Słowa w ordynku. Słowa w ataku i w obronie. Pomieszane. Refrakcja słów w stali i w wodzie. Odbicia słowne i zwidy. Ład i gładkość. Spazmy i erupcje. Kojący wpływ soku z passion fruit. Od rzeczy i do rzeczy. Krótko mówiąc. Ostatnie słowo. Na początku był skowyt.
Blog > Komentarze do wpisu
Uroda i żar polskiego piekiełka

Niesmaczne publiczne widowisko pełne plotek, intryg i oskarżeń, (dziś przy agonii formacji politycznej), to u nas tradycyjne przedstawienie. Zostaje po tym nie tyle niesmak co zadziwienie, że tyle osób poświęcało tyle czasu tak wrednym i szkodliwym dla Kraju zagraniom – i wspomnienie jakichś kabaretowych incydentów. I jeden z nich chcę teraz przypomnieć, a urok jego nie zanikł choć to prawie 80 lat mija.

Już kiedyś pisałem tu o wojewodzie wołyńskim Henryku Józewskim i cytowałem urywek jego pamiętników. Tamten fragment był z tomu 59 Zeszytów Historycznych, dzisiejszy jest z tomu 60. Podkładem wymierzonych w niego plotkarskich akcji była oczywiście kwestia autokefalii czyli nadania prawnej i zgodnej z wolą obu stron struktury polskiemu kościołowi prawosławnemu, aktu przypominającego nieco konkordat. Doprowadził on do tego i gdyby inaczej losy Kraju potoczyły się, miałoby to niebanalne znaczenie; powtórzę tu jego słowa:

polska Cerkiew prawosławna stała się faktem, zgodnie z kanonami, tradycją i duchem prawosławia. [...] Miało to wielkie i najbardziej realne znaczenie dla „wołyńskiej polityki”, dla polskiej polityki wschodniej. Polska przestała straszyć, przestała być „anty-prawosławna”, przestała być narzędziem wojującego katolicyzmu. Ukazanie się polskiego prawosławia miało znaczenie na forum międzynarodowym.

KK przełknął takie nastawienie do prawosławia dopiero za pontyfikatu JPII. Gdy reformy wchodziły w życie, zmieniając sytuację prawną i moralną milionów prawosławnych Polaków, nie było to w smak Watykanowi:

Pamiętam rozmowę z biskupem Szelążkiem. Tłumaczył mi, że Polska powinna spełniać decyzje Watykanu nie oglądając się na nic i na nikogo. Służenie Watykanowi jest błogosłowieństwem, jest zaszczytem, jest dobrem...

To była wielowiekowa szkoła myślenia, że

prawosławie [...] można tylko nawracać na wiarę katolicką i poddawać pod katolicką jurysdykcję. Właśnie unia i „obrządek wschodni” były tego wyrazem. Takie było stanowisko Rzymu i katolickiej hierarchii.

Łatwo można się domyślić, że ludność Wołynia inaczej to widziała i po wprowadzeniu zmian

zaczęto sobie zdawać sprawę, że prawosławie nie może być prześladowane przez katolicką Polskę, że nie jest wrogiem Polski, że posiada rodzinne prawo obywatelstwa jak wszystko co polskie.

Krótko mówiąc, integracja z pełnym poszanowaniem odmienności. Ale u nas takie działanie szybko doczeka się innej nazwy. No i niejeden rodak

patrzył na mnie niechętnym, a w wielu razach wrogim okiem, miał mnie za zdrajcę Kościoła i Polski. Fabrykowano o mnie i mojej rodzinie przeróżne pogłoski. Krążyły one wszędzie, nawet w sferach rządowych. Odznaczali się w tym między innymi panowie oficerowie, którzy poczuli wolę Bożą do działalności politycznej o typie endecko-oenerowskim.

Mówiono na przykład, że w moim domu rozmawiano po rosyjsku. Moje córki (których nie miałem) mówiły tylko po rosyjsku. Moja żona miała być córką popa...

Wspomnę o wydarzeniu wyjątkowo wymownym i pełnym ekspresji. Moja żona, jak każda wojewodzina, stała na czele wojewódzkiej organizacji ZPOK [Związek Pracy Obywatelskiej Kobiet]. Taki był obyczaj. Pewnego razu przewodniczyła na powiatowym zebraniu ZPOK w Sarnach. Po zakończeniu obrad, kiedy na sali zrobił się ruch, jedna z pań, pułkownikowa Szmidtowa, z domu Przeździecka, podeszła do żony wyraźnie skonsternowana i zapytała „czy pani wojewodzina jest panną Bolewską z Kijowa, z którą dobrze się znałam i tańczyłam na niejednym balu?”

