Słowa w ordynku. Słowa w ataku i w obronie. Pomieszane. Refrakcja słów w stali i w wodzie. Odbicia słowne i zwidy. Ład i gładkość. Spazmy i erupcje. Kojący wpływ soku z passion fruit. Od rzeczy i do rzeczy. Krótko mówiąc. Ostatnie słowo. Na początku był skowyt.
Blog > Komentarze do wpisu
Kilimandżaro
Bralek wdrapał się na samą górę. Oto powielona jako wyraz
uznania dla tego wyczynu (za jego zgodą, rzecz jasna)

Relacja z wyprawy

Branley Zeichner

Kilka lat temu, już nie pamiętam kiedy i dlaczego, zamarzyłem sobie wyprawę na Kilimandżaro. Ta góra wygladała mi w miarę trudna do zdobycia, tańsza od Everestu, bliższa od Aconcaguy i Góry Kościuszki, wyższa od Kopca Kościuszki.

W latach, w których tylko marzyłem o tej wyprawie, pamiętałem, że warto w ramach przygotowań też trochę potrenować, żeby nie paść w drodze na szczyt. Tak z pół roku basenu, maszerowania, itp. Raz nawet zacząłem. Po tygodniu zauważyłem, że chyba w najbliższym czasie nie będę miał okazji na wyjazd i zaniechałem tego samoznęcania się.

W tym roku postanowiłem, że dosyć tego odkładania. Na początku sierpnia ustaliłem termin i zamówiłem w tanzanijskim biurze podróży ZedSafaris wyprawę w komplecie. Na dwie osoby, bo mój syn Kuba postanowił się przyłączyć. W komplecie, bo na Kilimandżaro tak sobie się nie można wspinać. Jest to park narodowy i pobyt w nim musi być opłacony i zarejestrowany. Wynajęcie przewodników, tragarzy i kucharza – jest obowiązkowym.

Został miesiąc do wyjazdu, uznałem, że na trenowanie jest już za późno. Co będzie to będzie... Wylecieliśmy 10 IX 2010 w nocy, samolotem Ethiopian Airlines do Addis Abeby. I jeść dali i nawet wina i piwa nie brakowało. Po 4 godzinach – jedzenie, drzemka i Robin Hood na ekranie – wylądowaliśmy w Addis o godz. 5-ej rano. Jakoś przekoczowaliśmy tam następne 4 godziny do odlotu i przez Nairobi dotarliśmy do Kilimanjaro International Airport. Tu, zgodnie z planem, czekał na nas kierowca, by zawieźć nas do położonego u stóp Kilimandżaro miasteczka Moshi. A tam oczekiwał nas w swoim biurze Mr. Suresh Solanki, właściciel miejscowego biura podróży o wdzięcznej afrykańskiej nazwie – Dotcom Safaris Ltd. Zakwaterowaliśmy się w pokoju dwa piętra nad biurem i po orzeźwieniu się prysznicem odbyliśmy z Mr. Solanki rozmowę operacyjną. Uczestniczyli w niej też nasz przewodnik Gaspar i kucharz Amadeus . Sprawdziliśmy i uzupełniliśmy nasz sprzęt, po czym ruszyliśmy na miasto coś zjeść. Ruch był na ulicach duży, bo właśnie Id el Fiter (koniec Ramadanu), a w Moshi muzułmanow wielu. Zgodnie z poleceniem nieocenionego Suresha zasiedliśmy w hinduskowłoskiej knajpie.

Ja nasyciłem się hinduską „dal tikka” z ryżem, Kuba „pastował” po włosku.

Po powrocie do pokoju uporządkowaliśmy plecaki i padliśmy do rana.

Sobota, 11 IX 2010.

