Słowa w ordynku. Słowa w ataku i w obronie. Pomieszane. Refrakcja słów w stali i w wodzie. Odbicia słowne i zwidy. Ład i gładkość. Spazmy i erupcje. Kojący wpływ soku z passion fruit. Od rzeczy i do rzeczy. Krótko mówiąc. Ostatnie słowo. Na początku był skowyt.
Blog > Komentarze do wpisu
Kręgi szyjne kury

Pewnego razu był sobie geniusz i był znany i uznany, a miał syna jedynaka. I jak to u geniuszy bywa, chciał, by jego syn też był geniuszem. A syn nie był. Ale gdy geniusz odszedł, syn napisał o ojcu książkę.

Znamy ten schemat z tylu powtórzeń, że wydaje się oczywiste co nastąpiło: syn obsmarował ojca, że może i geniusz ale jaki okropny i okrutny. I że tyle skandali. I że syn sam może nie geniusz ale wspaniałe rzeczy zrobił i 90% książki jest o synu i jego przygodach.

W świecie pełnym oczywistych zdarzeń najprzyjemniejszy bywa ich zupełny zanik – gdy odkrywana rzeczywistość jest zupełnie, ale to zupełnie inna, a książka jest piękna, odkrywcza i świetnie opisana.

Powiedzmy, że znasz wiele wywiadów ze Stanisławem Lemem: książki Tomasza Fiałkowskiego i (nowe, dłuższe wydanie) Stanisława Beresia, artykuły Grzegorza Miecugowa, Przemysława Szubartowicza i wiele innych. Czy mimo tego warto kupować jeszcze książkę Tomasza Lema Awantury na tle powszechnego ciążenia (WL, 2009)?

Tak. I tu mógłbym skończyć omawianie jej, ale może powinieniem dodać: zdecydowanie tak.

Ale nie byłbym sobą gdybym tak szybko z tematem się rozprawił, więc dodam parę słów od siebie i wiele z książki.

Nie znalazłem tam wyznań o miłości w rodzinie, ale całość jest nią przepełniona. Zdjęcia (nawiasem: świetna szata graficzna), ujęcie tematów, wpisany sympatycznym atramentem tekst między liniami... Skromność autora jest aż przesadna. A talenty bez wątpienia ujawnione jakością obserwacji i ich przekazem.

Chcę przedstawić jego uwagi o tym czym było uczenie się w polskiej szkole z czasu Gierka – nie tylko dlatego, że są doskonale podane. Pomagają mi one zrozumieć nieco lepiej zjawiska z polskiego internetu AD 2010, bo można z nich domyślić się czego nie nauczyli się w szkołach dzisiejsi czterdziestolatkowie. Wydaje się, że u niektórych – jak u Tomasza Lema – trwałych szkód to nie przyniosło. Ale obawiam się, że durnota szkoły odbija się we właściwy sobie sposób na przyszłych dorosłych w Kraju.

Ojciec nie ingerował w moją edukację, jednak z jego korespondencji wynika, że w czarnych barwach widział moją przyszłość w PRL-u. Po raz pierwszy interweniował osobiście w drugiej klasie. W sprawach szkolnych pierwsze skrzypce grała matka, ojciec nie bywał na wywiadówkach, ale tym razem matka uznała, że jego obecność może się przydać. Znała jego temperament, toteż zawarli porozumienie: ona będzie mówić, a jego działanie ograniczy się do samej tylko obecności.

Sprawa była poważna: wychowawczyni oznajmiła, że – wraz całą klasą – nie otrzymam promocji do klasy trzeciej, nie znam bowiem „hasła miesiąca”.

Znajomością hasła wykazała się tylko dziewczynka, która własnoręcznie hasło to, wymyślone przez panią wychowawczynię, wycięła z kartonowych liter i umieściła na tablicy w korytarzu.

Daremnie liczyłem, że wyłgam się, recytując poprzednie hasło, które zapamiętałem dzięki temu, że sam wycinałem koślawe litery układające się w napis: POMAGAJMY STARUSZKOM.

