Słowa w ordynku. Słowa w ataku i w obronie. Pomieszane. Refrakcja słów w stali i w wodzie. Odbicia słowne i zwidy. Ład i gładkość. Spazmy i erupcje. Kojący wpływ soku z passion fruit. Od rzeczy i do rzeczy. Krótko mówiąc. Ostatnie słowo. Na początku był skowyt.
Blog > Komentarze do wpisu
Podręczniki bycia i życia

Mistrz chciał, żebym studiował socjologię. Chciałem dowiedzieć się o co szło w tej tak ładnie nazywającej się dziedzinie wiedzy, ale nie potrafiłem przebrnąć przez pierwszy rozdział oferowanych wówczas ludowi podręczników. Pływały tam podejrzanie skomplikowane terminy w mazi politycznych sloganów i trzeba było głębokiej wiary w marksistowską dialektykę, by móc przez to brnąć. Więc socjologię odpisałem sobie bez bólu, ale miałem wrażenie, że dużo tracę nie czytając czegoś o psychologii, bo przecież po wywaleniu stamtąd nudzenia o tworzeniu nowego człowieka na potrzeby ludowego państwa chyba zostawała jakaś wiedza o ludziach, o motywach i sposobach ich nieoczekiwanych działań... Obiecywałem sobie, że gdy kiedyś trafię na tekst psychologiczny sprzed peerelu, uczciwie go przestudiuję.

Było to jedno z marzeń, które się spełniło. Wśród wielu książek z wydawnictw od dawna nie istniejących, wpadł mi do rąk traktat o psychologii, w lekko podgrzybiałej okładce, z okresu, gdy największy pesymista nie wyobraziłby sobie czegoś takiego jak Polska Ludowa.

Odmienna od obowiązującej ortografia nie przeszkadzała, a i nieco egzaltowaną stylistykę wybaczałem autorowi (nie spomnę jego nazwiska), rozumiejąc, że taki był kiedyś obyczaj. Zresztą, podobnie mówili Leśmian, Staff i Żeromski. Wszystko można znieść gdy jest motywacja. Więc czytałem i nawet prawie wszystko rozumiałem.

Dotarłem do rozdziału, w którym autor radził jak czytelnik, trapiony przez poczucie niepełnej wartości, sam może poradzić sobie ze swymi kompleksami. Przepis był fenomenalnie prosty. Należało stanąć przed dużym lustrem, przybrać wyprostowaną posturę, spojrzeć sobie samemu zdecydowanie w oczy i głośno a wyraźnie powtórzyć: „Jestem Napoleonem! Jestem Napoleonem! Jestem Napoleonem!”

Książka nie rozważała możliwości, że czytelnik to w gruncie rzeczy czytelniczka – może na tę ewentualność przygotowany by był wariant o wypięciu piersi i powtórzeniu „Jestem Marią Walewską!”. Ale ta refleksja pojawiła się nieco później, przy rozmowie z bliską mi wówczas uroczą a mądrą panią. Na początku był bolesny kompleks nabicia w butelkę. I utworzyło się (może nieusprawiedliwione) przekonanie, że niewiele dzieli psychologię od szamańskich zabiegów.

Przypomniałem sobie ten moment sięgania do solidnej, przedwojennej wiedzy, widząc jak w książce „How Mumbo-Jumbo Conquered the World” (Jak banialuki podbiły świat) Francis Wheen znęca się nad przeróżnymi współczesnymi podręcznikami samopomocy, poradnikami do życia, zdobywania mądrości, bogactwa i uznania otoczenia. Najśmiesznie jest oczywiście to, że kariery wszelkich autorytetów, cytowanych w owych tekstach, ludzi bogatych uczących drogi do bogactwa, przerwane zostały wyrokami sądowymi skazującymi ich za przekręty ekonomiczne.

Jest jeden kłopot z Wheenem: ma on zbyt wiele racji. Gdy ktoś ma już jej koło 130%, mógłby zastanowić się na chwilę, że te ryby zbyt chętnie wskakują mu na wędkę, i przemyśleć jak zejść do bezpieczniejszego poziomu racji, z okolic 70-80%. Ale Wheen, jak intelektualny Rambo, zostawia za sobą tylko zwłoki i popioły – i choć ciągle jeszcze śmieję się wspominając jego przykłady, myślę o jakimś kryterium pomagającym odróżnić sensowne porady od nieodpowiedzialnego ględzenia i odlotowych obietnic. A może – jeszcze ważniejsze – o zrozumieniu czego w istocie uczą takie podręczniki.

Może pamiętasz, że o temat zahaczyłem w niedawnym wpisie; chodziło mi o to jakie ma możliwości jednostka, gdy katastrofa jest masowa, i ofiar są miliony. Gdy sprawy idą dobrze, zapotrzebowanie na podręczniki wychodzenia z kryzysu, rzecz jasna, maleje.

Podręcznik taki mówi niby do wszystkich (bo autor chce, by wszyscy kupowali jego dzieło), ale niesie sugestię, że czytelnik będzie właśnie tym osobnikiem, który wybije się z tłumu, wygra, zwycięży. Jak to sympatycznie a krótko ujął ktoś komentujący ów wpis: I don't care about milions. Po naszemu: nie dbam o miliony.

Zauważ, że takie teksty nie mają w istocie wiele wspólnego z nauką doskonalenia obyczajów mentalnych: krytycznego myślenia, systematycznego uczenia się, nawracania do pozornie rozwiązanych już problemów, rozwijania techniki odszukiwania i przechowywania informacji. One uczą jak wygrać w wyścigu. Nie mówią jak być dobrym specjalistą, rozumiejącym coraz więcej i coraz głębiej, ale jak wyprzedzić konkurencję.

