Słowa w ordynku. Słowa w ataku i w obronie. Pomieszane. Refrakcja słów w stali i w wodzie. Odbicia słowne i zwidy. Ład i gładkość. Spazmy i erupcje. Kojący wpływ soku z passion fruit. Od rzeczy i do rzeczy. Krótko mówiąc. Ostatnie słowo. Na początku był skowyt.
Blog > Komentarze do wpisu
Potężny kęs filozofii

podaje się uczniom na lekcjach matematyki gdy mówi się rzeczowym tonem, że ktoś kiedyś odkrył jakieś twierdzenie. A siedzi to tak głęboko w skorupie językowej, że większość nauczycieli nie zrozumiałaby nawet pytania czemu pod przykrywką nauki przemycają światopoglądowe przekonania.

niedziela, 09 maja 2010, andsol-br
TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2010/05/09 09:05:24
Andsolu -- skoro o skorupach mowa, zrzuć z siebie tę skorupę zarozumiałości. Myślę, że większość nauczycieli wie co mówi. Ja też tak mowię -- i mówię świadomie -- a i chętnie też bronię tej "filozofii" (chyba raczej opinii).
-
Gość: , abhk231.neoplus.adsl.tpnet.pl
2010/05/09 09:12:36
Vide Davis/Hersh "The Mathematical Experience"? www.math.unm.edu/~rhersh/Intro_to_Unconventional.doc

Podoba mi się rozumowanie Hersha na to, że wcale nie musimy mieć matematyki wspólnej z kosmitami, jak to lubią zauważać zwolennicy kontaktu z nimi. To by było dobrze, bo Hawking ostatnio straszył, było w wiadomościach, że kosmitów trzeba się bać, a nie przyjmować jak Indianie Europejczyków.

Argument polega na pokazaniu, że kosmici jako istoty bardziej, jeśli nie rozwinięte, to praktyczne, mogli w ogóle nie wpaść na pomysł niezależnego istnienia sobie gdzieś tam figur platońskich, nigdzie naokoło fizycznie nie zrealizowany -- no i już sobie o liczbie pi z nimi nie pogadamy, bo nie mają idealnego okręgu.

Ciekawy ten pomysł, ale szczerze to jeszcze nie wiem do końca co o nim myślę.
-
Gość: , abhk231.neoplus.adsl.tpnet.pl
2010/05/09 09:20:08
A, i jeszcze Hadamard zatytułował swoją wspaniałą książkę "Psychology of Invention in the Mathematical Field", choć treść raczej odpowiada wersji teistycznej, z zsyłaniem dowodów w snach.
-
2010/05/09 20:21:27
Może to przemyt niezamierzony? Całkiem sporo osób używa zamiennie słów "ilość" i "liczba" (na przykład "ilość godzin") i spośród nich pewnie wielu byłoby bardzo zdziwionych stwierdzeniem, że to błąd.
-
2010/05/09 21:51:57
@Gość z neoplus: zdziwiłem się czemu podajesz linkę do Introduction to "18 Unconventional Essays on the Nature of Mathematics" w niepowszechnym formacie doc ale szybko odkryłem, że w google books książka ta jest właśnie bez Wstępu! Tak, już w jego artykule Some proposals for reviving the philosophy of mathematics (chyba z 1978) wyraźnie wysławiał swoje zamiary, niepokoje i zdziwienie jak bardzo filozofia matematyki odstawała od innych nauk, do których antropologia dobrała się dużo wcześniej. Nawiasem, ten artykuł, ale z cięciami, jest w google books u Thomasa Tymoczko w New directions in the philosophy of mathematics.

W ostatnich latach jest mnóstwo publikacji na te tematy czym to wszystko w istocie jest - przedtem przez dziesięciolecia wisiał nad tematem smutny cień prób Russella i Whiteheada i rzadkie artykuły w stylu Benacerrafa...

@roman_j: z pewnością. Dokładnie tak samo jak w ZSRR można było mieć różne idee, ale komu by tam wpadł do głowy pomysł życia bez komunizmu... Sztampa przychodzi i staje się oczywistością.

@je-ko: uwaga nie jest filipiką przeciw jakiejś filozofii (skoro tej partii nikt nie wygrał od 2500 lat to chyba obie strony mają niezłe karty), ale sprzeciwem na widok bezrefleksyjnego opowiadania się po jednej ze stron. Wykładowca uniwersytecki i to raczej niecałkiem typowy ma swoje poglądy? No i całe szczęście. I być może to nawet przeważa na wyższych uczelniach. Ale ja pisałem o większość nauczycieli a nie o świecie naukowców. Myślę, że nie ma konieczności odczytywania mojej uwagi w stylu "ten z procenta przeciw pozostałym 99%" a raczej jako refleksję w duchu Whorfa, o języku, który nami myśli. Większość z nawyku mówi o odkryciach, ale to mówienie ma swoje konsekwencje, bo takie zdania udają opisowe, a są normatywne.

Przypomniało mi się coś. O świecie akademii. Sporo czasu minęło, ale to nie było średniowiecze. W skali zmian mentalności całkiem niedawno. Rozmawiałem z Jurkiem Gilewskim w czasie przerwy, a że nasz wykładowca (wielkie i znane Ci nazwisko) był bliziutko, wciągnęliśmy go sympatycznie do naszej rozmowy: "a pojęcie prawdopodobieństwa przed Kołmogorowem i von Misesem gdzie było, o ile było?" Ale choć człowiek miał tęgą głowę, nie był typu filozofującego i prawie że odebrał pytanie jako kpiny. I zrobił nam w czasie pauzy uzupełniający wykład techniczny. Wyraźnie nie rozumiał problemu. To nie było pytanie z jego świata.. Wierzę, że dziś zrozumienie takich studenckich dociekań spotkałoby się z większą życzliwością, ale na poziomie szkół średnich odradzałbym uczniom tak dręczyć swoich nauczycieli.
-
2010/05/09 23:13:33
Je-Ko:

naprawde myslisz, ze wiekszosc nauczycieli wie co mowi?
To ja proponuje zapytac ich w sposob bardzo prosty: czy ludzie matematyke ODKRYWAJA czy to jest ludzki WYNALAZEK. UZASADNIC. :)

Oczywiscie, udowodnic ani jednego ani drugiego sie nie da - moglibysmy to zrobic, gdybysmy zetkneli sie z cywilizacja obcych i zbadali, jakiej oni uzywaja matematyki.

Bardzo prosze zadaj to pytanie tulu nauczycielom, ilu zdolasz a nastepnie przytocz tutaj ich odpowiedzi.
-
2010/05/10 06:02:47
NINA.MAZUR: "moglibysmy to zrobic, gdybysmy zetkneli sie z cywilizacja obcych i zbadali, jakiej oni uzywaja matematyki. "

UZASADNIĆ!

(na przykładzie wystarczy)
-
Gość: , abgj112.neoplus.adsl.tpnet.pl
2010/05/10 09:22:49
@5-grid/tichy:

Niezależnie od tego czy zetkniemy się jako kolonizatorzy, czy podbijani, matematyka jaką im przekażemy, albo oni nam, będzie dla nas/nich objawieniem, co z naszego/ich punktu widzenia będzie jak jej niezależne istnienie. Chyba, ze będą chcieli się zaprzyjaźnić i po ludzku wytłumaczyć.

Zupełnie tak jak z nauczycielem/dzieckiem w szkole. Ktoś kiedyś zresztą zauważył, że dzieci są w swojej istocie ultimate aliens: nasza kultura jest im obca, nie mówimy na początku w tym samym języku, i tak samo na końcu, bo tworzą cywilizację, której już nie rozumiemy. I to jest racja, pomijając już zmiany genetyczne, które przecież też są - rasa wciąż ewoluuje. (To jest jakiś argument przeciwko przedłużaniu życia ponad miarę, bo przy średniej długości życia kilkuset lat mielibyśmy kilka ras więcej niż teraz, a i tak głównie żydzi aszkanezyjscy rozumieją i objawiają nową matematykę reszcie.)

