|
Blog > Komentarze do wpisu
Czy będzie cud?
Gdy spotkali się na Targu Książek na południu Brazylii, Letícia Wierzchowski
stawała się sławna na cały kraj, jej książka Dom siedmiu kobiet (A casa das
sete mulheres) została świetnie przyjętym mini-serialem tv. Ale i
przedtem było jasne, że zabłyśnie, wydana przy okazji ślubu wieńczącego
internetowy romans książka Eu@teamo.com.br (coś jakby
ja@ciękocham.com.br) była błyskawicznym sukcesem. A teraz szukała materiałów
powiązanych z jej polskimi korzeniami i spytała pana Tomasza czy może pomóc
z informacjami o dywizji gen. Maczka. Mógł, to była i jego rodzinna
historia, jego wujek, Leon Hertz, zginął w desancie na francuskie wybrzeże.
Później pan Tomasz został redaktorem technicznym wyniku owych dociekań pani
Wierzchowski. Książka z tytułem Uma ponte para Terebin ukazała się w 2006 r.
Na moją uwagę o wielkiej ilości wartościowych książek o WWII, które dopiero
teraz pojawiają się w druku, pan Tomasz odparł: „proszę pana, każdy,
kto przeżył okupację ma materiał na książkę”. Nieoczekiwanie, jego
własny przypadek pokazuje,
że materiał na niebanalne opowiadanie miewały nawet dzieci.
Otóż coś obudziło 6-letniego Tomka i wszedł nocą do jadalni, a tam ojciec
siedział z dziwnym aparatem na głowie i w coś stukał. I zapytany co to było
wyjaśnił, że wypadały mu włosy i to był taki aparat do leczenia go. Więc
Tomek poszedł spać, ale parę tygodni później bardzo się wystraszył gdy
zobaczył inną nocą swoją mamę z tym samym aparatem na głowie. To co, ona też
mogła wyłysieć?
Dużo bardziej wystraszyli się jego rodzice. Samo posiadanie w mieszkaniu
nadajnika radiowego mogło przynieść wyrok śmierci wszystkim mieszkańcom
kamienicy. Gdyby Niemcy odkryli, że był tam nadajnik radiowy, mogliby
wymordować połowę ulicy. Natychmiast poszli do komendanta organizacji, by go
poinformować, że z powodu odkrycia ich działań przez syna musieli przerwać
jak najszybciej transmisje. Ale okazało się, że wysyłanie meldunków musiało być
utrzymane, ustawienie w innym miejscu aparatury było bardzo trudne, a
natychmiastowe znalezienie ludzi znających się na radiokomunikacji i
szybkich w alfabecie Morse'a było zupełną niemożliwością.
I komendant podjął
decyzję o przyjęciu Tomka do organizacji. Sześcioletni chłopak, pokój ze
sztandarem, przysięga, uściski... W tych warunkach bardzo szybko dojrzewa
się, tym bardziej, że już wcześnie rozumiał co to była „łapanka”,
co miał robić gdyby był na ulicy zatrzymała się na rogu ciężarówka –
różnoraka wiedza, której w tym wieku dzieci zazwyczaj nie zdobywają.
Działania? Był łącznikiem. Nawet za miasto dowoził meldunki. Ceniono jego
wysiłek. Wzrusza informacja, że w zrzutach z Londynu obok broni była też
czekolada dla Tomka.
Miał 9 lat gdy skończyła się wojna. I wkrótce szukano w kraju AK-owców. Nie,
wcale nie dla wręczania orderów. Więc rodzice Tomka podjęli decyzję o
wyjeździe. Zdołali. Wybór Brazylii był naturalny, tu żył stryj Tomka.
W domu mówiono po polsku. I ojciec Tomka, Karol, z pewnością miał literackie
zdolności, skoro pisywał szopki i drobne utwory. Ale największym sukcesem
było zapewnienie w zupełnie nowym świecie normalnego życia rodzinie i
wykształcenie dzieci. Nie, nie było to łatwe.
Tomek po studiach, uzupełnionych w Stanach, został w znanej firmie jednym
z cenionych dyrektorów i wszystko mogłoby toczyć się łagodnie i spokojnie do
miłego okresu emerytury z czasem i warunkami na grę w golfa, gdyby...
Rodzinna tragedia zmusiła go do podjęcia decyzji o przyspieszonej
emeryturze. Finansowo był zabezpieczony, ale...
Żadne zabiegi i wysiłki nie uratowały życia jego żony. Gdy został sam, nie
miał planu na życie. Miał 63 lata i po trzech miesiącach grania na plaży w
siatkówkę miał tego dosyć.