Moja odważna sugestia, że być może chodzi o październik, który, jak wiadomo, jest „miesiącem oszczędności”, na nic się nie zdała. Nieznajomość hasła stanowiła bowiem dowód postawy aspołecznej: dzieci, które nie czytają gazetki szkolnej, wyrastają na chuliganów i wichrzycieli.

Ojciec – jak sam wspominał – odegrał wówczas rolę dzikiego brytana. Toczył wkoło błędnym spojrzeniem, przewracał oczami i groźnie powarkiwał. Zgodnie z umową nie rozmawiał z wychowawczynią. Jednak na jego widok pani struchlała, zmiękła, wycofała się na całej linii, okazała empatię itd. Przyznała, że nieznajomość hasła (brzmiało ono „Karmijmy wróbelki”, pamiętam, jakby to było wczoraj) nie powinna stanowić jedynego i decydującego kryterium przy podejmowaniu decyzji o promocji dzieci do następnej klasy.

Później, chcąc uniknąć podobnych szkolnych komplikacji, które zmuszałyby ojca do wypraw do szkoły, haseł i innych Ważnych Napisów uczyłem się na pamięć. W swoim konformizmie nie posunąłem się jednak tak daleko jak kolega, który – żeby mieć na przyszłość spokój – z własnej inicjatywy nauczył się na pamięć składu całego politbiura. Jakież było jego rozczarowanie, kiedy w 1980 roku okazało się, że jego nauka w dużej mierze poszła na marne. Narzekał wówczas na Solidarność.

Wszystkie trzy urywki są wyjęte ze stron 185-190. Gdyby autor dowiedział się o ich zamieszczeniu tutaj i uznał, że są dłuższe niż przyzwoitość recenzencka zezwala, zdejmę je stąd, ale zrobię to ze ściśniętym sercem.

Któregoś dnia wróciłem do domu z kolejną polonistyczną zagwozdką. Zadanie brzmiało: „Sienkiewicz i Żeromski, opowiadanie z użyciem dialogu”. Miałem także wymienić tematy wspólne wszystkim utworom tych autorów.

Nie wiem, co mnie podkusiło, żeby z tym pójść do ojca, prawdopodobnie wypłoszył mnie „dialog”, bo co do wspólnych tematów nie miałem wątpliwości – w szkole wytłumaczono nam to jasno i jednoznacznie.

Obydwa pytania wywołały w nim pewien niepokój, żeby nie powiedzieć – popłoch.

W pierwszym wypadku zasugerował napisanie opowiadania o tym, jak w bliżej nieokreślonym miejscu dochodzi do spotkania Żeromskiego i Sienkiewicza, którzy rozmawiają o swojej twórczości.

W drugim mruknął kilka razy „cholera jasna” i powtarzając z niedowierzaniem – „jak to: wszystkich?” – zadzwonił do swojego przyjaciela profesora Błońskiego, który mieszkał przy tej samej ulicy.

– Janku, jaki jest wspólny temat wszystkich utworów Sienkiewicza i Żeromskiego?

Ojciec machnął ręką, żebym nie przeszkadzał, kiedy usłużnie zacząłem paplać, że chodzi oczywiście o miłość do ojczyzny i piękno przyrody ojczystej. Do głowy przyszła mi jeszcze tęsknota za ową ojczyzną, chociaż nie byłem pewien, czy tęsknota nie była zarezerwowana dla Mickiewicza (Pan Tadeusz) i Sienkiewicza (Latarnik).

– Zwariowałeś? – odpowiedział Błoński. – Nie ma tematów wspólnych dla wszystkich utworów!

– Tak? – odparł ojciec. – Bo widzisz, polonistka mego syna, którą kształciłeś i której dałeś nawet, zdaje się, magisterium, tak twierdzi...

– Ależ zaocznie, Staszku! Ona to magisterium dostała zaocznie!