-
2010/05/10 13:53:51
Hmm... Tam, gdzie jest tylu nauczycieli, przyda się chyba jakiś szczeniak, którego można nauczać. ;) Bo ja na mój prosty, szczenięcy rozum tak sobie sprawę wyobrażam: istnieje gdzieś na świecie, powiedzmy, w brazylijskiej dżungli, nieznane indiańskie plemię, albo nieoglądana jeszcze przez naukowców roślina, albo złoże jakiegoś minerału. Istnieje toto całkiem niezależnie od tego, czy coś o tym wiemy, czy nie wiemy. Jest tylko zakryte przed naszymi oczami i świadomością, do tego momentu, w którym uda nam się to zakryte odkryć. I chyba nikt nie ma większych wątpliwości, że to nie nasze odkrycie powołało Indianina czy złoże do istnienia.
Ale jak udowodnić (albo chociaż zredukować szczeniacze wątpliwości) że jakieś twierdzenie istniało, zanim zostało przez kogoś sformułowane? Owszem, mogę sobie przy odrobinie dobrej woli wyobrazić istnienie pewnego niezależnego od świadomości porządku rzeczy, w tym również matematyki. Ale na takie niezależne istnienie twierdzeń - rzeczy w końcu dość semantycznych, a więc z rozumieniem związanych - mojej prostej wyobraźni na razie nie starcza.
W tym momencie mogą oczywiście powstać dwa obozy, z których jeden będzie twierdził, że twierdzenia mają byt samoistny, a drugi, że guzik prawda, bo nie mają. Ale mnie się zawsze wydawało, że skoro istnieją różnie myślące obozy, mające równie dobre argumenty, to znaczy, że sprawa nie jest rozstrzygnięta i nikt nie może powiedzieć z niezachwianą pewnością "jest tak a tak". A dopóki nie można tak powiedzieć, to istotnie zdania na ten temat mogą być tylko normatywne, a nie opisowe.
Ufff - trochę niezdarnie, jak to szczeniakowi, ale w końcu udało mi się sformułować (czy odkryć?) to, co myślę. A teraz rzućcie się na mnie i nauczajcie. :-)
-
Gość: banderzwierz, 80.50.161.23*
2010/05/10 14:06:30
Nicht verstehen. Twierdzenia się przecież nie odkrywa ani nie wynajduje. Je się udowadnia, ot co. W sensie: odkrywa się pewną regułę, która po znalezieniu dowodu prawdziwości otrzymuje miano twierdzenia. To, myślę, nie jest sporne ani nie wymaga angażowania filozofii.
Filozofia jest gdzie indziej:
Zasadniczo same podstawy matematyki, pojęcia podstawowe, aksjomaty, budujemy, wynajdujemy. A potem badamy jakie własności ma to, cośmy wymyślili.
-
2010/05/10 15:27:19
banderzwierz, rzeczesz: "odkrywa się pewną regułę" - to nie jest filozofia?
-
2010/05/10 16:03:20
Ja bym się nieśmiało upierał przy poglądzie, że twierdzenie najpierw, na podstawie zaobserwowania pewnych powtarzalności czy prawidłowości, się formułuje, a potem - żeby bliźni, z którymi dzielimy świat pojęć, byli skłonni uznać nasze twierdzenie za prawdziwe ;) - się je udowadnia. Bo udowodnienie prawdziwości jakiegoś twierdzenia jest w gruncie rzeczy pytaniem o możliwość jego falsyfikacji. A trudno, jak mi się wydaje, sfalsyfikować coś, co jeszcze nie zostało sformułowane. ;)
-
2010/05/10 16:05:10
Nie wydaje mi się, andsolu.
Wymyślam zestaw klocków, zasady ich łączenia. Ale jak się nimi bawię, to zauważam ciekawą prawidłowość we wszystkich budowlach powstających z klocków A i B, np. zawsze potrzeba dokładnie dwa razy więcej klocków B. Tej prawidłowości nie wymyśliłem na początku, jako cechy projektowej zestawu. Nie znałem jej, nie planowałem. Więc to jest odkrycie. Że odkrywam konsekwencje przez siebie samego poczynionych założeń? Owszem. Ale nie wynajduję czegoś, czego te klocki lub te budowle przed moim spostrzeżeniem nie miały. Zatem - odkrywam.
-
2010/05/10 16:12:10
Niezręcznie mi się wdawać w spór terminologiczny z Bobikiem, bo to jak, nie przymierzając, z Amazonkami. Myślę, że zgodzimy się, że nazwą twierdzenie opatruje się w matematyce także nieudowodnione hipotezy. Co tworzy pewien nieład.
-
2010/05/10 16:25:32
Ale przecież ja się domagam, żeby mnie nauczać. :-))) Co można robić również poprzez spór i uzgadnianie pojęć.
I w ramach tego procesu nadal się po szczeniacku zapieram, że odkryć można prawidłowość, sformułować na ten temat twierdzenie lub hipotezę, a następnie można to twierdzenie/hipotezę udowodnić, albo też, jak się nie ma ochoty, nie udowadniać. :-)
Oczywiście spór robi się w tym momencie bardziej filologiczny, niż filozoficzny, ale jak przypomnimy sobie uwagę, że język nami myśli, to się nagle okazuje, że filologia tak całkiem sroce spod ogona nie wypadła. ;)
-
2010/05/10 18:08:47
Ale tembardziej, Bobiku, spierać się z Tobą byłoby nierozsądnym :)
odkryć można prawidłowość, sformułować na ten temat twierdzenie lub hipotezę, a następnie można to twierdzenie/hipotezę udowodnić, albo też, jak się nie ma ochoty, nie udowadniać. :-)
Jak najbardziej. Po prostu zrozumiałem andsolowe "twierdzenie" jako stwierdzenie prawidłowości już udowodnione. W nauczaniu najczęściej nie mówi się o h
-
2010/05/10 18:22:15
Przepraszam, coś urwało.
W nauczaniu najczęściej nie mówi się o hipotezach. A mętlik filologiczny mamy tak czy owak. Wielkie twierdzenie Fermata było tak samo dobrze sformułowane jak hipoteza Goldbacha, a nazwy różne.
-
2010/05/10 18:35:26
(Wpadnę, żeby zabruździć a za parę godzin wrócę, żeby zobaczyć czy coś się stało i co się narobiło).

Więc jak to było z esperanto, ono już było w Średniowieczu i ten pan z Białegostoku je po prostu odkrył?
-
2010/05/10 19:02:36
@and-sol: ale odkrył je w czym i jak? W uniwersum wszystkich możliwych języków? Powiedziałbym o odkryciu, gdyby rzecz dotyczyła odnalezienia zaginionego uniwersalnego pierwotnego języka Adamowego, oddającego prawdziwą istotę każdej rzeczy. Ale Zamenhof skonstruował esperanto, wymyślił je bazując na znanych sobie językach. Inaczej niż w przypadku prawidłowości, jakie odnajdujemy, odkrywamy w matematyce, wynikających w nieunikniony sposób z własności obiektów, jakie badamy.
-
2010/05/10 19:30:10
Myślę, że stałem się matematykiem nie przy dostawaniu stopni czy papiórków ale w momencie gdy głowiłem się jak zrobić porządek w kupie wektorów i pełen dumy oraz obawy czy to aby naprawdę wolno wymyśliłem sobie pojęcie narastającej bazy (accreting basis). Nie miała ona takiego powodzenia jak esperanto, chyba byłem jedynym na świecie człowiekiem, który jej używał (choć sądzę, że pewien nieznany mi reviewer musiał sprawdzić, że to zwierzę naprawdę istnieje, bo ja je skonstruowałem), ale jeśli poza brakiem społecznej aklamacji widzisz tu solidną różnicę między sytuacjami, to mi ją opowiedz :)
-
2010/05/10 21:38:43
Nie, nie widzę różnicy andsolu w pojawieniu się jednego i drugiego :)
Esperanto zostało zbudowane, podobnie jak narastająca baza (zakładam, że dobrze Cię zrozumiałem). To jest całkowicie zgodne z moją opinią o matematyce (nie jestem platonikiem):
"Zasadniczo same podstawy matematyki, pojęcia podstawowe, aksjomaty, budujemy, wynajdujemy. A potem badamy jakie własności ma to, cośmy wymyślili".
Zrobiłeś nowy rodzaj klocków - to konstruowanie. Ale zrobieniu jakichś klocków na ogół bawimy się nimi i odkrywamy pewne ciekawe własności budowli, prawidłowości, które ujmujemy w formę twierdzeń. To są odkrycia:
"Tej prawidłowości nie wymyśliłem na początku, jako cechy projektowej zestawu. Nie znałem jej, nie planowałem. Więc to jest odkrycie. Że odkrywam konsekwencje przez siebie samego poczynionych założeń? Owszem. Ale nie wynajduję czegoś, czego te klocki lub te budowle przed moim spostrzeżeniem nie miały. Zatem - odkrywam".
Tego raczej nie ma w esperancie, a jest w matematyce. Uważam, że matematyka składa się i z jednego, i z drugiego.
-
2010/05/10 22:01:33
Może prościej: twierdzenie Fermata czy hipoteza Goldbacha to odkrycia, a macierz lub funkcjonał to wynalazki, konstrukty. Odkrywać można dopiero w tym, co zbudowane, ale matematyka to nie tylko budowanie.
-
2010/05/11 03:16:08
Tak myślałem. Nie da się rozstrzygnąć pytania o to, czy koncepta matematyczne są odkrywalne (odkrywane) czy konstruowane, bez ustalenia jakiejś cechy wyróżniajacej jedną kategorię jedną od drugiej. Już nawet nie mam nadziei na charakteryzującą,

Tak więc, nawek gdyby doszło do spotkania z kosmitami, i czasu i chęci by starczyło na pytania, to jak można pytać, gdy nie wiadomo o co pytać.

Wdrażanie, czy wykładanie matematyki, miesza się z nią samą.

Esperanto - to jak "matematyka wyższa" lub "matematyka dla gimnazjum" czy "Matematyka dla rolników" (lub "dla inzynierów"). Żadna z nich nie jest matematyką. Choć, częściowo jest...

Macierze zostały wynalezione? Nie, to ich forma, tak miło prostokatna zaledwie. Macierz wcale nie musi być taka. Choćby, w wielu językach programowania (z braku laku, komputer możemy traktować przez chwilę jako kosmitę), jest to ciąg znaczków.

Wszystko jest ciągiem znaczków (w porywach, poza ciągi trzeba wychodzić... choć tez nie wiadomo czy wolno).

Znowuż z braku laku, tj., kosmitów, weźmy Północnych Koreańczyków. Jak wiadomo, lubują się oni w... MACIERZACH, bo czym innym są te słynne żywe obrazy?

Polecam filmik, który został wklejony u mnie
okruhy.salon24.pl/156181,memento#comment_2208728

Obrazuje on (poza oczywistymi i komercjalnymi) różne stadia (stany fizyczne, avatary, reprezentacje) jednej MACIERZY.

Więc, najpierw macierz jako macierz. Potem zamienia się w linię. Potem rozpierzcha się, jej elementy idą spać. Potem - składa się w całość. No, nie całą całość...

Ani przez chwilę nie przestaje być TĄ macierzą... (czy też tablicą - array - coś pokrewnego andsolowej "akretującej bazie").

To, że owa macierz jest konstruowana na różne sposoby świadczy o odkrywaniu.

Inaczej, co najwyżej można wynajdywać avatary i reprezentacje rzeczy samej.

Howgh!
-
2010/05/11 05:13:07
@tichy:mhm. O ile znając odpowiedź na pytanie, które prześladuje mnie od lat: jaka by była matematyka węży, gdyby im się przydarzył nadmierny rozwój mózgu można by było liczyć na jakieś tłumaczenia - choć zmysły nas dzielą, białko łączy i dość podobnie administrujemy doznaniami, to z kosmitami wcale nie jest jasna możliwość zrozumienia się.

W reszcie uwagi otwierasz jeszcze jeden front, o reprezentacjach; trzeba będzie strzyknąć tu kiedyś wpis o tym nieoczekiwanym modelu geometrii Euklidesowej, żeby poplątać szyki :)

@banderzwierz: w gruncie rzeczy nie jesteśmy tak oddaleni, bo obaj zgadzamy się, że nie-platoniczne podejście jest nieco sympatyczniejsze, ale że dowieść jakiejś wyższości czy lepszości nie ma jak; zbyt długo najlepsze umysły zakręcały się wokół tego bez wyraźnych zwycięstw, by można było liczyć na krótkie i łatwe intronizowanie jednego z poglądów.

Niemniej jednak... Niektóre z Twoich sformułowań mają stanowczość, do której nie dotarłem. Nie potrafię odróżnić narzędzia od obiektu studiów - przytoczony przez tichego przykład macierzy jest niezły tu. Stwierdzenia o nich coś mówią o przekształceniach, co z kolei ma powiązania z "materialnym" światem? Zgoda, ale znienacka bywają one i informacjami o iloczynach wewnętrznych czyli o pojęciu kątów i odległości, o strategiach gier dwuosobowych albo (w spirali Ulama) o rozkładzie liczb pierwszych. Więc studium macierzowe ma sens, popychadło robocze zostało nobilitowane...

Ponadto, wnosimy do tych rozmów nastawienia nieco XIX-wieczne, gdy matematyka zyskiwała samoświadomość. A potem przyszły ponure dylematy dorastania i dziś wiele z nich jest wpisanych w program Smale'a i w milionowe nagrody. Więc żeby się choć prześlizgnąć koło kłopocików:

dla logiki wszystko jest jasne. Mam założenia, ich zbiór nazywam Teofilą (jak nazwę T to sporo osób przestanie czytać) i teoria Teofili to wszystkie zdania prawdziwe wynikające z Teofili. No i pojawiają sie wątpliwości czy coś jest tam czy nie (decydowalność i niezależność), czy to w ogóle da się za życia Kosmosu rozwiązać (complexity) a nawet czy cokolwiek tam jest (niesprzeczność).