Pobudka o 7-ej. Pijąc kawę sprawdzamy i układamy jeszcze raz nasz sprzęt. O 8-ej ładujemy się z całą ekipą na landrovera i ruszamy. Po godzinie jesteśmy w Machame Gate (1800 m. npm.), jednym z wejść do Parku. Tragarze przygotowują swoje toboły, Gaspar zajmuje się biurokracją. O 11-ej w końcu ruszamy. Jest ciepło i parnie. Praktycznie jesteśmy w chmurach. Idziemy żwawo, jak się okaże – szybciej niż tragarze planowali. Rozglądamy się, Kuba fotografuje na wszystkie strony. I jest co – bogata roślinność, kwiaty, obrośnięte pasożytniczą florą drzewa. A wszystko we mgle. I cisza. Dziwna cisza. Dopiero po dwóch godzinach wędrowki zrozumieliśmy, po tym jak wyszliśmy ponad chmury. Tu usłyszeliśmy ptaki. W chmurze/mgle owady mają za mokre skrzydła i do południa nie ruszają się. Dlatego też i ich spożywcy spokojnie wypoczywają. W słońcu i dżungla się ożywiła...

Bez problemów dotarliśmy po czterech godzinach do Machame Camp na wysokości 3000m. Zarejestrowaliśmy się i okazało się, że tragarze nie spodziewali się po nas takiego tempa i że są jeszcze w drodze. Nie przeszkadzało to nam. Pospacerowaliśmy po okolicy, porobiliśmy trochę zdjęć. Po raz pierwszy zobaczyliśmy w całej krasie grzbiet Kibu czyli najwyższą część Kilimandżaro. Pięknie się prezentował oświetlony przez zachodzące słońce. Kształt góry trochę przypomniał mi Giewont z legendą o śpiącym rycerzu.

Namioty stanęły, rozłożyliśmy się, w międzyczasie, jak za dobrych imperialnych czasów podano nam kawę/herbatę z herbatnikami. A o 6-tej kolację. Smaczna zupa jarzynowa, na drugie ryż z duszonymi jarzynami, z sosem grzybowym i na deser owoce.

Ciemno się zrobiło i nie było co robić. Więc jeszcze z godzinkę poczytaliśmy – świetny wynalazek te latarki „naczolne” w technologii LED. Dużo jasnego światła, wolne ręce, można trzymać ksiązkę.

Niedziela, 12 IX 2010.

Pierwszy poranek. O siódmej „kelner” Dżilas budzi nas zjawiając się z termosem, dwoma kubkami i woreczkami kawy i herbaty. Potem przynosi dwie nieduże miski z ciepłą wodą, na poranne ablucje. Pakujemy się i o 7.30 idziemy do „mesy” na śniadanie. Na talerzu grube naleśniki, dla każdego po trzy. Do tego miód i dżem. Potem wjeżdża na stół garnek z kaszą . Nie bardzo nam przypadła do smaku, więc delikatnie powiedzieliśmy Amadeuszowi, że w naszych stronach nie jada się kaszy na śniadanie. W międzyczasie szef przygotował jeszcze jajecznicę z parówkami. Tak więc ociężali ruszyliśmy w drogę. I od razu strome podejście na grzbiet Shira. I przed nami i za nami długi wąż ludzi. Większość z białymi tobołami na głowie – tragarze. Z normalnymi turystycznymi plecakami i bez kijków idą przewodnicy. Kijki i małe plecaki należą do „wspinaczy”. Słyszy się włoski, hiszpański, rosyjski, czeski, hebrajski, francuski, angielski. Polskiego nie przyuważyłem. Jest też niemało Hindusów i Japończyków.

Stromo, ale na razie nie jest mi ciężko. Kuba w ogóle nie wysila się, ma jeszcze kondycję smarkacz (za tydzień 36 lat kończy). Fotografujemy, podziwiamy. Zjawiają sie duże kruki z białymi karkami. Czekają, żeby ktoś padł?