Tiaaa... wiem co nieco o magisteriach ze studiów zaocznych. Ale też wiem coś o dzisiejszych studiach stacjonarnych, na których promotor opiekuje się jednocześnie kilkudziesięciu pracami magisterskimi, więc myślę, że nie należy narzekać na przeszłość, bo wiele niespodzianek czeka nas w przyszłości.

Innym moim szkolnym nieszczęściem [...] było pojawienie się w naszej szkole pewnej pani. Zacna owa kobieta była niestety niedouczona. Co gorsza, powierzono jej nauczanie biologii, fizyki, chemii oraz – zapewne dla równowagi – obrony cywilnej. Pani najsprawniej radziła sobie z odpytywaniem nas ze stopni wojskowych, natomiast lekcje biologii, fizyki i chemii sprowadzały się do przepisywania podręcznika na tablicy, co czyniła z wielkim mozołem. W podręczniku zdarzały się błędy i literówki, i tak oto dowiedzieliśmy się o „prawie Achimedesa”, przy czym pani twardo stanęła na stanowisku, że ma być „bez r”. Na lekcji biologii zaś pani wykazała się inwencją i w swoich domysłach poszła dalej niż teoria ewolucji; oświadczyła mianowicie, że kurze domowej co roku przyrasta jeden krąg szyjny. Było to swoistą analogią do słojów w drzewach, niezmiernie przypadło nam do gustu i zaowocowało rysunkiem, który jeden z kolegów na przerwie umieścił na tablicy, przedstawiającym sędziwą, dwudziestoletnią kurę z szyją jak żyrafa.

Pytanie do nikogo (no bo komu niby je zadać...): czy w Polsce ludzie uświadomią sobie kiedyś, że nauczycielami powinny zostawać osoby inteligentne, wykształcone i z bardzo wysokimi standardami etycznymi?

niedziela, 20 czerwca 2010, andsol-br
TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2010/06/20 01:14:49
Przepraszam, że tak impertynencko i dosadnie, ale: chyba śnisz. Bowiem "osoby inteligentne, wykształcone i z bardzo wysokimi standardami etycznymi" mają zwyczaj zadawać niewygodne pytania, nie uznając na przykład, że władza pochodzi od Boga, zaś Bóg to władza, zaś z funkcjonariuszami władzy się nie dyskutuje i nie zadaje im niewygodnych pytań. Bo można nie dostać na przykład promocji, albo bierzmowania.
Co gorsza, "osoby inteligentne, wykształcone i z bardzo wysokimi standardami etycznymi" mają brzydki zwyczaj skutecznie zarażać swoimi cechami młodzież.
-
2010/06/20 01:21:10
A wiesz jak się kończą społeczeństwa, w których mało osób śni?
-
2010/06/20 02:09:44
Dzięki za utwierdzenie. Utwierdzenie, albowiem Awantury od paru dni mam na liście zakupów podczas wizyty w Polsce.
-
2010/06/20 02:28:54
Dobrze, że jedziesz teraz, bo... znasz ten nowy krajowy wynalazek? Czego nie sprzedadzą w ciągu roku, to idzie na przecenę na parę tygodni, a potem na przemiał. Bo kultura to taka odmiana jętki.
-
2010/06/20 03:35:48
Jakbym nie jechał wkrótce, to przyjechałoby do mnie, a firma gigant.pl zarobiłaby (znów) trochę mojej krwawicy.
-
2010/06/20 03:47:35
Psiakrew, ja w najbliższym czasie nie jadę... :-(
Swoją drogą, w moim krakowskim liceum poza FIzyką (tu prywatny uśmiech do andsola), której mimo późniejszej lektury Feynmana nie potrafiłem pojąć w stopniu (mnie) wystarczającym i historią, która poza jednym rokiem była podawana absolutnie jednotorowo, właściwie odebrałem całkiem przyzwoite wykształcenie, co później w wielu sytuacjach miałem okazję sprawdzić. Prawdę mówiąc, sam bym go sobie sobie zazdrościł, gdybym był np. Niemcem z tego samego pokolenia. Więc ja bym tego peerelu tak nie uogólniał... ;)
-
2010/06/20 04:42:38
PRL był głupi, beznadziejny, absurdalny, nawet okrutny.