A dowód i użytek - niestety - to jeszcze inszejsza sprawa. Powiedzmy, że w produkcji części wymiennych dla Barbie odkrywamy użyteczność hipotezy Goldbacha. No to radośnie rzucamy się do używania jej, zupełnie olewając (niby inżynierowie z Toyoty) problem czy nie będzie problemów. Działa, no to kupą, mości panowie. I prawdę mówiąc, przez większą część historii tak było. Wydawało mi się, że gra, to używałem.

Ale na wszelki wypadek przypomnę: króciutki wpis nie był opowiedzeniem się za postawą czy przeciw innej, ale apelem, żeby nie gadać bez myślenia, bo to jest "niechcącym" zajęciem pozycji. Ale jeśli ktoś zajmuje je świadomie, nie ma problemu. I zostanie naszą domową tajemnicą co ja się nacierpię jak je-ko, zdecydowany i uzbrojony w teorię ateista, wpycha mi w swoich matematycznych uwagach różne mistycyzmy. Całe szczęście, że w oglądzie, nie w dowodach.
-
2010/05/11 05:32:42
andsol: "odpowiedź na pytanie, które prześladuje mnie od lat"

To Ty powinieneś prześladowac pytanie...

Zgaduję, że przez "nadmierny rozwj mózgu" rozumiesz inteligencję (chyba, że co innego, ale wina tego co poetą jest). Też przemycasz... bo niby co mózg ma do inteligencji? Albo białko, które niby łączy?

Skąd wiesz, że co innego nie łaczy bardziej?

Zapytasz - "co?". Nieważne, ważne - że co innego.

Mrówki - jako kolonia - czy są inteligentne? Zdefiniuj inteligencję, ale tak, byś nie definiował inteligencji człowieka.

Mrówki... ich matematyka (a żadnego mózgu, jedynie miliony nawet nie móżdżków) - mogłaby zaniedbywac liczby naturalne, ale za to mogłyby się nieźle znać na bazach narastających. Powód: co dla nich nieważne, a co ważne.

Swoją drogą, podeslij coś na ten temat (nie mrówek, ale baz narastających), bo od czasu, gdy mnie zaczęły dręczyć algebry Clifforda, chciałbym te morfizmy i kategorie zassstąpić czymś prostszym, naturalnym (dokładniej - namacalnym). Marzy mi się odwrócenie - żebym to ja te A.C. zaczął męczyć, a nie one mnie.
-
2010/05/11 06:38:19
@andsol:
Być może wrażenie stanowczości moich poglądów bierze się ze skrótowości. Jednak faktycznie, odmiennie od tichego uważam, że konkretnie macierze same w sobie są konstruktem, a nie jedynie ich forma. Wynalazek jakąś formę mieć musi, akurat prostokątne tablice wynikły z historii. Powiązania ich z materialnym światem to inna sprawa, bywają wszak - na ogół tak jest - wynalazki inspirowane praktycznym problemem i znajdujące praktyczne zastosowania. Czasem też "kiedy masz młotek, to każdy problem wygląda jak gwóźdź", więc powiązania ze światem mogą być niekonieczne. Wcale możliwe, że w matematyce podobnie, to trudno dowieść lub wykluczyć. W każdym razie, kryterium wynalazek-odkrycie nie rozdziela u mnie tego, czy znalazło się jakieś ważne zastosowanie praktyczne narzędzia czy nie, ale raczej: czy myśmy to takie specjalnie zaplanowali?
Nie poruszałem problemu użyteczności praktycznej, ale zgadzam się, że coś może być użyteczne, mimo że niedowiedzione, a nawet fałszywe. Podejście Newtona do różniczkowania było błędne logicznie, kontrmatematyczne, chociaż działało w praktyce.
-
2010/05/11 07:15:47
andsol, mysle wolno, pisze jeszcze wolniej ( :oops: )
co zamierzam cos dopisas to nowy wpis
chyba czas przestac palic trawke i przyspieszyc zycie
-
2010/05/11 07:24:18
@rysberlin: ale tu inaczej to działa niż u Bobika :) ponieważ rozmowy są w dużo, dużo mniejszym gronie, mogą toczyć się bez bałaganu na nawet bardzo stare tematy - np. bardzo mnie ucieszyło, że temat książek Anity Janowskiej nagle się ożywił. I zaręczam Ci, że jak wolno byś nie komentował, zrobię co moja głowa wydoli, żeby Cię uważnie przeczytać. Trawka świetny pomysł, ale tutaj tyle ich jest, że nie wiedziałbym od palenia której zacząć. Wiesz, osiołkowi Brazylię dano.
-
Gość: rysberlin, dslb-088-074-012-064.pools.arcor-ip.net
2010/05/11 19:42:32
dziekuje andsol :)

a wiec mysle ze matematyka jest filozofia, i jako taka bez uczestnikow wymiany "pogladow" nie istnieje
filozofowanie matematykow jest wyznaczone liczbami, wzorami i co wy tam macie, ktore sa jednoznaczne dla kazdego uczestnika wymiany "pogladow" w kontaktach z laikami (jak piszacy te slowa) latwiej poslugiwac sie konwencja gadana, a "odkryl" dobrze do tej konwencji przystoi (byl pierwszy ) i moze znaczyc: " tak to juz jest i koniec zbednych pytan" :D wygoda to Twoja skorupa jezykowa

uff !!!
-
2010/05/11 20:47:58
@rysberlin: no i myślenie o królowej M. (że sobie tak delikatnie zakpię z niej) nie od jej środka, jako o Rzeczy Samej w Sobie, a jako fenomenie społecznym, jest mi bliższe i przypuszczam, że przenosząc to nastawienie i do innych dziedzin chwytanych przez refleksję, bardziej nośne. Mówiąc o tym czym jest formalnie "teoria oparta na..." pokazałem uznanie dla poglądów mających dziedzictwo platońskie, ale owe nastawienie w krótkich abcugach przynosi argument i socjologicznemu oglądowi. Bowiem wniosków, konstruktów formalnych, wydobytych z aksjomatów, jest nieskończenie wiele, najdelikatniej mówiąc. A ludzkość w jakimkolwiek przewidywalnym okresie i nawet przy pełnym zmatematyzowaniu wszystkich swych przedstawicieli będzie w stanie dotrzeć tylko do skończonej ich części. Więc "byt" teorii jest tylko domyślny i mglisty, zaś realnością matematyki jest to, co rolnicy z tego poletka zasieją i uzbierają. I nie ma jak urzeczywistnić przekonania, że jest jakaś matematyka poza światem jej użytkowników.
-
2010/05/11 22:00:59
uff !
uff !!
Uff !!!

ostatnio ( moze tez wczesniej niz ostatnio ) obilo mi sie o uszy ze w jakiejs grupie ludzi
przypadkiem "odkrytej" przez cywilizacje przy liczeniu uzywana jest tylko liczba 1, a cala reszta liczb zastapiona jest slowem: DUZO ( wiecej ). ciekawe pomyslalem :)
-
2010/05/11 22:31:19
Ależ się ta dyskusja rozwinęła. Czytałem kolejne komentarze i miałem podjąć z niektórymi polemikę, ale kiedy doszedłem do końca listy nie wiedziałem już kogo i do czego przekonywać.
Dlatego napiszę w oderwaniu od pozostałych komentarzy, że matematyka jest, moim skromnym zdaniem, jednym ze sposobów opisywania świata. Pewnym językiem, na którego formę na pewno w jakiejś części wpływ miało otoczenie, w jakim się rodził, ale nie ono go stworzyło, więc matematyki się nie odkrywa (co nie oznacza, że ktoś nie może na własne potrzeby odkryć czegoś, co ktoś inny wcześniej wymyślił; ale zakładam, że nie takie odkrycia są przedmiotem tych rozważań). Używając analogii z językiem napiszę jeszcze, że z faktu, iż kota nazwaliśmy kotem, a kolor zielony najpierw zaliczyliśmy do kolorów, a potem wyróżniliśmy ten właśnie taką nazwą, nie wynika ani, że odkryliśmy słowa "kot", "kolor" i "zielony". I tak samo, jak tworzy się niekiedy w języku słowa, którym nie odpowiada nic istniejącego realnie, tak samo, o ile jako laik dobrze się orientuję, w matematyce powstają takie pojęcia, takie twierdzenia i takie zależności, dla których dopiero szuka się zastosowań i czegoś w naturze, co by się pozwoliło nimi opisać. Tak to widzę. :)
-
2010/05/11 22:34:07
Wiesz, obiło mi się to o ucho, ale przemknęło bez rewolucji pojęciowej. Po pierwsze ten człowiek był w owym plemieniu przez parę lat i już miał jakieś publikacje o ich systemach liczbowych, nieco obfitszych w pierwszym wariancie, a potem doszedł do wniosku, że tubylcy go oszukują i wcale nie liczą (więc jego znajomość ich języka - a najprzypuszczalniej języków, bo owe prymitywne ludy znają zazwyczaj po parę języków - nie była być może imponująca), a po drugie były już takie hece z Buszmenami, że niedorozwinięci, bo liczą jeden dwa dwa-jeden dwa-dwa dwa-dwa-jeden itd, co dowodziło wyższości naszej inteligencji, tylko że potem nadarzył się jakiś antropolog znający pojęcie notacji binarnej i okazało się, że Buszmeni liczą tak jak nasze komputery, mając tylko dwie cyfry, 0 i 1. Ale liczą normalniutko.
-
2010/05/11 22:53:59
@roman_j: językiem, owszem, matematyka także jest, ale dziwnym nieco. Co to za język, który przy używaniu wymyśla swą gramatykę, nieswoją gramatykę i inne języki? Więc ta historia z językiem to popularna analogia, ale unikałbym posuwania się za daleko w niej.

Ponadto: to prawda, że tworzy się niekiedy w języku słowa, którym nie odpowiada nic istniejącego realnie - a po stworzeniu już można o tym myśleć i dyskutować (domena poetów i polityków) - językoznawcy mówią tu chyba o wytwarzalności (productivity) języka, ale wewnątrz matematyki "niczemu realnie nie odpowiadać" przełożyłoby się nie na związki zewnętrzne z tzw. światem a z domeną pojęć. I jeśli nowe pojęcie niczego tam nie wyznacza to ma się je za "źle określone" i wyrzuca. Oczywiście dopiero po zauważeniu, że jest niedobrze. Bywa, że rozwija się teorię jakiejś Teofili i dopiero po pewnym czasie odkrywa się, że jest ona pusta, nie ma jednego jedynego sformułowania, które tam trzyma się kupy, więc wszystkie pojęcia tam wyprodukowane idą do kosza.

