|
Blog > Komentarze do wpisu
Wytropić Eichmanna
Na trzy dni ta książka wyłączyła mnie z tzw. rzeczywistości – to znaczy
przerzuciła do innej, wrogiej, przygnębiającej.
Nie sądziłem, że porwanie Adolfa Eichmanna z Argentyny miało tyle
historycznych i politycznych zawikłań i że dopiero przed paru laty prawdziwi
uczestnicy zdarzeń ujawnili swoje imiona.
Nie będę wypunktowywać elementów, które zrobiły na mnie wrażenie –
niektóre z nich są zręcznie ujęte w uwagach
Daniela Passenta sprzed pół roku
(bo książka ukazała się po polsku: Neal Bascomb, Wytropić Eichmanna, Znak
2009), parę celnych uwag jest w
recenzjach z Merlina – a streszczenie fascynującego
podsumowania dalszych losów uczestników akcji Mossadu, podane w epilogu, nie
byłoby uczciwym działaniem. Nie chciałbym, by ktoś to robił z książką gdybym
ja był jej autorem.
Więc tylko tyle o Hunting Eichmann. Czy to jest zachęta do czytania?
Jakoś w innych kategoriach niż chęci leżą dla mnie takie lektury.
Wydaje mi się, że znowu troszkę lepiej coś zrozumiałem. Ale rozumienie
świata to gorzka satysfakcja.
A może jednak dodam coś. Wydaje się, że w recenzjach i opisach piszący nie skierowali się w tę stronę. Otóż autor niedwuznacznie daje do zrozumienia, że wskazówki lokalizujące Eichmanna w Buenos Aires pochodziły od jakiegoś tam żyjącego SS-mana. Ponieważ wiele agencji posiadało tę wiedzę nim dotarła ona do Mossadu, niewykluczone, że było paru nazistowskich uciekinierów, którzy decydowali się na przekazanie takiej informacji. Może znajomość z takim człowiekiem rzucała zły cień na motywy i wspomnienia o organizacji, której mit kiedyś ich do niej przyciągnął. Proszę przypomnieć sobie zawikłania wokół działań Ryszarda Kuklińskiego, by odczuć smak tej skomplikowanego sosu z terminów „lojalność – uczciwość – zdrada”, który musiał osiąść na podniebieniu tych, co zdecydowali się mówić. Trudne wybory moralne to nie jest domena tylko naszych rodaków. Ale my wiemy, że SS to była organizacja zbrodnicza, więc nie musimy zastanawiać się nad komplikacjami związanymi z takimi refleksjami. sobota, 24 lipca 2010, andsol-br
TrackBack
Komentarze
2010/07/24 06:36:59
Tadku, coś bardzo Ci się pokręciło. Nigdy nie miałem emigracji nazistów do Argentyny za literackie banialuki, wręcz odwrotnie, pisałem o książce The Real Odessa (odróżniając rzetelne udokumentowane badania od hipotez Forsythe'a), a także gdzie indziej pisałem (i to parę razy, łatwo to odnaleźć w moim opisie archiwów) o roli KK w eksporcie 90 tys. zbrodniarzy do Argentyny. Wspominałem też o zamiarach Perona (i jeszcze nie raz będę pisał o tym, na podstawie tego, co udokumentował Sergio Corrêa) zdobycia bomby atomowej przy pomocy tych "techników".
Nie ma zgrabnej, medialnej historyjki, odniesienia do dokumentacji Bascomba (źródła i indeksy) zajmują 58 stron i książka została dobrze przewentylowana przez krytyków. Nie wiem czego chcesz od Passenta, to już nie mój kurnik. Tu nie cytowałem jego dzieł, a jego dobrą recenzję. Sugestie spiskowe o rzuceniu Eichmanna przez Peróna na pożarcie są słabiutko oparte na pisanej historii - w latach 1955-1973 Perón był nikim. I nikim też był wciśnięty w prawie biedę Eichmann. Może ta jest różnica między nami, że ja przeczytałem książkę, a Ty nie? 2010/07/24 11:59:05
"Ale rozumienie świata to gorzka satysfakcja" - dopisuję do swojego zbioru cytatów przetrafnych.
Gość: TadekKuranda, dynamic-78-8-0-134.ssp.dialog.net.pl
2010/07/24 12:23:55
@ Andrzeju! Oczywiście, że jest między nami jakaś różnica, i nie widzę w tym nic złego. Aż chciałoby się powiedzieć" Ty Żyd, ja Żyd - co za różnica? W książkach?
