|
Blog > Komentarze do wpisu
Ktoś
Przygotowuję do wystawienia w Sieci czwarty (ostatni, niestety
niedokończony) tom wspomnień wrocławskiego matematyka, mającego dziś 91 lat, Bolesława Gleichgewichta.
Mówi o swoich studiach w Odessie. Przedstawia
tam wiele niebanalnych osób – przepiszę to, co opowiedział o jednym
ze swych kolegów. Krótka trajektoria, zagubiona w czasie i
miejscu, jedna z nitek, z których spleciony był tamten kraj. Nieistniejący
już, na nasze szczęście.
Jest to trzeci rok studiów, w roku kalendarzowym 1947.
Na jednym z pierwszych wykładów Lewina pojawiły się w audytorium nowe
twarze. Byli to trzej studenci czwartego roku, którzy mieli już zdane
funkcje zespolone, ale chcieli posłuchać wykładów tego wybitnego
specjalisty. Byli najlepszymi studentami swego roku, w przyszłości wszyscy
zostali zawodowymi matematykami, i należy się im w moich wspomnieniach choć
kilka słów.
Misza pisywał do naszej gazety ściennej wiersze – humorystyczne,
satyryczne, pamflety. Pióro miał świetne, zarówno treści jak i formy nie
powstydziłby się chyba profisjonalista. A do tego to poczucie humoru.
Ciekawe, że w rozmowach raczej go nie zdradzał, ale gdy pisał, to tekst aż
iskrzył się od dowcipu.
Niestety, los nie okazał się dla naszego „Wunderkinda” życzliwy.
Miał co prawda ukończone wykształcenie wyższe, ale chciał mieć także dyplom
uniwersytecki. Po powrocie z ewakuacji jesienią 1947 roku udał się do
dziekanatu z prośbą o przyjęcie na IV rok matematyki. Dziekan Briuchanow
zgodził się, żądając jedynie uzupełnienia tych przedmiotów, których w
wyższej szkole pedagogicznej nie było. Dla Miszy to była pestka. Wkrótce
jednak Briuchanow poczuł do Miszy jakąś szczególną antypatię i zaczął go
szykanować. Jaka była tego przyczyna – nie wiem. Może nasilający się
oficjalny antysemityzm, może prywatny antysemityzm Briuchanowa, może to, że
Brodski zaczął współpracować naukowo z tępionym na uniwersytecie profesorem
Krejnem, a może pewien drobny fakt, o którym mi opowiedziała sekretarka
dziekanatu. Otóż Misza nie odznaczał się dobrymi manierami. Kiedyś wszedł do
dziekanatu. Briuchanow akurat siedział przy swym biurku i czytał jakąś
powieść. Misza podszedł do biurka i nic nie mówiąc wyciągnął dziekanowi
książkę sprzed nosa, odwócił ją do siebie i rzekł:
– Hm, ja już to dawno przeczytałem.
Briuchanow był podobno wściekły i właściwie trudno mu się dziwić.
Jakkolwiek było, stosunek dziekana i dziekanatu do Brodskiego uległ
radykalnej zmianie. Kazano mu teraz zdawać wszystkie egzaminy, jakie były na
uniwersytecie na pierwszych trzech latach i to niezależnie od tego, czy je
zdawał w instytycie pedagogicznym. Otrzymał na to tak krótki termin, że
wydawało się niepodobieństwem, aby mógł zdążyć. A jednak zdążył, przy jego
zdolnościach i pamięci okazało się to możliwe. To jednak nie był koniec
wojny z Brodskim. Przyszło lato 1948 roku. Kazano mu, jak i nam wszystkim,
pojechać do pracy w sowchozie. Misza żył wówczas w bardzo trudnych
warunkach. Mieszkał z matką w jakiejś lepiance nad morzem, ich mieszkanie
sprzed wojny było bowiem zajęte w czasie okupacji przez kogoś innego i nie
udało się go odzyskać. Matka chorowała i nie mogła pracować, jednym słowem
biedowali okropnie. Misza jak mógł, wykręcał się od wyjazdu do sowchozu,
motywując to koniecznością pracy zarobkowej w czasie wakacji. Dziekan był
jednak nieustępliwy. Misza uległ naciskowi, ale przed samym wyjazdem,
pływając w morzu zaczął tonąć. Uratowano go i zawieziono w stanie ciężkim do
szpitala. Leżał tam jakiś czas, do pracy w sowchozie się nie zgłosił i
został relegowany z uniwersytetu. Nie pomogły jego prośby i skargi.