Ich stałą częścią jest nieukrywane przekonanie autorów o własnej moralnej wyższości. Dobre źródła mówiące jak polepszać swą głowę (z przyjemnością zacytuję tu jako przykład blog Bartosza Zajączkowskiego) nie wiążą rad ze swymi przekonaniami o moralności. Są wskazówkami technicznymi a nie filozoficznymi czy religijnymi.

Podejrzane są odwołania do nadmiernej wydajności (zmiana obyczajów mentalnych w 30 dni? To dlaczego tyle osób ma tyle kłopotów przez całe lata z dietą?) czy do niesłychanie egzotycznych źródeł wiedzy. Tu wszelkie odniesienia do jogi itp. śmieszą – trudno zrozumieć czemu ma to mieć takie fenomenalne skutki w zachodnim świecie, skoro nie pomogło nic a nic przy pogrążaniu się tamtejszych społeczeństw w nędzę, pogardę dla bliźnich i niesprawiedliwość. To dość naturalne oczekiwanie, że sąsiedzi bartnika też poznają smak miodu, prawda? Od razu pojawia się podejrzenie, że podróżnik ma za odwieczną mądrość coś, czego nie zrozumiał i czego społecznych konsekwencji nigdy nie przemyślał, ale że mu to pociągająco wyglądało, odstrzelił dzieło, którego akuratność jest absolutnie niesprawdzalna.

Rozmieszczone wygodnie po księgarniach stada podręczników życia nie są ostatnią nowinką, pasą się te stworzonka na naszym zagubieniu już od dawna. Pięknym przykładem taśmowej produkcji banalnych prawd jest pan Orison Swett Marden. Były student seminarium teologicznego, nawiasem mówiąc. Łupnął dziełko o sile woli, które każdy mógłby napisać, ale on nie tylko wpadł na pomysł napisania go, ale i wydania drukiem. Poszłoooo... Ludzie kupowali, więc napisał następne. I następne. I następne. Taki Paulo Coelho sprzed wieku. W końcu XIX wieku wypuszczał książkę rocznie. Rad i mądrości tam było tyle, że w porównaniu z nim produkcja takiego Bertranda Russella to pikuś.

A ten George Pólya napisał tylko jedną książeczkę z tej dziedziny, „Jak to rozwiązać?” Wyraźnie nie miał wiele tu do powiedzenia.

Tak, nieskończone gadulstwo też jest niewidzialnym znakiem, podobnym do braku odbicia w lustrze, pomagającym w łatwym rozpoznaniu gatunku i zamiarów autora.

Bądź gotowy. Myj zęby. Szanuj starszych. Łatwość kompilowania takich mądrości jest pociągająca i nie obiecuję... Przyznaję, że dopiero Wheen uświadomił mi, że ścieżką tą zręcznie gonił Benjamin Franklin. Rób dziś co można zostawić na jutro. Uśmiechaj się nawet do okropnego wujka. Poranny ptaszek chwyta robaczka.

Ciekawe, że nie zastanowiło ludzi co by się stało gdyby wszystkim ptaszkom odpaliło w móżdżkach i zaczęły przed świtem gotować się do polowania na robaczki. Ale jak cytowany komentator rzekł: „a co mnie obchodzą inne ptaszki. Ważny mój robaczek w moim dziobie.”

Czyli, mówiąc zapomnianym już nieco językiem, płatni agenci fałszywych rozwiązań na usługach zgniłego kapitalizmu.

niedziela, 03 października 2010, andsol-br
TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2010/10/03 10:39:33
Bo dla sprzedaży najważniejsze jest, czy autor ma coś do powiedzenia. Znacznie mnie, czy z sensem:
my.opera.com/Jurgi/albums/show.dml?id=4766352
-
2010/10/03 12:21:36
Ze "złotych myśli" najbardziej mi spodobała się ta:

"Co masz zrobić jutro, zrób jutro. Pracuj zgodnie z planem"

A jeńców nie bierze też Tomasz Witkowski w "Zakazanej psychologii" (autor ma stronę internetową, a wydawnictwo udostępnia fragmenty w PDF). Warto spróbować.
-
2010/10/03 16:21:27
@rpyzel: tak, na stronie Tomasza Witkowskiego nie brak ciekawych materiałów. Afera z uniwersytetem, który organizuje spotkanie z cudotwórcą Ashkarem przypomina mi (jakiż ten świat malutki) mój uniwersytet, UFSC, udostępniający swe sale wykładom o lekkiej i przyjemnej lewitacji.

Ciekawy spojrzenie w Trujące owoce trzeciej filozofii podejrzeń, ale dopiero w czytaniu, trawienie jeszcze nie zaczęło się.
-
2010/10/04 00:53:58
"miana obyczajów mentalnych w 30 dni? To dlaczego tyle osób ma tyle kłopotów przez całe lata z dietą?"

No jak to czemu nie dziala... to oczywiste! czytelnik nie dostosowal sie wystarczajaco scisle do przepisu podanego w podreczniku :))

Wczesna psychologia faktycznie bardziej przypominala praktyki szamanistyczne niz nauke :)
Dzis jest nieco lepiej, zwlaszcza od kiedy wprowadzono do psychologii eksperyment oraz "nauki pomocnicze" w postaci biochemii, neurofizjologii i innych rozwiniely sie wystarczajaco.
-
2010/10/04 10:31:59
metoda na Napoleona /Należało stanąć przed dużym lustrem, przybrać wyprostowaną posturę, spojrzeć sobie samemu zdecydowanie w oczy i głośno a wyraźnie powtórzyć: Jestem Napoleonem! Jestem Napoleonem! Jestem Napoleonem! / zachecajaca !!!

od dzisiaj zaczynam stosowac, moze strace te huraoptymistyczna wade brykania