Łatwy dzień. Po trzech godzinach doszliśmy do Shira Camp na wysokości 3800m. Po lekkim obiedzie wychodzimy na dwugodzinny spacer po okolicy – w ramach aklimatyzacji do wysokości. Potem kolacja, tym razem zupa ogórkowa, makaron z gulaszem i na deser owoce. Apetyt jeszcze służy, więc staramy sie jeść jak najwięcej. Podobno powyżej 4500m nie ma się już na to ochoty. A i tragarzom będzie jutro lżej...

Poniedzialek, 13 IX 2010.

Poranna rutyna z kawą do śpiwora prawie. Okazuje się, że Kuba dobrze zmarzł w nocy. Jego śpiwór okazał się niewystarczającym. No nic, wieczorem jakoś się zorganizujemy. Śniadanie jest już bez kaszy, ale jajecznica większa.

Schodzimy nieco w dół, by znowu wejść wyżej i w dół i znów w górę. Pod Lava Tower na wysokości 4200m. – „dinner”. I znowu w górę. Grzbiet Kibu wydaje się być tuż tuż. Jest zimno i pustynnie. Skalista pustynia. Dochodzimy do 4600m. i zaczynamy schodzić. Dla wydajniejszej aklimatyzacji nocleg będzie na wysokości 3900m. Schodzimy w dół i wyraźnie czujemy ocieplenie. Robi się zielono a nawet kwieciście. Pojawiają się duże, kaktusopodobne rośliny. Gaspar mówi, że to lobelia. Wcale toto nie podobne do tych małych, delikatnych kwiatków w naszym ogródku. W domu sprawdziłem. Owszem lobelia, ale lobelia deckenii (Lobelia_deckenii). Dosyć szybko dochodzimy do Barranco Camp. Po kolacji do namiotu. Tym razem Kuba przygotowuje sie odpowiednio, więc śpi dobrze.

Wtorek, 14 IX 2010.

Ja też spałem dobrze. Tak dobrze, że rześko się obudziłem o piątej rano i nie mogłem więcej zasnąć. A przed nami ciężki dzień i jeszcze cięższa noc. Zwijamy się szybko, golę się na spotkanie z Uhuru i po śniadaniu zaczynamy stromym i skalistym podejściem. Nie ma letko. Ale idę. Kuba nadal śpiewająco, staram się dotrzymać mu kroku. Gaspar też nie daje mu szaleć, mówi, ze trzeba iść powoli, ze względu na aklimatyzację. Po tak ciężko zarobionym podejściu – schodzimy oczywiście w dół, marnując część osiagnięcia. I znowu pod górkę. Po trzech godzinach przerwa na obiad, w dolinie Karangi. Po krótkim odpoczynku ruszamy, by po godzinie dotrzeć do Barrafu Camp, 4600m. Stąd już prawie widać szczyt. Po wczesnej kolacji – rzeczywiscie nie chce nam się jeść, ale zmuszamy się – Gaspar nas wygania spać. Aha, całkiem zapomniałem. Co wieczór i każdym rankiem Gaspar mierzył nam gorączkę, tętno i ilość tlenu we krwi ( spOx ). Dziś wynik też jest w porządku. Ja nawet wypadłem lepiej od Kuby. Jest już po siódmej, przygotowujemy odzież i resztę sprzętu i spać. O 23.30 wstajemy. Kubek herbaty z herbatnikiem i po pólnocy ruszamy w drogę.

Środa, 15 IX 2010.

Dłuugi sznur światełek i wspaniałe rozgwieżdżone niebo. Gwiazdy Polarnej nie widac, ale orientuję się według Kasjopei. Idziemy na północ. Oglądam się do tyłu – jest! Krzyż Południa!