Ale był taki inaczej, niż raczy to opisywać pan T.L. W końcu jeszcze paru takich żyje, co toto pamiętają.

Który mógł być to rok - podstawówka (gdzie rzekomo za nieznajomość hasła miesiąca, wymyślonego przez nauczycielkę, i to hasła kalibru "karmijmy wróbeli"!!! - nie przechodziło sie do nastepnej klasy!?) - może rok 1976. Liceum - bo tam następował rozdział "nauki o przyrodzie" na bologię, fizykę, chemię - może wczesne lata 80-te, Kraków.

W Krakowie, nawet na przedmieściach - nie wierzę, by takie szkoły i tacy nauczyciele byli możliwi do zaistnienia.

Co uczniowie natomiast opowiadali o nauczycielach... te urban legends, ech., opowiadane na dużej przerwie, obowiazkowo szeptem.

To może tłumaczy - T.L. opowiada historyjki powtarzane na dużej przerwie, niekoniecznie bywszy świadkiem ich kanwy.

Więc, jak kto buja w jednym, to czemu miałby nie bujać w innym?
-
2010/06/20 04:47:12
@miskidomleka: moją krwawicą zajmuje się amazon.com i dobrze mu to idzie, co książka to dodatkowe US$12.50. Saudades za taryfami sprzed okresu internetu.

@Bobik: więc nie uogólniamy. Gama możliwości była tam całkiem rozległa i nie wiem czy śmiać się czy płakać gdy czytam grzmiące i dudniące potępienia jakichś specjalistów od zwalczania wszystkiego komuchami pachnącego - to jest prawie tak fajne jak ocenianie baletnic po ich tupaniu.
-
2010/06/20 05:05:26
@tichy: oj, czy wszedłeś właśnie do kwadracika, który zacząłem ubijać maczugą? Jeśli zadrasnąłem, przepraszam i już Cię galwanizuję.

Nastawałbym, że bywał (on, peerel) bardzo różny. Pałace kultury (nie mówię o koszmarku z Warszawy) i domy kultury miewały całkiem sensowną bazę materialną i strasznie dużo zależało od grupy ludzi w nich skupionych. Mogło być dno, mogło być wyśmienite dopełnienie wiedzy szkolnej. Widziałem i jedno, i drugie.

To nie jest obroną systemu lecz niezliczonych oaz, które mimo trudności i kosztów własnych ludzie tworzyli. Myślę, że wielkie tradycje sabotażu oficjalnej nowomowy i zakłamanej ideologii były podstawą Latającego Uniwersytetu i późniejszego dość gładkiego przejścia do w miarę normalnego świata.

Nie byłbym tak skłonny do zarzucania Tomaszowi Lemowi fałszowania przeszłości. W mojej średniej szkole (w tej z nich, z której mnie nie wyrzucono, bo ona była dla odrzutków oraz dla dzieci partyjnych dygnitarzy) byli w tej samej Radzie Pedagogicznej wyśmienici nauczyciele, którzy mogliby pracować dziś w jakiejś Wyższej Szkole Byznesu i Psychologii - oraz takie przygłupy, że nie wiem skąd ich wygrzebano. To były bardzo niejednorodne czasy, miejsca i nastroje.
-
2010/06/20 06:51:52
@andsolk
No ale Amazon polskich książek ci chyba nie dostarczy? 12.50 za przesyłkę to jakby dużo :-(.

Polskie czasem kupuję w amerykańskiej polskiej księgarni D & Z, przychodzą szybko, choć kosztują mniej więcej tyle w dolarach ile w Polsce w złotówkach. Niestety wybór niezbyt szeroki.