Wtedy właśnie wydawnictwo Record zwróciło się do pana Tomasza Barcińskiego z
prośbą, by przełożył dla nich książkę Anny Boleckiej Kochany Franz. Mówi:
„to mi uratowało życie”. Ale można powiedzieć, że zaczęło nowe
życie, tak intensywnie wypełnione pracą, że aż zapiera dech. Proszę zerknąć:
Kochany Franz pojawia się w roku 2002. W tym samym roku wychodzi tłumaczenie
Hebanu Kapuścińskiego a po roku – Pianisty
Szpilmana. I do dziś goni w tym rytmie. I ta zdumiewająca rozległość:
cała Trylogia Sienkiewicza, Ferdydurke, Pornografia i Kosmos Gombrowicza,
Cesarz, Wojna Futbolowa i Podróże z Herodotem Kapuścińskiego,
Faraon Prusa, Pamiętniki Rutki Laskier, Złoty Pociąg i Czerwony Byk
Mirosława Bujki – a w wydawnictwach (zawsze tej najlepszej
brazylijskiej klasy) leżą już przyjęte do wydania na ten i na przyszły rok
Kariera Nikodema Dyzmy Dołęgi-Mostowicza, Weiser Dawidek Pawła Huelle,
Ostatnie Życzenie Andrzeja Sapkowskiego i Szachiszach Kapuścińskiego.
A każde tłumaczenie oklaskiwane za jakość.
Tylko przeboju Masłowskiej nie podjął się tłumaczyć. Jak to opowiada w swoim
świadectwie wydanym w drugim tomie Podróży z Ryszardem
Kapuścińskim przez Znak, nie znał jej słownictwa. Zasugerował
Henrykowi Siewierskiemu, profesorowi zwyczajnemu na Universidade de
Brasília, specjaliście od Norwida, by on to przetłumaczył. Ale profesor
Siewierski nie znał tych wyrażeń po portugalsku. I tłumaczenia dokonał
świetnie znający oba języki Marcelo Paiva de Souza – i te trzy osoby są właśnie najaktywniejszymi brazylijskimi tłumaczami
polskiej literatury.
Gdy poznałem listę jego dotychczasowych osiągnięć, natychmiast pomyślałem o
Zofii Chądzyńskiej. Ale to trochę niesprawiedliwie mieć tego rzędu
oczekiwania. Jego rola ambasadora kultury polskiej jest uznana i szanowana,
ale to nie ten sam świat. Polska z czasów, gdy pani Chądzyńska tłumaczyła,
jak kania dżdżu pożądała zupełnie innej literatury, poznania innego świata
– i dżdż pięknej jakości przyniosła ona łaknącym. A w kraju owym,
nazywanym dziś lekceważąco peerelem wydania stutysięczne znikały w trzy dni i nic nie
dawało jechanie do Legnicy i pod Świdnicę, bo wszędzie byli czytelnicy
świetnie wiedzący na co należy polować.
Natomiast w Brazylii jest piłka nożna, tv, muzyka i gdy w tym 190-milionowym kraju
książka rozchodzi się w nakładzie 3 tys. egzemplarzy, mówi się o
bestsellerze. I zapewne jest to podręcznik do nowego Worda.
Ale jeśli cud nastąpi, wiesz już jak nazywa się cudotwórca. Nawiasem, gdy kombatanci defilujący w Rio de Janeiro sprawdzili w zapisach w Londynie, że ich przyjaciel też jest najprawdziwszym na świecie kombatantem, natychmiast pojawili się z prośbą: „pomóż nam z tym sztandarem. Jesteś od nas młodszy o 10 czy 15 lat a on jest trochę ciężki”. I teraz 74-letni młodzik idzie z nimi na defiladach. To ten ze sztandarem. niedziela, 06 czerwca 2010, andsol-br
TrackBack
Komentarze
2010/06/06 14:37:06
No tak, wygląda to przecież na oszczerstwo. Jakiś wyciek z chorego mózgu. I było nim.
Gość: Throgh, afbh120.neoplus.adsl.tpnet.pl
2010/06/06 22:05:32
hmm... tylu ciekawych ludzi żyje wokół nas. Czasami jakiś strzęp opowieści wyrwie się któremuś, ale ciężko jest zebrać to w całość. A czasu coraz mniej.
A, tak mnie rozczuliło w niedzielny wieczór... |
|
Z.Chadzynska, B.Zielinski, M.Slomczynski, L,Jeczmyk, tych pamietam, innych
zapomnialem (mozg mnie zawodzi :rooll: )
p.s. ostatnio moj holenderski przyjaciel mieszkajacy jak ja wiecznosc cala w berlinie
zapytal: Ryszard czy to prawda, ze w czasie II wojny swiatowej w przylaczonych do Rzeszy polskich miastach, niemcy masowo "lapali" ludzi na ulicach w celu wywiezienia ich do pracy, do Rzeszy?
Tak-powiedzialem
Verdammte Scheisse!!!