A jeśli myślisz o "zastosowaniach i o czymś w naturze", dobrze jest nie wymagać, by cała ścieżka formalnego zapisu leżała "w naturze", bo to by było jak wymagać od piłki, że ma się toczyć po trawie, a jak się od trawy oderwie to się z niej zrobiła piłka urojona. Niestety takie przyciężkie wymogi czasami nakładano na konstrukcje myślowe i w efekcie liczby zespolone, wnet po komputerze i po psie najlepszy przyjaciel inżyniera, uważano za jakąś aberrację. A wystarczy do szczęścia, że od czasu do czasu bywają punkty kontaktu z naturą...
-
2010/05/12 09:51:23
@andsol
Po pierwsze ten człowiek był w owym plemieniu przez parę lat i już miał jakieś publikacje o ich systemach liczbowych, nieco obfitszych w pierwszym wariancie
Nigdy nie słyszałem o obfitszym pierwszym wariancie u Piraha, ani o tym, że potem doszedł do wniosku, że tubylcy go oszukują[?!?] i wcale nie liczą. Everett na początku uważał, że ho'i oznacza 1, a hoi' to 2, a potem przekonał się, że to w ogóle nie są liczebniki, a jedynie are easy to confuse with numerals because they can be translated as numerals in some of their uses: ho'i `small size or amount', hoi' `somewhat larger size or amount', and ba' a gi so lit. `cause to come together' (loosely `many')
D.Everett, Cultural Constraints on Grammar and Cognition in Pirah. 2005

były już takie hece z Buszmenami, że niedorozwinięci, bo liczą jeden dwa dwa-jeden dwa-dwa dwa-dwa-jeden itd, co dowodziło wyższości naszej inteligencji, tylko że potem nadarzył się jakiś antropolog znający pojęcie notacji binarnej i okazało się, że Buszmeni liczą tak jak nasze komputery, mając tylko dwie cyfry, 0 i 1. Ale liczą normalniutko
To jest jakieś pomieszanie z poplątaniem. Używanie tylko dwu cyfr: 0 i 1 to dalece nie to samo co używanie tylko dwu liczebników, dwóch liczb: 1 i 2! A komputery nie wyrażają liczby 10 jako 2+2+2+2+2, tylko jako 2^3+2. Nigdy i nigdzie nie zetknąłem się z doniesieniem o jakimkolwiek plemieniu na świecie, które liczyłoby binarnie.
A tutaj relacja z Namibii z pierwszej ręki:
Damara Ideas of Number in F. Galton. Tropical South Africa. 1908
Ten opis nie daje miejsca na ewentualne niezrozumienie systemu liczenia tambylców.

Warto przejrzeć:
H.Hammarstroem. Rarities in Numeral Systems. 2009
żeby się zorientować, że "Buszmeni nie potrafili liczyć" to nie jest zmyślenie Cywilizowanych Białych.

Ja już jestem po rewolucji pojęciowej. Gospodarzu, przyłącz się!
-
Gość: szym, abon173.neoplus.adsl.tpnet.pl
2010/05/13 01:15:07
andsolu, czytając powyższe, przypomniało mi się jak lat temu trochę, podstępnie - z nagła i bez zapowiedzi zadałem Ci pytanie które brzmiało mniej więcej tak: "Czy uważasz, że matematyka stanowi byt niezależny (czyli ma swoją substancję, którą możemy badać), czy też jest tylko JĘZYKIEM opisu RZECZYWISTOŚCI?" Jak pamiętam, coś tam mruknąłeś o studentach, którzy nieznośnie Ci wciąż takich pytań nie zadają, po czem dość jednoznacznie opowiedziałeś się za opcją drugą. No to teraz się zastanawiam, czy Twój ogląd zjawiska odbył od owego czasu głęboką transformację, czy też może wtedy odpowiedź była równie zdradziecka co i pytanie?
Pytając teraz, milcząco zakładam - choć wcale już nie jestem pewien, czy słusznie - że uznajesz proces symplifikacji za jakość dla tworzenia (odkrywania? :) której warto pozwalać procesom myślowym gościć w naszych narządach myślenia... ;)
-
2010/05/13 01:57:03
@szym: mam trudności ze zlokalizowaniem takiej wymiany zdań, choć mam swoje prawie pełne archiwa i niezawodnego grepa. Czy wystąpiłeś jako "szym" czy też "szymso"? Wolę rozmawiać o konkretach. Pomożesz dotrzeć do nich? Może pamiętasz jakikolwiek przynajmniej trzysłowny zwrot w dokładnej wersji?

-
Gość: szym, abon173.neoplus.adsl.tpnet.pl
2010/05/13 02:32:26
Obawiam się, że owa wymiana zdań nie ma (przynajmniej dostępnego nam) zapisu cyfrowego, jako że odbywała się w staroświeckiej formie artykulacji za pomocą strun głosowych, a nie walnięć w klawiaturę. Występowałem pod przykrywką "szymon", a rzecz miała miejsce pewnie we Wrocławiu lub jego nieodległych (w każdym razie w skali planety) okolicach. Sądzę, że dość wiernie zapamiętałem przebieg tej rozmówki, bo temat wydawał mi się w owym czasie mocno frapujący i istotny.
-
2010/05/13 02:47:19
@soweli: wyznanie winy. Odnosząc się lekceważąco do wyników Everetta przekabaciłem zwrot użyty w jakimś jego wywiadzie (niestety nie pamietam gdzie i kiedy to czytałem), w rzeczy samej nie mówił on by go tubylcy "oszukiwali", było tam wyjaśnienie, że formułowane przezeń pytania kierowały ich do dawania odpowiedzi, które interpretował jako liczebniki, ale potem uświadomił sobie, że nie były one nimi. Wybacz.

Co do reszty, może zrobię jasne zastrzeżenie, że nie mam postaw religijnych, ideologicznych czy przyzwyczajeń, które nakazywałyby mi odrzucać tezy wskazujące istnienie nierównych wartości różnych kultur. Rozumiem, że progiem na wejściu do antropologii jest przyjęcie, że kultury są funkcjonalne i każda służy jak powinna jej twórcom gdy warunki są stabilne, ale zdolność reagowania społeczności na zmiany może być właśnie czynnikiem zachęcającym do stratyfikowania kultur. Także nie przeraża mnie myśl, że jakaś grupa nie umie liczyć czy zna tylko jeden kolor czy nie zna zapachów czy cokolwiek - degeneracje z różnych przyczyn zawsze mogą zaistnieć, szczególnie w malutkich i izolowanych grupach.

(Przy okazji: ciekawe, że nie autor a komentator CA, Stephen Levinson, podaje liczbę osób u Pirahã: 150 - a autor później twierdzi, że 300, ale sam z siebie na początku liczb nie podał. I od kilkudziesięciu pokoleń promień krzyżowania ogarniający parę sąsiednich chat? Hm...)

Niemniej jednak, historia i powiązania takich stwierdzeń skłania do skrajnej ostrożności i nie wydaje mi się, by była ona widoczna u tego autora. Komentatorzy wyraźnie to pokazują. Dla mnie śmieszne jest chwalenie się autora I speak the language well and can say anything I need to say in it - na tej zasadzie znajomość zwrotu dawajtie stakan dowodzi dobrej znajomości rosyjskiego.

Praca długa i z wielu miejscami, które oznaczyłbym znaczkiem * (wątplikiem) jest wiele - tak samo jak i druga na 52 strony. Może wrócę do tematu jeśli zdołam znaleźć na to czas. Ale co by tam nie pisał i co by nie podawał zacny Francis Galton (zabawne, mieć tyle zaufania do jego odkryć językowych u dzikich, czynionych przed wiekiem), to uświadomienie sobie, że Buszmeni używają systemu binarnego raczej nie podlega dziś kontestacji i taka "rewolucja pojęciowa" wydaje się sporym regresem. Cyfry są w komputerze, nie u Buszmenów i artykuł (z tejże CA) podawał przykład "dwa-dwa dwa jeden" na siedem, czyli nie jest to liczenie parami, a 4+2+1. Nie mam wielkiej sympatii do etnomatematyki, bo się stała kuchennym wejściem do doktoratów z matematyki (gdyby były one z socjologii czy antropologii, nie narzekałbym), ale od kilkudziesięciu lat dzięki pracom Ubiratana d'Ambrosio i Paulusa Guerdesa opowiadanie czego to ci czy tamci egzotyczni tubylcy nie umieją, stało się trudniejsze, bo się okazuje, że ci tubylcy mówią, piszą i nawet mają swoje uczelnie. Jak mi Chińczyk mówi, że u niego nie ma konstrukcji Future in the Past, wierzę mu. Jak mi Buszmen powie, że jego rodacy nie umieją liczyć, uwierzę mu. Ale nie Galtonowi.
-
2010/05/13 03:04:13
@szym: rzeczywiście nie byliśmy tak ważni dla Systemu, by nas filmowano i nagrywano, więc nie ma zapisu :) Więc nie wiem czy powinieniem kontestować a jeśli tak, to jak, bo lekki poślizg w czasowniku czy przymiotniku i zmienia się sens wypowiedzi.

Nie chcę stworzyć wrażenia, że uciekam od deklaracji, ale w istocie uciekam, bo deklaracje jednozdaniowe w temacie, gdzie strzępią sobie jęzory od 25 wieków chyba będą małonośne. Tak, wierzę (ale uświadamiam sobie, że to moja wiara, bo co tu gadać o "wiedzy"), że rzeczywistość jest, że się wlewa do mnie przez zmysły, że współuczestnicząc w procesie społecznym wymiany konceptów ubieram moje doznania w opis pewnych regularności i że to jest baza danych matematyki. A potem zaczyna się bałagan, bo refleksje pączkują, wyniki dostają feedback z rzeczywistości, jawią się wymogi uzasadniania racji, czyli dowodów - i z podobnych przyczyn myślę, że matematyka jest tym czym jest, a nie tym, czym może być tylko że jej jeszcze nie wymyślono. Pojęcie teorii opartej na zbiorze założeń jest urocze ale tak praktyczne jak cmok, który mi zasyła z tv gwiazda filmowa. Nikt jeszcze od tego nie sformułował jakiejś hipotezy, tym mniej ją udowodnił.

Ale, z drugiej strony, szacunek dla biskupa Berkley'a za jego nabijanie się z Newtona, bo rzeczywiście te Newtonowe pojęcia były (jak na dzisiejsze standardy) sporo mistyczne. Więc tu nie ma lekko, przelatuję bez skrupułów nad rozważaniami Kanta o naturze przestrzeni, ale rozumiem, że to nie likwiduje wagi tematyki ani wartości tych rezultatów, które są mi szczerze obojętne.
-
2010/05/13 05:10:22
Po pierwsze, niewinna z pozoru notka wywołała rzekę komentarzy, które z wielką przyjemnością przeczytałem. W innych miejscach notki (lub komkentarze) są jedno-, najwyżej dwutematyczne.

Po drugie, mimo mej platońskiej deklaracji, wcale nie jestem jej pewny, albowiem pewność oscyluje. Na wszelki wypadek pozostaję przy platoniźmie.