Dlatego korzystam też z giganta, gdzie książek jest więcej, a w przeciwieństwie do merlina istnieje opcja wysłania pocztą nielotniczą. Książki docierają po 1.5 miesiąca, ale zdecydowana większość krwawicy idzie na książki, a nie, jak w merlinie, połowa na książki, połowa na pocztę.

@5-grid

Mnie takie biograficzne historyjki ciekawią i cieszą, nawet jeśli czasem pamięć autora trochę zawiodła i coś mu się dokoloryzowało. To nie artykuł historyczno-naukowy.
-
2010/06/20 07:26:28
miskidomleka:

"Mnie takie biograficzne historyjki ciekawią i cieszą,

No, kazdego co innego bawi i cieszy. Ja też mówię za siebie, ani nie pretenduję do mówienia w niczyim imieniu.

Fakt jest taki - jak zapragnę czytać bajki, to sobie kupię lub zamówię bajki. Tylko na winiecie musi być napisane - "bajki". Inaczej - będę czuć się oszukany.

andsol:

Tradycje tradycjami, latające uniwersytety latającymi uniwersytetami, a konfabulacje - konfabulacjami.

Oczywiście, widziałem dno. Ale polegało ono na zupełnie czym innym. Wystarczająco wiele historyjek - prawdziwych! - można opowiedzieć, by to ukazać. Po co jeszcze zmyślone? Może za dużo powiedziane, albowiem człowiek często wierzy szczerze w swą imaginację, albo raczej w branie wrzuty za autentyk. Tak więc, nie postawiłem zarzutu fałszowania przeszłości - to tylko Ty taki mi przypisałeś. Jeżeli mam ów zarzut w skrócie określić - propagawanie tego "fałszowania" (to wymaga intencji) bez zdawania sobie sprawy, albo po prostu nieprzywiązywanie wagi do takich drobiazgów: byle dobrze się czytało i dobrze brzmiało - a czy tak było, czy inaczej - mniejsza.

Przez czas jakiś, do teraz- rozważałem zamówienie tej książki, jako że Lem-ojciec niewątpliwie wywarł duży wpływ na moje poglądy, być może aż osobowość, nawet - kto wie - los. W efekcie - chyba zrezygnuję. Tyle jest rzeczy do czytania, na które potrzebuję stu lat, których, oczywiście, nie mam...
-
2010/06/20 14:53:48
@tichy: za przypisanie Ci niewyrażonego zarzutu bardzo przepraszam. Co do dylematu "kupić nie kupić" (we tle konflikt: "czytać nie czytać") bardzo dobrze rozumiem. Tysiące ludzi pisze na świecie a ja jestem sam samiutki.

@miskidomleka: w istocie, polskie dochodzą tylko z Polski, ale za to dużo drożej. Zerknąłem na giganta. Śniecikowska "Nuż W Uhu"? - książka poniżej 18 zł, dosyłka zwykłą pocztą powyżej 80. Wysiadam.

Poczta ze Stanów do Brazylii bardzo podrożała.

Ogólnie, przepraszam za nocną bezmyślność. Domy, owszem, były kultury, ale pałace były młodzieży.
-
2010/06/20 18:44:51
@andsol

Też to widzę teraz. Chyba po prostu trzeba zamawiać w dużych kupach.

Moje ostatnie zamówienie:
Wartość zamówienia 442,34 zł Aktualny koszt dostawy 128,5 zł Wartość całkowita 570,84 zł
Proporcje jakby sensowniejsze.

@tichy

Tylko na winiecie musi być napisane - "bajki". Inaczej - będę czuć się oszukany.
Podstawowa wiedza w zakresie psychologii mówi, że żadne wspomnienia nie będą precyzyjne ;-).
-
2010/06/20 21:31:26
nie jestes sam samiutki, andsolu , stoje przy Tobie i tez polecam te lekko "przekoloryzowana" i bez odpowiedniej powagi napisana ksiazeczke :)

sam przy czytaniu bawilem sie tak znakomicie ( czego bowiem oczekiwac mozna po studencie Wyzszej Szkoly Pedagogicznej :roll: )

moj cytat dla ulubienca jezykow klasycznych.........