Pułkownikowa Szmidtowa przeżywała sytuację niepokojącą, graniczącą ze wstrząsem metafizycznym. Oto dotykała osoby, którą identyfikowała jako pannę Bolewską, dobrze jej znaną, a jednocześnie źródła najbardziej autorytatywne – na pewno na czele z pułkownikiem-mężem, stwierdzały, że wojewodzina Józewska jest córką popa, prawosławną Rosjanką.

Do oskarżenia o zdradę Polski na rzecz Ukraińców doszło jeszcze prawosławie. Nie było jednak tak źle. Wołyń – wołyńskie życie było za mną. Za mną był Piłsudski. Paraliżowało to skutecznie endeckie porywy poszczególnych oficerów. Zresztą nie miałem ani przez chwilę wątpliwości, że za mną jest Polska taka, jak ją Pan Bóg stworzył, nie ubrana w endecką albo endekoidalną mentalność.

sobota, 20 listopada 2010, andsol-br
TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2010/11/20 10:37:31
No tak, tylko że druga (trzecia, czwarta, piąta...) strona też nie ma wątpliwości, jaką Polskę PB stworzył i kto uparcie usiłuje zepsuć jego zamysł.
Ja widzę jedyne rozsądne wyjście z tej patowej sytuacji: przestać wreszcie realizować za Pana B. jego zamiary, a zamiast tego zająć się produkcją jakichś mercedesów czy innych macintoshów. A Pan B. jak taki wszechmocny, niech wreszcie zacznie radzić sobie sam, bez Polaków.
-
2010/11/20 23:01:06
W momencie gdy przeczytałem, jak chór wielbicieli uproszczonej wersji funkcjonowania rzeczywistości pieje z zachwytu, nad tekstem niejakiego Janke
blog.rp.pl/janke/2010/11/19/cierpienia-pod-czerwona-flaga/
biorącego w imię miłości do ojczyzny (w dużym ogólnopolskim dzienniku) w obronę chłopców z ONR przed krwiożerczym Blumsztajnem, w tym momencie zdałem sobie sprawę, że pozostaje jedynie nadzieja na samoistną marginalizację nieuleczalnych. Jest rodzaj umysłowego zamętu, który czyni całkiem bezradnym.
-
2010/11/20 23:32:44
Jeśli więc jakiś faszysta w Polsce się uchował... ach, co to za niepatriotyczne wątpliwości! Ani uchował, ani się zrodził, tu nie ma takiego zwierza. Panowie Szlachta z Salonu, czy ktoś z Waści widział tu jakiegoś faszystę?

Ufff. Całe szczęście. Bo Polska przede wszystkim i ponad wszystkim.
-
2010/11/21 00:27:58
Chętnie bym uwierzył w samoistną marginalizację nieuleczalbych, ale jakoś mi trudno. Oni są jak woda - jeżeli im się tu i ówdzie nie postawi tam, będą się rozlewać.
Nie mówię o szermierce na argumenty, bo tu rzeczywiście łapy mogą opaść. Tamy stawiać i tyle. Żeby nie wszędzie się dostali.
-
2010/11/21 00:49:51
Bobiku, ja wiem. Ale dzisiaj czuję się jak ten dziadek w piwnym ogródku podczas wykonania pieśni "Tomorrow belongs to me" przez rozentuzjazmowany tłum przyszłych ofiar nazizmu. Wie już jak się skończy i co z tego.
www.youtube.com/watch?v=7NH2Eje7tRE&feature=rec-LGOUT-exp_stronger_r2-2r-5-HM
Ja zdaję sobie sprawę, że nie wolno tak jak Zweig, Tucholsky albo Walter Benjamin.Ale mimo to ich rozumiem.
-
2010/11/21 02:09:06
O, pszczółki i kwiatki komuś się nie podobają. Malkontent. Chyba jeden z tych, co to teraz przez Świebodzin nie pojadą, nawet z Sulechowa do Niesulic...
-
2010/11/21 04:17:25
Telemachu, też się tak nieraz czuję Naprawdę, do samego spodu wiem, o co Ci chodzi. Ale tak sobie kombinuję: od razu pod szafę, czy najpierw naszczekać? I w sumie zawsze mi wychodzi na to, że lepiej naszczekać. Choć ćwierkają wszyscy rozsądni ptacy, że lepiej morda w kubeł i nie drażnić...
-
2010/11/21 09:34:03
szczekaj, szczekaj, Bobiku
moze wiatr nie poniesie ponad glowami..........

p.s. a ja lubie te DDRowska wersje
www.youtube.com/watch?v=fQyGBinRB04&feature=related

dobrej niedzieli przy piwie bez rykow zycze Wam
-
2010/11/21 14:25:28
@tentelemach
jak frytka się zetnę w oleju
i spalę się skrętem do szczętu
i z duszy swej, mój Dobrodzieju
nie zrobię nikomu prezentu