Idziemy za jakąś grupą, około 10 osób. Idą powoli, krótkie, miarowe kroki. Odpowiada mi takie tempo. Przypomina mi się zen. Ważna jest droga, nie cel. Myśleć o najbliższym kroku, nie o wierzchołku. Idziemy. Gaspar przede mną, Kuba za mną, za nim „assistant guide” Godbless. Za nimi następna grupa. Po 40 minutach pierwszy odpoczynek. Na stojąco, łyk wody i dalej krok za krokiem. Ciemno i dobrze, że nie widać ile tych kroków zostało. I znowu chwila odpoczynku. I powoli. Ale to tak jak prowadzić samochód w konwoju, zderzak w zderzak. Trudno nie zasnąć. Oczy się zamykają. Czuję, że muszę usiąść. Zatrzymujemy się, ja prawie padam. Ale wiem, że nie wolno mi zasnąć. Zamarznę. Wiem, czytałem przecież, uczyłem się o tym. Zresztą przewodnicy i Kuba też wiedzą o tym i nie dają mi zamknąć oczu. Kilka minut i kryzys chyba minął. Ruszamy dalej. Przeszło. Nadal ciężko, ale już nie zasypiam. Około piątej osiągamy Stella Point, 5745m npm. Tu uwierzyłem, że dojdę.

Jeszcze tylko 150m. wysokości do szczytu. Gaspar mówi, że to około 40 minut. Po krótkim odpoczynku ruszamy. Kuba na początku idzie grzecznie, ale nie wytrzymuje i wyrywa się do przodu. Dotarł z Godblessem jakieś 5 minut przed nami. Pierwsi nie jesteśmy. Ale w pierwszej dziesiątce. Mimo, że wyruszyliśmy później. Kilka zdjęć, zanim baterie wysiądą na tym mrozie. Jest podobno minus 13 C. Zdejmuję wiatrówkę. Mam pod nią koszulkę ze schroniska na Śnieżniku, w Kotlinie Kłodzkiej. Schronisko im. Zbyszka Fastnachta.

Zbyszek był moim kolegą w czasach „górskostudenckich”. Potem przez lata prowadził to schronisko. W 2001 dostał ataku serca i zmarł. Dwa tygodnie temu żona przywiozła mi tę koszulkę i od razu postanowiłem, że w niej pójdę na Kilimandżaro. I udało mi się. Jest zdjęcie, mogę się ubrać. Wschód słońca rzeczywiście imponujący. Wszystko zresztą „udokumentowane”.

I ruszamy w dół... W dół, tam gdzie ciepło, gdzie łatwiej oddychać. Na razie, z braku tlenu, zadawalam się napełniając pierś dumą. Jestem wycieńczony, ale cieszę się. Pokonałem Kibu i siebie. I wdzięcznym obu przewodnikom i Kubie, że mnie nie zawrócili w chwili załamania. A to załamanie wydaje się teraz baaardzo dalekie.

Jeszcze kilka zdjęć wschodzącego słońca i wznosząc obłoki wulkanicznego pyłu, prawie biegniemy.

Ale nie ma letko! Droga powrotna do Barrafu jest długa. Widzę idących nam naprzeciw zdobywców in spe i nie zazdroszczę im. Im dalej dół – tym bardziej ich mi żal. A my już po!!! Ale i my odczuwamy zmęczenie. Duma, radość z osiągnięcia pomagają, ale nie dosyć. Droga w dół wydaje mi się już dłuższa niż do góry. Niemożliwe, żebyśmy to wszystko przeszli kilka godzin temu! Chyba pod wpływem słonecznego światła Kibu urósł! Łatwiej się oddycha. Ale schodzenie i hamowanie po nierównej, stromej i kamienistej ścieżce wykańcza kolana, mięśnie łydek i palce u stóp. Niemniej, po dwóch i pół godzinie pokonujemy te 8 km. i docieramy do bazy i po herbacie padamy na godzinę, dwie spać. O jedenastej jesteśmy spakowani i ruszamy, znowu w dół. Mamy tylko 1500m. różnicy poziomu i 15 km drogi. Oj, droga w dół też może być trudną. Ale robi się coraz cieplej, zieleniej i łatwiej oddychać. Po ponad trzech godzinach, na granicy kosówki i dżungli, na wysokości 3100m czeka na nas Mweka Camp. Z wodą i kolacją i długą nocą do przespania. I naprawdę dała się przespać.