" Ojciec zakladal, ze wyjazd do kraju niemieckojezycznego bedzie sie wiazac z koniecznoscia zapisania syna do szkoly z wykladowym niemieckim.
(...) Kazal mi zameldowac sie w swoim gabinecie z czystym zeszytem i dlugopisem. W krotkich zolnierskich slowach - pisal wlasnie artykul i spotkal sie ze mna z poczucia obowiazku - wyjasnil, ze niemiecka gramatyka ma tylko cztery przypadki, a nie siedem jak polski czy lacina, z czego powinienem sie cieszyc.
- Bo znasz przeciez lacine?... - ojciec zawiesil glos.
Wyprowadzilem go z bledu. Z jezykow obcych w podstawowce uczono tylko rosyjskiego.
Ojciec westchnal, wyjasnil, ze moj dziadek znal miedzy innymi greke i lacine, on sam zas wlada lacina, niemieckim, francuskim, angielskim, ukrainskim i rosyjskim (...)"

tak to bywa....
-
2010/06/20 23:00:48
czy w Polsce ludzie uświadomią sobie kiedyś, że nauczycielami powinny zostawać osoby inteligentne, wykształcone i z bardzo wysokimi standardami etycznymi?

bardzo ale to bardzo wątpię. Sytuacja rozwija sie raczej w tym kierunku, ze nauczycielami zostaja najbardziej tępi i zachowawczy studenci, ktory nie zalapali sie na zadne lepsze fuchy.... wyjatki sie zdarzaja, rzecz jasna, ale na ogol jak juz ucza, to w drogich prywatnych szkolach dostepnych tylko dla odpowiednio zasobnych rodzicow.

Nie wiem, czy Tomasz Lem przesadza. Ja sama pamietam idiotyczna sytuacje z podstawowki. "Pani od matematyki" zachorowala i dano nam na zastepstwo "pania od plastyki". Pani wywolala mnie razu jednego do tablicy, jakies tam slupki rozwiazywalam a na koniec w rachunkach mialam pomnozyc 0 przez osiem, co uczynilam i napisalam koncowy rezultat: 0. A pani do mnie: zle!!! przeciez powinno byc 8! Siadaj, lufa!
Jak w domu ojcu opowiedzialam to nie chcial mi wierzyc, na szczescie mialam cala klase swiadkow :)
-
2010/06/20 23:43:48
Sytuacja rozwija sie raczej w tym kierunku, ze nauczycielami zostaja najbardziej tępi i zachowawczy studenci, ktory nie zalapali sie na zadne lepsze fuchy

Nie wydaje mi się. Znam kilku ludzi w moim wieku, którzy po prostu czują powołanie do bycia nauczycielem i od początku swoich studiów myśleli głównie o tym. Znam np. bardzo dobrą absolwentkę matematyki która została właśnie nauczycielką w liceum. Za to ludzi, którzy wybieraki karierę nauczyciela dlatego, że nic innego im nie zostało, nie znam żadnych... Na swoich nauczycieli w liceum też nie narzekam, kiepscy też się zdarzali, ale nie zaobserwowałem korelacji między wiekiem a jakością ich pracy, (wśród najgorszych, choć także wśród najlepszych, byli prawie wyłącznie nauczyciele z długim stażem) nie zauważyłem więc, żeby to się pogarszało.

na ogol jak juz ucza, to w drogich prywatnych szkolach dostepnych tylko dla odpowiednio zasobnych rodzicow