Andsol "Może ta jest różnica między nami, że ja przeczytałem książkę, a Ty nie?" Jako nastolatek bardzo się interesowałem drugą wojną. Czytałem wtedy wiele książek na ten temat, ale i potem także, kiedy miałem już lat dwadzieściakilka. Interesowałem się Eichmannem bo wtedy świat był jeszcze gorący od emocji wywołanych jego porwaniem, procesem i straceniem. Przyznaję, że moja wiedza na ten temat polega głównie na tym co uznałem za warte zapamiętania, ale też na komentarzach... Myślę, że należy to do jednego kubła wrzucić - te propagandowe książeczki z bublioteki "Tygrysa" jak i inne, te mniej mijające się z prawdą. Prawda byłaby szalenie interesująca. I to co nas, drogi Przyjacielu, nie różni - to to, że obaj akurat tej książeczki nie przeczytaliśmy. Passent wspomniany nie tak, co przyznaję, był prowokacją z mojej strony. Czepiajmy się byle czego, bo na rzetelną polemikę ani czasu ani tu miejsca. Ot, blog, swawola myśli i "migotanie słów"! 2010/07/31 18:22:41
moim zdaniem dobra ksiazka ( polecilem juz u Bobika)
czy ( niektorzy ) byli czlonkowie Waffen-SS mieli lub maja rozterki moralne nie mam watpliwosci ( patrz Günter Grass lub Hardy Krüger ) zdarza sie....... 2010/07/31 18:50:54
Kiedyś "frojd wyjaśniał", dzisiaj "gugl wyjaśnia". Skoro Ty zachęcałeś 28 czerwca, a amazon.com powiadamiało mnie dwa dni później, że your order ... placed on June 28, 2010 został zrealizowany, to nie ma wątpliwości, żeś moralnym mecenasem mojej lektury. Już tego nie pamiętałem. Ale nigdy nie jest za późno, by podziękować.
2011/02/26 11:36:10
W Discovery był akurat film z cyklu o tropieniu nazistów - paradokument odtwarzający uprowadzenie Eichmanna.
2011/02/26 11:47:58
Pawle, oglądałeś go? Czy były w nim jakieś refleksje właśnie o źródle informacji - albo o nastrojach politycznych Argentyny, które pozwalały zbrodniarzom żyć tam spokojnie? Czy raczej poprowadzili to w stronę filmu akcji i napięcia?
|
|
Właśnie paplanina o zdradzie, tropieniu ziarnka piasku w pustynnych wydmach przez Żydowskie Centrum Dokumentacji i Akcje MOSADU (ŻCD przyczyniło się do wytropienia 1200 hitlerowskich zbrodniarzy - rzecz banalna w proporcjach zbrodni) to raczej zasłona dymna dla innych problemów. Trzeba też dostrzegać to, że Eichmann był nikim dla Perona (będącego jedynie nadzorcą "zamrażarki" dla kluczowych postaci III Rzeszy). Eichman, ze swoimi umiejętnościami, okazał się zupełnie nieprzydatny po wojnie. Nie tak przydatny, jak jego koledzy szkolący armię Argentyńską, ubraną w niemieckie mundury. Eichmann wiedział, że nikt mu już nie pomoże. Mógł jedynie zagrać swoją rolę do końca - taką farsę stalinowskich procesów - poświęcił się do końca. Jedyny kapitał jaki można było na nim zbić to rzucić go na pożarcie, żeby nakarmić lwy ku uciesze gawiedzi głodnej sprawiedliwej zemsty. Zrobić z tego zgrabną, medialną historyjkę o nieustraszonych agentach MOSADU, koledze zdrajcy z SS i wynikających z tego rozterkach moralnych. Dla mnie fascynujące mogą być jedynie refleksje czytelnika, który po lekturze "dziełka" Passenta wzniesie się na tak wysoki poziom rozważań o moralności, że nawet Ryszard Kukliński do tego mu pasuje i powie o nim bez zająknienia w kontekście sprawy Eichmanna.
To też takie moje rozważania po lekturze wpisu do tego bloga.
A mruknę sobie samopas, bo mnie tu już nie cytują i nie czytują: Jak trwoga to do bloga!