Czwartek, 16 IX 2010.

Rano, odprężeni, pakujemy się po raz ostatni, zjadamy śniadanie, fotografujemy się na pamiątkę z zespołem i ostatni wysiłek – 15 kilometrów (i 1120 m. wysokości) do Mweka Gate. Nogi bolą, ale oddychamy swobodnie i podziwiamy ten „rain forest” z jego bogatą roślinnoscią. Tu i ówdzie nawet migają małpy (blue monkeys) w koronach drzew. A drzewa, jak widać na zdjęciach – słusznych rozmiarów.

U wyjścia rejestrujemy się po raz ostatni, dostajemy świadectwa potwierdzające dokonanie tego wyczynu – Uhuru, 5895m – doszliśmy tam!

Landrover do Moshi już czeka na nas.

sobota, 02 października 2010, andsol-br
TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2010/10/02 20:34:14
Z zazdrością czytałem, zwłaszcza że leżę wirusem zmożony i nawet marzenia o dalekich wyprawach są chwilowo ponad moje siły.
Ale jak wyzdrowieję, to na pewno pomarzę. :-)
-
Gość: ccamel, ip-92-42-116-199.uznam.net.pl
2010/10/03 00:44:17
Ugh, nie wiem dlaczemu owej opowieści i galerii fotek udało się dokonać ze mną tego, czego nie udało się wielu powieściom podróżniczym: przenieść mnie w przestrzeni. Przez chwilę tam byłem, czułem gorąco lasu deszczowego i zimno szczytów ponad nim. Zresztą dalekie kraje wciskają się tutaj zewsząd, właśnie dostałem miłego maila, który jest pokłosiem mojego komentarza u andsola sprzed miesięcy, pod bajecznie brzmiącym tytułem "Porque votar na Glaci Fabris?" - ja nie wiem porque, ale Glaci wygląda sympatycznie i gdybym tylko mógł...
-
Gość: acel, tn147.internetdsl.tpnet.pl
2010/10/03 00:53:12
Ja też tam byłam. Miałam chwile słabości ale udało się. Wszystko mam przed oczami. Zwłaszcza niebieskie małpy skaczące między drzewami. Dziękuję za możliwość przeżycia wyprawy na Kilimandżaro.Było pięknie.
-
2010/10/03 00:57:00
@ccamel: masz jeszcze parę godzin na decyzję na kogo głosować, tam znajdziesz wszystkich kandydatów, na wszystkie stanowiska, z wszystkich stanów.

Sama rzeczona pani, zresztą nauczycielka na mnie liczyć nie może, bo mam bardzo niedobrą opinię o tej jej partii, PTB. Może to świetna osoba, ale wdała się w bardzo szemrane towarzystwo.

A Bralek zawsze fajnie pisze, czy o Polsce, czy o Afryce... Przypomniało mi się, że ma też tłumaczenia na polski opowiadań izraelskich, spytam go czy nie chce ich tu wystawić.
-
2010/10/03 00:59:41
O, acel, wspięłaś się tam? Ja na połowie tej wysokości, w Boliwii, wysiadłem z nieopowiadalnymi publicznie dysfunkcjami organizmu. Zostanę przy porzekadle Boya, że nie musze się na różne zjawiska wspinać, żeby podziwiać.
-
2010/10/03 01:24:11
Wzruszyłam się bardzo czytając. I najgłupsze jest to, że nie potrafię sobie tego wzruszenia wytłumaczyć. Dziękuję.
-
2010/10/03 01:26:12
Bo panie są wzruszające?
-
2010/10/03 10:09:55
Raczej nie sä. Tym bardziej cenne.