Co? W prywatnych liceach zwykle bardziej stwarza się pozory, niż naprawdę uczy. Naprzeciwko mojego miejsca zamieszkania jest podobno dobre prywatne liceum, znałem uczniów stamtąd. Poziomu nauczania nie mieli wcale wyższego niż w moim publicznym, raczej odwrotnie, choć mieli lepiej wyposażone sale lekcyjne i laboratoria, więcej wycieczek itd. - ale to oczywiste. Choć to tylko anegdota, nie upierałbym się przy ekstrapolacji tego na wszystkie szkoły.
-
2010/06/21 03:17:11
@michal-f

a ja zaobserwowalam korelacje miedzy wiekiem a jakoscia pracy. Np. matematyczka z liceum, ktora uznawala zadanie za dobrze rozwiazane tylko jesli sie je zrobilo metoda taka, jakiej ona sie nauczyla 30 lat wczesniej i jakiej bezwzglednie wymagala od uczniow.

I nie byla owa matematyczka wyjatkiem tutaj, o nie. Wiekszosc nauczycieli z ogolniaka do ktorego chodzilam (owczesnie jedno z trzech najlepszych liceow w miescie) a bedacych w wieku starszym leciala rutyna na lekcjach. Np. lekcje z polskiego mozna bylo miec z glowy - wystarczylo pozyczyc zeszyty z notatkami od ludzi ze starszych lat. Toczka w toczke kazdy jeden wyklad...

Ale to jeszcze nie bylo najgorsze. w 4 klasie przenioslam sie do liceum stojacego znacznie nizej w rankingu.... fizyczka mnie zabila. Brala jedna osobe do tablicy, kazala jej przepisywac swoje notatki albo ksiazke a reszcie przepisywac z tablicy.
Znow, nie byla wyjatkiem...po prostu olsniewajaca pedagogika nauczania :)))0
-
Gość: Momus, c-67-161-205-212.hsd1.co.comcast.net
2010/06/22 22:17:55
czy w Polsce ludzie uświadomią sobie kiedyś, że nauczycielami powinny zostawać osoby inteligentne, wykształcone i z bardzo wysokimi standardami etycznymi?

To nie jest problem specyficznie Polski. W USA taki sam przecietny gnoj. Tez kiepskie place dla nauczycieli, etc... Ale kraj jest wiekszy, ma wiecej dobrych szkol i dobrych uniwersytetow. No i bardzo duzo zdolnych ludzi imigruje do USA (Tyle ze idioci w Kongresie coraz bardziej to utrudniaja)

W Polsce na wydziale matematyki (40 lat temu, teraz nie wiem) po drugim roku dzielono studentow na cztery grupy: teoretyczna, numeryczna, mechaniczna i ogolna. Najtrudniej bylo dostac sie do teoretycznej, potem do numerycznej i mechanicznej. Kto nie przeszedl selekcji, konczyl w grupie ogolnej. W ogolnej dawano magisterke ok rok wczesniej i "oczywiscie" byla przeznaczona dla przyszlych nauczycieli... Niewatpliwie byli tez zdolni studenci co chcieli byc nauczycielami, ale to wyjatki.

Chyba najbardziej realna polityka, to inwestowac w dobre, elitarne szkoly i uniwersytety. Jakos to podciagnie przecietny poziom.
-
2010/06/22 23:43:44
@Momus: czytam "Gilberto Freyre, uma biografia intelectual", autor to Vamireh Chacon, uczeń bohatera książki. Rozdział "Cosmopolita em Columbia" jest w istocie analizą systemu uniwersyteckiego Stanów, jak wyrastał z zera, od 1852 gdy Henry Tappan, rektor uniwersytetu w Michigan przegrał ze swym wezwaniem o rewolucję uniwersytecką, poprzez Johna Hopkinsa i innych, którzy stąpając uważnie, by nie obudzić sił kontrreformacji, zdołali rozbudzić w Stanach klimat życzliwszy umysłowi. Z tekstu widać, że to wcale nie była prosta ścieżka od ojców założycieli, masonów z Franklinem na czele, że trzeba było wiele wysiłków ludzi takich jak John Dewey, Francis Parker...