Po trzecie, spędziłem większą część wieczoru na lekturze sążnistej pracy Everetta, zaznaczając różne punkty ..."wątplikami". Wtedy jeszcze nie widziałem, że one się tak nazywają. Tak, języki nie są przetłumaczalne, choć mogą być - i może są - wymienialne.

Także, przeczytałem relację Galtona. Uderzyła mnie bwanakubwość. Opisuje on (z mniej lub bardziej ukrytym politowaniem), iż tubylcy - zamiast liczyć woły, i stad wiedzieć, że który się zgubił, wiedzą iż który się zgubił "po twarzy brakującej". Ja co prawda nigdy więcej niż tuzin psów (gdy mi się suka oszczeniła) nie miałem, ale jak mi się który zgubił, też wiedziałem, pół po liczeniu, pół "po twarzy". Wpół dzikus żem.

Jak została ich garść po rozdaniu, jużem nie liczył - znałem psy moje, i one mnie znały.

O nieznajomości liczebników u Buszmenów przykład transakcji z niby nieumiejętnością wymnażania mnie absolutnie nie przekonał.

Co do Everetta... Bardziej mi trafiały do przekonania komentarze komentatorów.

To, co napisała Anna Wierzbicka z Canberry (nie tylko dlatego że jej komentarz nt Everettowego "all" został poprzedzony moim własnym osobistym "wątplikiem")

speakers of such languages can quickly build such concepts when they become interested in the relevant technologies and practices

uderzyło mnie szczególnei swoją trafnością - ale nie w dziedzinie języka, tylko matematyki (i innych umiejętności). To znaczy, negatywna (acz równowazna) wersja - koncepty się ślimaczą i paskudzą - znaczy, brak zainteresowania. W drugą stronę, uważam, też prawdziwa.
-
2010/05/13 05:53:31
tichy, skoro temat nie zamarł to dorzucę jeszcze tę refleksję o liczbach u prymitywów :) Otóż zgoda, można sobie wyobrazić Czarnego czy Czerwonego Luda, który zamiast odpowiedzieć "cztery" na pytanie "skolko riebionok u tiebia" (językowy skok w bok, bo chcę uniknąć czasowników "mieć" i "być"), podaje ich listę. Więc liczenie dzieci nie jest imperatywem, choć świadomość tej liczby raczej nie jest dyskusyjna. Ale jest tu (jak to Ty mawiasz) zagwozdka: od publikacji prac Levy-Straussa jest oczywiste, że te wszelkie "prymitywne ludy" mają niesłychanie złożone systemy rodzinne i pokrewieństwa, które np. u nas dziś okropnie się spłyciły (kto jeszcze odróżnia teściową od świekry?) I bardzo dobrze sobie z tym radzą. A to są porządki częściowe, znacznie bardziej skomplikowane niż porządek liniowy prowadzący do liczebników. Zawikłujemy się w opisach typu "siostra ciotki wujka" i nawet nie wiemy, że wiele języków ma wersję "on/ona jeden" i "on/ona dwa" bardzo pomocne w unikaniu tu bałaganu. A o takie struktury językowe współczesny bwana kubwa często nie zapyta, bo nawet nie ma świadomości ich istnienia.

To naprawdę nie jest pieśń miłosna o Yanomami i o wszystkim co chodzi gołe i jest jedzone przez komary. Chodzi mi tylko o to, że takie przekonania o tubylcach, którzy nie umieją tego/tamtego są nowym wydaniem przekonań, którym by był czas iść spać.
-
Gość: jan-ote, 80.50.161.23*
2010/05/13 09:22:41
@andsol
Różnimy się bardzo, bo ja nie wartościuję kultur odmiennych od własnej (że niby gorsze?) i językowego rozróżniania tylko trzech kolorów lub braku umiejętności liczenia w jakiejś kulturze nie uważam w żadnym razie za degenerację(?). Tym bardziej więc nie poczuwam się, żeby pod moim adresem miały być kierowane słowa
takie przekonania o tubylcach, którzy nie umieją tego/tamtego są nowym wydaniem przekonań, którym by był czas iść spać.
Dla mnie to, że jacykolwiek "tubylcy" (też jestem tubylcem, u siebie) nie potrafią tego czy tamtego jest faktem zupełnie oczywistym i nie widzę powodu, dla którego miałbym rezygnować z przekonania, że tak jest. Nie potrafię rozpoznać więcej niż kilka gatunków roślin na łące, parę ptaków i drzew. W przeciwieństwie do wielu kultur z przeszłości i wciąż istniejących, w których każdy członek społeczności ma dużo bogatszą wiedzę o roślinach i zwierzętach swojej okolicy niż przeciętny Europejczyk. Nie potrafię rozpalić ognia pocierając kawałki drzewa, nie umiałbym zrobić kamiennej siekiery, miałbym poważny kłopot musząc przetrwać poza własną cywilizacją, bo nie mam podstawowych umiejętności. Powoli mógłbym się nauczyć, gdybym potrzebował, tak samo jak Piraha mogliby się nauczyć liczyć i pojąć ideę liczby.

Buszmenów i artykuł (z tejże CA) podawał przykład "dwa-dwa dwa jeden" na siedem, czyli nie jest to liczenie parami, a 4+2+1

(Przepraszam, ale ponieważ określenia "Buszmen" nie potrafię przypisać do konkretnego przypadku, odnoszę się tylko do tego, co sam tutaj napisałeś). Zgoda, że językowe wyrażenie "dwa-dwa" na liczbę 4 może oznaczać ujmowanie jej pojęciowo jako "2+2" albo jako "2*2". Ale to nadal jest liczenie parami: siedem to "para-par i para i jeden". Więc nie rozumiem, co miałoby oznaczać, że "Buszmeni liczą tak jak nasze komputery" (nie liczą parami tylko *potęgami* dwójki) ani że liczą "normalniutko" (czyli jak?[1]).

Dla mnie śmieszne jest chwalenie się autora I speak the language well and can say anything I need to say in it - na tej zasadzie znajomość zwrotu dawajtie stakan dowodzi dobrej znajomości rosyjskiego.

Nie rozumiem, dlaczego? Everett spędził mnóstwo czasu u Piraha i nie widzę żadnych podstaw, żeby kwestionować tę jego opinię. Od jego pierwszej publikacji na temat ich języka minęło ponad ćwierć wieku. Naukowców nam nie brakuje -- czy ktoś kiedyś w praktyce podważył, że Everett potrafi wyrazić więcej niż "no to polejmy"? Czy ktoś pojechał, lepiej nauczył się języka, poznał kulturę i zaprzeczył na tej podstawie? Owszem, pewnie podobnie jak wspomnianego obok Newtona cechuje go zbytnia pewność siebie "pierwoodkrywcy", ale to nie znaczy, że błądzi. A nie mamy do dyspozycji nic lepszego niż ustalenia Everetta.

co by nie podawał zacny Francis Galton (zabawne, mieć tyle zaufania do jego odkryć językowych u dzikich, czynionych przed wiekiem)

Tak się składa, że raczej większość relacji związanych z tematem początków idei liczb pochodzi ze Słusznie Minionej Epoki. Większość "przedliczbowych" kultur albo już w ogóle nie istnieje, albo została bezpowrotnie zmieniona pod wpływem naszej cywilizacji. Możemy rozpocząć nową świetlaną epokę odrzucając wszystkie stare opisy jako podejrzane o skażenie Brzemieniem Białego Człowieka, ale wtedy nie pozostanie nam niemal nic.

Jak mi Buszmen powie, że jego rodacy nie umieją liczyć, uwierzę mu. Ale nie Galtonowi.
Jak to sobie wyobrażasz, że miałby to zrobić? Metodą barona Munchausena?
"Są pewne sprawy, o których nic nie wiemy, ale niestety nie wiemy, co to za sprawy".

[1] Czy to jest "nienormalne" liczenie?
4. Ross and Paul (1978:60) give expressions for 1-8 in Waskia (Adelbert
Range/Trans New Guinea, Papua New Guinea) with the structure
1,2,2+1,2+2,2+2+1,(2+1)+(2+1),(2+1)+(2+1)+1,(2+1)+(2+1)+2, that is, 6-8 are
formed with additions based on (2+1)+(2+1) for 6.
[H.Hammarstroem 2009, s.14]
-
2010/05/13 09:24:25
Ups! Poszło do andsola z innego konta. Przepraszam.

@5-grid
O nieznajomości liczebników u Buszmenów przykład transakcji z niby nieumiejętnością wymnażania mnie absolutnie nie przekonał.
Ależ to nie był przykład na nieznajomość liczebników. Galton podaje trzy sytuacje:
a) liczenie na palcach - gdy skończą się palce dłoni, mają kłopot
b) rozpoznawanie ubytku w stadzie przez dostrzeżenie, że brakuje sztuki o konkretnych cechach, a nie przez przeliczanie
c) nieumiejętność zauważenia, że jeśli 1 owca to 2 sztuki tytoniu, to 2 owce to 4 sztuki. (mnożenie? równoczesne wykonanie dwóch przyporządkowań typu 2:1?)
O liczebnikach napisał tylko tyle: In practice, whatever they may possess in their language, they certainly use no numeral greater than three. -- cała reszta jest o liczeniu, nie o liczebnikach.

To, co napisała Anna Wierzbicka[...]
speakers of such languages can quickly build such concepts when they become interested in the relevant technologies and practices
uderzyło mnie szczególnei swoją trafnością


Dokładnie mój punkt widzenia. I w niczym nie zaprzecza Everettowi, który relacjonuje stan obecny. Teraz Piraha nie mają ani idei liczenia ani odpowiednich słów. Nie pojmuję więc, czemu nie przekonuje cię relacja Galtona. Tylko dlatego, że opisywał Damara z poczuciem wyższości?
-
2010/05/13 15:59:16
soweli:

Specjalnie napisałem "liczebników", a nie "liczb" (wolałbym napisac "numerals", ale w końcu powinniśmy się wyrażać po polsku, chodzi o te rzeczy w jezyku, odnoszące się do liczb, tych platońskich). Odnośny fragment o rachowaniu na palcach brzmi u Galtona:

"They puzzle very much after five, because no spare hand remains to grasp and secure the fingers that are required for " units.""

Nie jest to zagadką, dlaczego ów nieszczęsny Damara zapomniał o drugiej ręce? Dla odmiany, o Pirah, niby jeszcze bardziej zacofanych (bo Damara choć hodują owce i krowy), Everett pisze:

"a seated Pirah man or woman [...] will occasionally extend both feet and hands, with toes and fingers also extended, to indicate a large number of individual items"

Ci pamietają o swych kończynach, i że się one mogą nadać.

O stadzie (herd) nic nie wiemy, oprócz tego - zgodnie ze zdrowym rozsądkiem - że małego stada się nie przelicza, je się zna, zas przelicza się dopiero wielkie stado. Ponieważ Galton nie wyjasnia własnej perspektywy, nie wiemy, czy dokonuje on projekcji z drugiej sytuacji na pierwszą. Zgaduję, że w owym czasie, w owym miejscu, wielkich właścicieli ziemskich, właścicieli stad ciągnących się po horyzont, po prostu nie było. Ot, społeczeństwo zoptymalizowane względem przeżycia (survival), "low key" - czyli "na mały gwizdek". Nie za dużo, nie za mało, a w sam raz.