Briuchanow powiedział mu, że cała historia z tonięciem to była zwykła
symulacja, zresztą ma już dyplom, a drugi raz robi matematykę tylko po to,
aby się uchylić od pracy.
Po wyrzuceniu z uniwersytetu Brodski pojechał do Moskwy, aby tam ubiegać się
o miejsce w aspiranturze Instytutu Matematycznego im. Stiekłowa Akademii
Nauk ZSRR. Miał do tego prawo jako absolwent szkoły wyższej. Wiózł ze sobą
rekomendacje i listy polecające od wielu matematyków odeskich, w tym od
Marka Krejna. Egzaminy wstępne zdał świetnie. Mimo to nie przyjęto go.
Prosił, żeby choć pozwolono mu chodzić na pewne wykłady i brać udział w
seminariach. Gdzieś dopiero zimą otrzymał na to zgodę, rzecz jasna,
nieoficjalną. Nie dawało mu to jednak żadnych praw, w tym oczywiście prawa
do stypendium i korzystania z hotelu aspiranta. Męczył się okropnie,
głodował, sypiał gdzie się dało. Trwało to dwa lata, po czym przyjęto go do
aspirantury, ale nie na kierunek analizy funkcjonalnej, jak chciał, lecz na
metody numeryczne, o których nie miał pojęcia i do których go nie ciągnęło.
Wyboru jednak nie było. Ukończył aspiranturę, obronił dysertację kandydacką
i został docentem w jednej ze szkół wyższych Krasnodaru. Ożenił się, miał
dziecko i – zdaje się – przeniósł się do Odessy, choć tego nie
jestem pewien. W każdym razie tam widziałem go po raz ostatni, było to latem
1962 roku. Prawie się nie zmienił. Długo rozmawialiśmy, powiedział mi, że
mało publikuje. Koledzy mówili mi, że jego wielki talent jakoś szybko się
wypalił i że spodziewano się po nim o wiele więcej. Wkrótce pojawiły się
pierwsze objawy ciężkiej choroby mózgu, a po niejakim czasie przedwczesna
śmierć. Podczas sekcji zwłok skonstatowano, że miał organiczne schorzenie
mózgu, prawdopodobnie wrodzone.
Poświęciłem tu wiele miejsca Miszy Brodskiemu i nieprzypadkowo. Chciałem uratować pamięć o tym przedziwnym, a dziś chyba całkowicie zapomnianym człowieku, tak utalentowanym i świetnie się zapowiadającym, z którym życie obeszło się tak niesprawiedliwie. wtorek, 21 grudnia 2010, andsol-br
TrackBack
Komentarze
Gość: acel, tn147.internetdsl.tpnet.pl
2010/12/23 13:57:26
Dzięki. Czekałam na dalszy ciąg.Bobik ma rację. to się czyta. A będzie dalej????
2010/12/23 14:24:34
Czwarty tom ma ponad 260 stron, przepisałem dopiero nieco więcej niż jeden rozdział, 40 stron. Zajęcia skończyły się, teraz mogę oddać Bolkowi więcej czasu, jak dobrze pójdzie to do końca lutego tekst stanie w Sieci.
On na dalsze pisanie nie ma chęci ani energii. Nagrał kiedyś dla fundacji Spielberga kilkanaście godzin taśm (ciekaw jestem czy to kiedyś wypłynie na wierzch) i dla jakiejś innej grupy parę godzin. Też gdzieś to zagrzebane. Gdybym miał możliwości, posiedziałbym we Wrocławiu ze dwa tygodnie nagrywając rozmowy z nim (śliwowicą byśmy to oliwili) i przepuszczając potem przez speech-to-text. Podopełniałoby się różne wątki. I pootwierało nowe, bo on nie ma nieciekawych rzeczy. Wszystko, o czym mówi, jest fascynujące. Ale jednego chyba nigdy nie powie, kto go chował przed ubecją w stanie wyjątkowym. Twarda sztuka. Aha, wątków erotycznych też nie tyka, choć zewnętrzne źródła dają do zrozumienia, że też niezła opowieść by się z tego zlepiła. |
|
No i napisane to jest tak, że, jak zawiadamiano w "Przekroju" - czyta się! :-)