciałem uratować pamięć o tym przedziwnym, a dziś chyba całkowicie zapomnianym człowieku, tak utalentowanym i świetnie się zapowiadającym, z którym życie obeszło się tak niesprawiedliwie.

wtorek, 21 grudnia 2010, andsol-br
TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2010/12/22 12:10:19
Wszystkie kolejne tomy tych wspomnień pochłonąłem z dużą fascynacją.Ten kraj i te czasy zna się głównie z relacji dramatycznych, dysydenckich, gułagowych, itp. i na podstawie tych przeraźliwych opowieści nie bardzo się rozumie, jak tam w ogóle można było żyć. A u BG widać, w jaki sposób ludzie w tej koszmarnej rzeczywistości konstruowali sobie swoje normalne, codzienne życie "mimo wszystko".
No i napisane to jest tak, że, jak zawiadamiano w "Przekroju" - czyta się! :-)
-
Gość: acel, tn147.internetdsl.tpnet.pl
2010/12/23 13:57:26
Dzięki. Czekałam na dalszy ciąg.Bobik ma rację. to się czyta. A będzie dalej????
-
2010/12/23 14:24:34
Czwarty tom ma ponad 260 stron, przepisałem dopiero nieco więcej niż jeden rozdział, 40 stron. Zajęcia skończyły się, teraz mogę oddać Bolkowi więcej czasu, jak dobrze pójdzie to do końca lutego tekst stanie w Sieci.

On na dalsze pisanie nie ma chęci ani energii. Nagrał kiedyś dla fundacji Spielberga kilkanaście godzin taśm (ciekaw jestem czy to kiedyś wypłynie na wierzch) i dla jakiejś innej grupy parę godzin. Też gdzieś to zagrzebane. Gdybym miał możliwości, posiedziałbym we Wrocławiu ze dwa tygodnie nagrywając rozmowy z nim (śliwowicą byśmy to oliwili) i przepuszczając potem przez speech-to-text. Podopełniałoby się różne wątki. I pootwierało nowe, bo on nie ma nieciekawych rzeczy. Wszystko, o czym mówi, jest fascynujące. Ale jednego chyba nigdy nie powie, kto go chował przed ubecją w stanie wyjątkowym. Twarda sztuka. Aha, wątków erotycznych też nie tyka, choć zewnętrzne źródła dają do zrozumienia, że też niezła opowieść by się z tego zlepiła.