Możliwe jest, że przedmiotem typowego handlu zawsze była jedna owca. Choćby dlatego, że nigdy nikogo nie stać było na dwie, a skonsumować kupiec z rodziną mógł tylko jedną na raz. Dwie owce na obiad - byłoby luksusem lub wszeteczeństwem.

Coś jak sprzedajesz samochód (a masz ich trzy), a tu przychodzi gościu, i daje ci milcząco dwa razy żądaną cenę, i łapie za drugi samochód. Wtedy myślisz - zgłupiał czy co, przecież tylko jeden jest na sprzedaż? Ów, obserwując z pobłażliwościa, po powrocie opisuje nieznajomość tabliczki mnożenia przez dwa u twego rodzaju.

Wczoraj zbierałem truskawki w ogródku, akurat wysyp. Byłem po lekturze fragmentu z Galtona, ale przed Everettem. Myślałem o tym, iż mimo tego, że owoce stanowią indywdua, ja ich nie liczę. Także, że miarą mogłaby byc dłoń, albowiem technika zbierania była następująca. Prawą ręką obskubywałem owoce, i wkładałem je do lewej ręki, a gdy zebrała się kupka, wsypywałem do miski. Gdy przyniosłem do domu, żona zapytała "I jak?". Odpowiedziałem - "Od cholery i trochę!" Już ona jakoś wiedziała, że baaardzo dużo. Postronny obserwator bystrze by zauważył, że ten lud zbieracki w ogóle się liczbami nie posługuje.

Póżniej u Everetta przeczytałem, iż Pirah zliczają "analogowo" a nie "digitalnie" -

"they hold the flat hand out, palm down, varying the distance between hand and ground to indicate the size of the "pile" or amount under discussion"
-
2010/05/13 17:13:01
soweli, na chybcika tylko jeden typ uwag teraz. Dokonujesz bardzo nieprzyjemnego przesunięcia znaczeń i wydźwięków gdy moje dwa stwierdzenia: (1) że nic mi nie nakazuje odrzucać tezy wskazujące istnienie nierównych wartości różnych kultur oraz (2) że degeneracje z różnych przyczyn zawsze mogą zaistnieć, szczególnie w malutkich i izolowanych grupach (zupełnie oczywiste genetyczne konsekwencje inbreeding) komentujesz w sposób nie dotyczący mentalnej akceptacji czy jej braku ale jakby zostały wyrażone jakieś ostre poglądy podlegające wycenie moralnej:

ja nie wartościuję kultur odmiennych od własnej (że niby gorsze?) i językowego rozróżniania tylko trzech kolorów lub braku umiejętności liczenia w jakiejś kulturze nie uważam w żadnym razie za degenerację(?).

Nie baw się w ten sposób, proszę. Droga zarzutów i wyrzutów, odrzutów i sprostowań i tlącej się we tle kwestii "kto jest lepszy" nie pociąga mnie, w tej puszczy idei i faktów widzę ścieżki dużo ciekawsze i dalej prowadzące.
-
2010/05/13 17:51:14
@5-grid
Specjalnie napisałem "liczebników", a nie "liczb"

Ale "liczebniki" to jest nazwa części mowy, wyrazów określonego typu, elementów języka. U Galtona przy liczeniu na palcach czy handlowaniu owcami nie ma w ogóle mowy o liczebnikach. Nie wspomina, czy cokolwiek przy tym mówiono, w szczególności czy używano liczebników "jeden, dwa, trzy...".

"They puzzle very much after five, because no spare hand remains to grasp and secure the fingers that are required for " units.""
Nie jest to zagadką, dlaczego ów nieszczęsny Damara zapomniał o drugiej ręce?


Nie jest i wcale nie zapomniał, bo cały czas jej używał:
są w niezłym kłopocie, kiedy przekroczą pięć, ponieważ brakuje im wtedy wolnej ręki, żeby przytrzymywać i oddzielać palce oznaczające jedności. (tłum. K. Lipszyc)

[o samochodach i owcach]
Przeczytałem teraz ten fragment trzy razy. Możliwe, że masz rację i w tym miejscu wychodzi na jaw raczej niezrozumienie sytuacji niż nieumiejętność połączenia dwóch transakcji sprzedaży owcy w jedną.

Póżniej u Everetta przeczytałem, iż Pirah zliczają "analogowo" a nie "digitalnie"

To nie jest zliczanie tylko określanie wielkości. "Nasz synek jest już... o taki wysoki!" połączone z gestem na poziomie biodra nie ma nic wspólnego z liczeniem.
-
2010/05/13 18:27:17
@andsol
Bardzo przepraszam, jeśli odebrałeś moją wypowiedź jako nacechowaną jakąś oceną, szczególnie oceną moralną. Oba te twoje stwierdzenia odczytałem jako mnie obce i to wszystko. Nie wartościuję kultur, bo mogę co najwyżej wskazać, że w jednej jest coś bardziej rozwinięte, a w drugiej mniej. Tak samo nie operuję w ogóle pojęciem "degeneracji", nawet dla przypadków, o jakich piszesz. Nie pasuje mi z jakiegoś powodu, nie analizowałem. Odniosłem się do tego z jednego powodu: żeby pokazać, dlaczego Twoja uwaga "takie przekonania o tubylcach, którzy nie umieją tego/tamtego są nowym wydaniem przekonań, którym by był czas iść spać." godzi w moje poglądy, a niesłusznie. Bo pisałem, że nie umieją i podtrzymuję, mimo że z pewnością nie jest to wyrazem tych przekonań, o których najprawdopodobniej myślałeś pisząc to zdanie.

Mam nadzieję, że możemy się nie zatrzymywać nad tym przykrym nieporozumieniem.
-
2010/05/13 19:42:23
Oba te twoje stwierdzenia odczytałem jako mnie obce i to wszystko. Nie wartościuję kultur - a skąd wnosisz, że ja wartościuję? (Bo przy braku takiego wniosku nie widzę w ogóle czemu ta konstatacja miałaby służyć). Zauważ, że zwrot "nic mnie nie zmusza do odrzucenia tezy A" w sytuacji gdy prawdą jest "z tezy A wielu wyprowadza niemiłe wnioski dla pewnych populacji" nie znaczy wcale "ja przyjmuję tezę A oraz wyciągam z niej owe wnioski". Po prostu wiele osób ze strachu przed konsekwencjami ani nie pomyśli, że języki i kultury są różne. Ja skłonny jestem podejrzliwie widzieć pewne opisy odmienności owych języków od naszych (w części dotyczącej liczebników), ale z innych powodów, tylko tyle.
-
2010/05/14 03:19:21
Skoro o liczebnikach i andsol, i soweli....

Niby mówimy jednym językiem, a tłumacza trzeba.

Ponieważ odnosimy się do angielskojęzycznych tekstów, powinniśmy pamiętać, że w języku angielskim liczebnik nie jest częścią mowy. Są słowa - numerals - odnoszące się do liczb i miar (czy są miary nieliczbowe? - ja mogę dać słowo i głowę, że są...), i są takimi częściami mowy, jaka im akurat rola przypada.

Three dogs bark. - "3" to przymiotnik.
Three is a charm. - "3" to rzeczownik ("Do trzech razy sztuka").

Jeszcze trudniej, gdy idzie o tzw. "liczebniki nieokreślone", jak nieco, sporo, etc. Ich odpowiednik mogą być, prócz rzeczowników i przymiotników, zaimkami lub przysłówkami.

Czy to lepiej, czy gorzej?

A jakie kryterium dobroci? NM, wyżej - "lepiej" i "gorzej" odnoszą się do kolejności i porównania, więc określają pewne miary, więc ... są liczebnikami? No wiemy, że nie są. Ale już widzimy, że polska definicja (ergo: rozumienie) liczebnika trochę pęknięta jest. Podobnie, słowa - "następny", "poprzedni", "kolejny" - powinne być liczebnikami (ex def.), a nie są.

Znowuż, w angielskim nie ma zawracania głowy - to przymiotniki, i kropka.
-
2010/05/14 08:48:52
@andsol
Zdanie z nieodrzucaniem tezy o "istnieniu nierównych wartości różnych kultur" mnie zmyliło, bo odczytałem je jako otwarcie na przyjęcie wartościowania (skoro niewykluczone, że kultury mają różne wartości).

Niby mówimy jednym językiem, a tłumacza trzeba.
Nieporozumienia się zdarzają, 5-grid.

@5-grid
Owszem, w angielskim jest nieco inaczej, ale tylko nieco. Bo "numerals" choć nie są wydzielane jako odrębna kategoria gramatyczna, to tak samo są elementami języka odnoszącymi się do liczb.
Nie uważam też, żeby polska definicja liczebnika była ułomna, bo nie uwzględnia "większy", "następny" itp. Owszem, to określenia jakoś związane z liczeniem i liczbami, ale nie liczby. Swoją drogą tzw. "liczebniki nieokreślone" jak "kilka", "wiele" psują tylko wygodną konwencję "liczebnik ma się odnosić do konkretnej liczby".

Myślę, że jeśli praca Everetta Was zainteresowała, to zapewne wyniki eksperymentów również uznacie za ciekawe:
Numerical Cognition Without Words: Evidence from Amazonia
Number as a cognitive technology: Evidence from Pirah language and cognition
-
2010/05/14 17:58:00
soweli: dzięki za podrzut nowszych prac. Rzeczywiście, wielce interesujące.

Obocznie wprawdzie, ale równie ciekawa jest ewolucja, przesunięcie paradygmatu. widzenie "buszmenów" zmieniło się od relacji podróżniczych (nieodzownie skażonych "syndromem turysty"), poprzez "naukawe" opisy antropologów, i aktualnie owe drugie "a" w "naukawe" z wolna przechodzi w "o", choć wciąż jeszcze daleka droga.

Niestety, gdy w końcu eksperymenty zaczna być ustawiane porządnie (choćby, względem ich reprodukowalności), okazać się może, iż obserwator zmodyfikował obiekt obserwowany - nieodwracalnie.

Ten "efekt obserwatora", pomijając uchlujnianie eksperymentów, mógł byc czynnikiem odpowiedzialnym za dyskrepancję między wcześniejszymi obserwacjami Gordona, a tym, co stwierdzili Frank et cos.

Także, efekt edukacji...

Inna oboczność - do tej pory miałem niskie mniemanie o użyteczności teorii tzw. zbiorów rozmytych (fuzzy sets), uważając je za sztuczny twór, zupełnie dobrze poddający sie klasycznej metodologii, wiec bez potrzeby wydziwiania. A tu - nagle - same one, w czystej formie, w środku akcji!

Ram komentarza nie starcza...
-
2010/05/14 19:09:25
@soweli: gdy wnioski są dalekosiężne, "wątpliwomierz" musi być używany aż do jego technicznych granic. Zbyt wiele jest tam drobnych niespójności i zbyt wiele trzeba brać na słowo Everetta (Gordon spędził tam z nim tylko parę tygodni i nie mówi się, by miał własną, niezależną znajomość lokalnego języka), bym czuł się skłoniony do szybkiego przyjęcia nowych informacji. To nie upór, to wspomnienie różnych drobiazgów. Jeden badacz nawet uszlachcony za badania nad rozdzielonymi bliźniakami. Dziwne trudności powtórzenia wyników pani papieżycy M. Mead. Albo ta historia o B. Malinowskim. Więc najpierw spróbuję dowiedzieć się czegoś poprzez znajomych z Unicamp co myślą o człowieku i jego zdumiewających osiągnięciach (robił tam magisterium, może ktoś go jeszcze pamięta). Więc bez pośpiechu.

@tichy: Zdzisław Pawlak zafascynował mnie kiedyś za swój użytek liczby -2 (minus dwa) jako bazy systemu pozycyjnego w swoim komputerze (w moim cyklu opowiastek o bazach nie Zeckendorf, a -2 oraz rosyjska baza 3 to najciekawsze przypadki), a potem dowiedziałem się , że Springer ma mnóstwo rzeczy o jego "zbiorach przybliżonych" (rough sets) i są nawet fuzzy rough sets i to wszystko właśnie na użytek humanities. Tia... trzeba będzie znaleźć kiedyś chwilkę na poduczenie się tego. Ot, na poziomie sympatyzującego laila.
-
2010/05/14 19:10:13
Dobrze, niech będzie lail. Chociaż miał być laik.
-
2010/05/15 01:05:56
Laila - całkiem sympatyczne imię żeńskie. Lail? Czemu nie.

Everetta można (i warto) posłuchać:

fora.tv/2009/03/20/Daniel_Everett_Endangered_Languages_and_Lost_Knowledge

(o Pirahã od jakiej 17 minuty)

Z antropolgami jest ten problem, że - na ogół (sądzę, nie znam innego przypadku) - są na wskroś humanistami. Nie wydaje mi się, by do końca rozumieli czym są liczby, i że mogą one występować i grać silną rolę bez nawet śladu nazwy, tzw. "liczebnika".

Jeżeli Twoi, andsolu, humanistyczni czytelnicy nie są przekonani, wrzuć kopię jakieś matematycznej pracy, gdzie nie pojawia się żadna liczba, prócz numerów rozdziałów i stron, lub kodu pocztowego instytucji autora.

"Statystyka" stosowana w pracy jest raczej ozdobą niż argumentem, i na porządnym wykładzie ze statystyki, na egzaminie takie zastosowanie przyniosłoby raczej kiepską ocenę... chyba, że mowa o wykładzie specyficznie dla socjologów lub t.p.

Ale, to pół biedy. Natomiast szkoda, że nie widać konsultacji ze specjalistami od... wychowania przedszkolnego i takiejż psychologii, oraz edukacji dorosłych.

Albowiem, liczbową kognicję wprowadza się (naucza czy rozwija?) właśnie w wieku przedszkolnym. Antropolodzy próbowali kopiować standardy - jak im się wydawało, oczywiste, a więc stereotypy, które zapewne mieli już silnie wbudowane.

Na tej pierwszej się nie znam, tyle, że wiem, że nie idzie to tak na zdrowy rozum, i że wiedzę i trening - i ROZUMIENIE ZAGDANIEŃ - trzeba mieć. Na tej drugiej, hm... raczej jestem, z natury profesji, empirykiem, choć niszowym.

Jeszcze raz, w/w wykład Everetta, IMO - jest bardzo dobry. Polecam z pełnym przekonaniem. Acha, następuje po nim pół godziny pytań i odpowiedzi. Też warto posłuchać.

-
Gość: , abho102.neoplus.adsl.tpnet.pl
2010/05/15 01:16:41
"zbiorach przybliżonych" (rough sets) i są nawet fuzzy rough sets i to wszystko właśnie na użytek humanities

A nie tylko! Pan Dominik Ślęzak, logik z MIM UW, przez parę lat po doktoracie uczył relacyjnych baz danych i trochę pisał też swoją. Szybko w końcu napisał i założył w dolinie krzemowej firmę Infobright co ten "silnik baz danych", oparty (?) na zbiorach rozmytych, sprzedaje (znak zapytania, bo nie ma publikacji za bardzo, działalność komercyjna).
-
2010/05/15 02:09:08
@Gość z abho102.neoplus: bardzo ciekawa informacja i wzmacnia zachętę do uważniejszego przyjrzenia się tej teorii. Dzięki. Że brak publikacji (zewnętrznej, przypuszczam, bo wewnętrzne technical reports zawsze są) to nie dziwota. Przedtem zastosowania wojskowe sprawiały, że część matematyki nakładała czapkę niewidkę. Teraz zastosowania informatyczne to czynią.
-
2010/05/15 03:04:32
@tichy: tak, masz rację, wykład Everetta jest bardzo ciekawy - ale przerwałem słuchanie go, żeby coś sprawdzić, bo zadzwoniło mi znaną nutą. Tiaaa... Więc był on z SIL (Summer Institute of Linguistics), czyli z grupy ludzi, którzy zajmowali się Indianami i docierali do nich częstokroć przy niechętnej zgodzie brazylijskiej agencji opiekującej się Indianami (FUNAI), by w ich językach głosić Słowo Pana.

To nie podważa automatycznie wartości ich fachowych wysiłków (podkreślę tu, że pisałem kiedyś o nich dość życzliwie), ale nasuwa całkiem inną serię pytań na temat nastawień mentalnych, z którymi owi badacze jechali w dżunglę. Nie przesądzam, nie osądzam, ale sugeruję, że warto się zastanowić nad takimi choćby uwagami:

Discussing a tribe he had worked with, and describing them as "hyper empirical", he recounted a conversation that he had with some of their members one day where they asked him to stop talking about Jesus. It seems that because he had not personally seen Jesus, the locals concluded that he had no evidence for his existence. Therefore, they would like him to cease discussion of the topic.

Takie skomplikowane teksty dla ludzi bez liczebników... I co, trudno było wyjaśnić pojęcie "three in one"? A reszta jak była wykładana? I było tam coś o piekle?
-
2010/05/15 03:40:06
Może przerwałeś, andsolu, słuchanie Everetta za wcześnie? Ma on więcej wymiarów, niż się wydaje.

Wykład: minuta 27-28, circa.

Ów blog, z którego fragment cytujesz, również odnosi się do Everetta przed, jak i po fragmencie. Z tych widełek przynajmniej wrażenie odnoszę, iż Everetta związki z SIL były, ale się w którymś punkcie skończyły. Apologeta zas stał się krytykiem (jak to często bywa).

Popraw mnie, jeżeli się mylę - w końcu zagłębiam się w zagadnienie dopiero od niejakiej doby.
-
2010/05/15 06:00:43
Ach, przerwałem, żeby sprawdzić te jego powiązania z SIL. No i coś zjeść. I (jak się okazało, bo z ilu to rzeczami bycie w jadalni nie jest związane) poprasować parę godzin. A nie żeby na znak moralnego protestu oddalić się odeń z absmakiem.

Ale wygląda na to, że dziś (czyli wczoraj, które się niestety skończyło przed godziną) nie dosłucham. Znasz tę historię, Jaś nie dosłuchał... Kurcze, czemu człowiek nie jest supermanem.
-
2010/05/15 16:35:06
Bez znania powiązania - ni cienia rozumienia?
-
2010/05/15 17:34:43
Tak zdecydowanie to nie, ale znajomość jego dawnego podkładu intelektualnego może pomóc w rozumieniu jego dzisiejszych postaw. Przyznaję, że następny kawałek, który zdołałem odsłuchać, brzmi bardzo zajmująco. Nie od dziś to mam, że gdy mówca ma miły głos i ładnie mówi, myślę, że może mieć rację :) Posłuchamy do końca, pomyślimy...
-
2010/05/16 10:20:27
ufffffffffffffff.......... :)

wracam do gotowania ( wole od prasowania )
-
2010/05/16 17:04:36
A ja znowu do prasowania, ale z wolną wolą ma to niewiele wspólnego.
-
2010/05/17 05:02:52
Odsłuchałem półtoragodzinne nagranie i jestem w stanie lekkiego zamieszania. Brzmi fascynująco, ale... Czy to nie o czymś takim mówi się too good to be true? Nie wiem, może to wszystko ma sens, a może niewiele. Trochę to wygląda jak opis kontaktów z jakimiś ET i trzeba wierzyć, żeby uwierzyć.

Ale widzę, że nie ja jeden mam te kłopoty, bo widzę w Wikipedii: Though a supporter of Everett in the early part of Everett's career, Chomsky refuses to further discuss Everett's works and has called him a charlatan. Fajne, na ring wchodzą Wielki Mag oraz Szarlatan.

To może chwilowo ja sobie postoję?
-
2010/05/17 18:43:32
Nadmiar wiedzy czasem szkodzi,
również - nadmiar wiary,
Lecz sens kradną niczym złodziej
nasze niedomiary.

(Ja tak lubię dzień zaczynać od tautologii.)

Podobać się - nie znaczy zgadzać się.

Mnie się podoba to, iż Everett wysławia się jasno, i formułuje swoje tezy i przemyślenia explicite, bez kręcenia i paprania. Papranie przez szpikowanie scjentystycznym lingo jest, niestety, bardzo popularne wśród popularyzatorów.

Ta prostota - z jednej strony zadziwia (bo jakżeż tak można bez mądrych słów), z drugiej - wystawia mówiącego na łatwe strzały.

Jednak, to co najbardziej mi się spodobało, to dotknięcie, i dalej - sprecyzowanie wielu luźnych przedtem myśli błąkających mi się po głowie. Także, unikanie przezeń prostych schematów typu "tu naciśniesz, tam wyleci"

Również w matematyce tak bywa. Zrozumieniu koncepcji czy zjawiska bardzo pomaga rozważenie sytuacji ekstremalnych, zachowań i warunków brzegowych.

Gdy Chomsky - jak piszesz, andsolu, w ślad za wikipedią - nazywa Everetta szarlatanem, to mi nie wystarcza. Zresztą, nie powinno i Tobie - wszak podejście "papieskie" do rozumienia rzeczy zwalczasz usilnie od lat. Chyba, że zwalczanie lub przyjmowanie zależy od kontekstu... oraz, w imię czego.

Zresztą, tak "działa" kultura, a w niej edukacja. Myślami, odkryciami czy też wynalazkami nielicznych obdarzana jest, często na siłę i bez znajomości skutków i efektów ubocznych, reszta populacji.

Ach, można by tak długo, a to zaledwie początek...
-
2010/05/17 19:23:21
Ach, oczywiście, epitet Chomsky'ego nie jest mi nakazem operacyjnym - więcej powiem, nie jest dobrze jak papieżowi (lingwistyki czy czegokolwiek) popuszczają nerwy, wyzwisko to szybki ale przelotny argument. Ale ważne jest, że autorytety się tłuką, więc nie muszę zapadać się natychmiast w głębinę kompleksów, że czegoś tu nie rozumiem.

Tak, też jestem urzeczony talentem komunikacyjnym Everetta, ale np. pan Waldemar Łysiak też bywa bardzo dobry w tym, ale nie musi mieć dodatkowo racji :) Więc widzę potrzebę głębszego zanurzenia się w to - ale widzę, że będę miał dostęp do pisma z dyskusją (Language, June 2009) dopiero w styczniu 2011, w tej chwili mam dostęp tylko do roczników do nr 84 (2008). Więc trochę spokoju nie zawadzi, tym bardziej, że jego tezy są zupełnie rewolucyjne, a rewolucje mają więcej sensu z lekkiego oddalenia.

Jedno jest mi jednak dość jasne. Pomysł, żeby przed zanurzeniem się w świat owego plemienia spędzić rok na uczeniu się portugalskiego można rozbić o kant najbliższej lingwistyki. Jeśli szwecki, polski i hindu składają sie do kupy zwanej "dzieci praindoeuropejskiego" to ci Pirahã też dzielą jakieś cechy swego języka z innymi już z lekka znanymi - i tam należało rozpocząć studia. A jeśli nie ma sporej zgodności z jakimś innym już opisanym światem innych grup, to może jest to opowieść o Śródziemiu Everetta?
-
2010/05/17 21:02:26
Dodam jeszcze, tichy, że lekką podejrzliwość wywołuje we mnie każda relacja z wizyty w Utopii. Już kiedyś przejechałem się na tym. Świat był prosty, dziewczyny chętne a przechodnie życzliwi - i tak to trwało aż do momentu rozszyfrowania ich kodów z gestów i spojrzeń.
-
2010/05/18 03:48:34
Niestety, owe pismo Language dobrocią mej instytucji daje mi pdf, ale jest on niezapisywalny (opcja "save" jest wyszarzona). Lwia część dysputy dotyczy rekursji. Co więcej, gdy lingwiści dyskutują, nie zas przemawiają do publiki, ciężko ich zrozumieć.

Co też jest ostrzeżeniem (gdy zbyt łatwo rozumiemy, znaczy... nie za wiele rozumiemy).

Lecz jedna rzecz zwróciła moja uwagę. Uprzednio zwracałem uwagę, że statystyka eksperymentów Franka et cos (tam Everett jest współatorem) nie jest najwyższej jakości, wręcz jest niskiej.

Niemniej, pewne aspekty są pożyteczne. Widać drastyczną rożnicę miedzy wynikami "zliczania", opisywanymi pzredtem przez Gordona, a wynikami w/w autorów.

Owe zliczanie badane było przy pomocy tzw. "liczmanów". Co to sa liczmany, jak ktoś zapomniał - wystarczy pogooglować (i się zdumieć, jak ja się zdumiałem).

Dokładniej - nie tyle zliczanie, co określanie równoliczności zbiorów. U Gordona liczmanami były orzechy i bateryjki, zaś u Franka et cos. - szpulki i sflaczałe baloniki (nie podejrzewam, żeby to był eufemizm, choć takie podejrzenie mi sie nasunęło).

Jest znacząca różnica między tymi dwoma parami zbiorów. Skądinąd wiadomo (dzięki eksperymentom Petera Wasona), iż logika zadań jest silnie kontekstowa. W jednej sytuacji, przy jednych rekwizytach delikwenci nie umieją zadania łatwo rozwiązać, zaś identyczne logiczne zadanie przy zmianie rekwizytów staje sie trywialną igraszką.

Dalej, Frank et cos poświecili sporo czasu na trening badanych, wyjaśniając im dość szczegółowo, o co chodzi. Po tym, określenie równoliczności wypadło niemal perfekcyjnie, zaburzane tylko zmianami konfiguracji (co, jak zgaduję, nie było trenowane).

Czyli, po małym treningu, Pirahã nie mieli trudności z identyfikacją liczb jako klas abstrakcji. Teza Everetta była taka, iż nie mieli oni nazw-symboli na te klasy.

I tu - ciekawostka. System nauczania w naszej sferze kulturowej zmusza do "liczenia". Skąd wiemy, iż w zbiorach orzechów i bateryjek jest tyle samo elementów? Ano, liczymy np. raz dwa, trzy,... siedem, i znowu raz, dwa, trzy,... siedem. 7=7, tyle samo.

Osobiście, o liczbach jako klasach abstrakcji dowiedziałem się dopiero na studiach. Zaqjęło mi sporo czasu i wysiłku, by to zrozumieć. A tu wydaje się, że Pirahã mają tę zdolność naturalnie.

Everett i ska po prostu jej nie poznali.

Everett twierdzi, że te kochane wspaniałe dzikusy (tak nie pisze, ale wbrew jego deklaracjom, to przebija, jednak) nie posiadają w swym języku funktorów logicznych, na przykład koniunkcii (AND) i - jak on to nazywa - dyzjunkcji (OR - fachowo się to raczej nazywa alternatywą, zostawiając nazwę dyzjunkcji dla alternatywy wykluczającej).

Jako przyklad braku AND daje zdanie (blox pewnie wytnie diakrytyki, ale nie szkodzi)

'Kóhoi Xabagi hi pío kahápií.'
'name name 3 simultaneously left'

Jako przykład braku OR daje zdania

'Kohói kahápií. Xabagi kahápií. Xmh. Kosaagá.'
'Kóhoi came. Xabagi came. Hmm. (I) don't know.'

'Kagáíhiaii Kóhoi xabáiipi. Kagáíhiaii Xabagi xabáiipi. Xmh. Kosaagá.'
'The jaguar jumped on Kóhoi. The jaguar jumped on Xabagi. Hmm. I don't know.'

Rozpoznajemy konstrukcje? Ależ oczywiście, przecież to RPN - Reverse Polish Notation - w całej krasie!

Biedny Jan Łukasiewicz, co podobny pierwszy toto WYNALAZŁ (?)....

Ale, nie w tym rzecz (choć argument na ODKRYWANIE contra WYNAJDYWANIE śliczny, IMHO). W tym, że nie znając uprzednio pewnych możliwości, badacz nie był w stanie ich odkryć, ba! - zauwazyć.
-
2010/05/18 04:12:38
@ tichy - jeśli możesz otworzyć PDF-a to oczywiście możesz go również zapisać czy raczej ściągnąć na swój komputer bez otwierania.
-
2010/05/18 04:49:00
No właśnie. Jak widzisz, to jest w Twoim komputerze. Czyli w /tmp , co chyba w Windowsach nazywa się Temporary Internet Files ... Ale co ja będę mówił jak zostać przestępcą. W Stanach jest zero-tolerancja i nie chcę posyłać Ci paczek a w county jails może nawet nie pozwalają na paczki z Brazylii.

Cholernie ciekawe co mówisz o interpretowaniu ich wysłowień.

Ach, jeszcze jeden drobiazg, czy aby oni rzeczywiście siedzą przez cały dzień (minus 4 godziny) i plotkują kto jest złym w polowaniu i jakie są ciekawostki w życiu seksualnym wioski. Bo jeśli oni nie są bandą geniuszy (a nawet w Utopiach są dość zwykli ludzie) to proces uczenia się, zapamiętywania, kojarzenia zajmuje nieco czasu, i trzeba nieźle się napracować, żeby to wszystko było utrzymane. Tacy Grecy to przynajmniej mieli Iliadę i Odyseję z rymami i rytmami, a ci Pirahã mają tylko mruczanki. Więc jeśli rzeczywiście tak wiele wiedzą o otaczających im świecie to może ich uniwersytet działa na okrągło i nie ma zmiłuj się i wolne jest tylko jak trzeba coś zrobić z tymi antropologami?
-
2010/05/18 05:33:44
Ze ściąganiem, gdy nie jest explicite dozwolone, delikatna sprawa. Zbyt mało wiem o procedurach, by ryzykować. Rzeczywiście, jest 0-tolerancja.

Nie chcę teraz szpanować wsobną znajomością tekstu. Ale jedną impresję, której doznałem, a która okazała się nietrafna, chcę przytoczyć. Mianowicie, po poczatkowych lekturach Everetta (m.in tego pdf zlinkowanego przez Soweliego), oraz po wysłuchaniu odczytu, miałem wrażenie, iż Everett jest JEDYNY. Jedyny, który żył-był u Pirahã. Widać, niedokładnei przeczytałem wpis w wikipedii
en.wikipedia.org/wiki/Pirah%C3%A3_language

Jest tam mowa o antropologu, który nazywa się Marco Antonio Gonçalves, i który tez spędził szmat czasu z tym plemieniem. Jest jego strona, gdzie m.in. kosmologia Pirahã jest opisana:
pib.socioambiental.org/en/povo/piraha/808
Cytowana też przez krytyków Everetta w Language, i rownież mity Pirahã. Zaprzecza to twierdzeniu Everetta, iż oni żadnych mitów nie mają, a to że mają, oznacza, że przejęli. Te mity z grubsza zgadzają się z mitami okolicznych plemion (jakiś kataklizm, ziemia padająca z nieba, wielka susza, wszystko wyginęło, powtórna kreacja zwierząt i ludzi przez Demiurga Igagai. Końcówkę mitu zacytuję:

During this time, the Pirah fought a lot with other Indians in the region. They fought so much that all the men died, only leaving three women in the world. Igagai gave a fruit, tobahai (sorvinha, milk tree) so they would become pregnant and have male children. The male children were born, only without a penis, so Igagai made a penis of straw. The women that were alone were also without fire to cook their food. They couldn't stand eating it raw anymore. One day they cried until Igagai heard them and sent fire.

Everett twierdzi, że to nie autentyczny mit, tylko zapożyczony, albowiem sprzeczny jest z hipotezą IMMEDIACY OF EXPERIENCE PRINCIPLE (IEP):
Communication is restricted to the immediate experience of the interlocutors.

Osobiście, ja patrzę na to jak Pirahã - hipoteza podelga faktom, a nie fakty hipotezie.

Może nie jest tak, że aż jak w stadzie pawianów, by pójść w górę w hierarchii, należy wdać się w bójkę z najstarszym pawianem... ale, po wczorajszej fascynacji, zaczęły mnie żreć watpliwości, choć nie na zasadach ogólnych, lecz raczej na podstawie wyłuskanych konkretów, co nie bardzo klikają.

-
2010/05/18 11:12:12
" Więc jeśli rzeczywiście tak wiele wiedzą o otaczających im świecie to może ich uniwersytet działa na okrągło i nie ma zmiłuj się i wolne jest tylko jak trzeba coś zrobić z tymi antropologami?"- moze antropologow zapedzic do prasowania? 8)

mysle, ze Pirah byliby bardzo zdziwieni tym ile "wysilku" im sie poswieca :)
-
2010/05/18 20:46:46
@rysberlin: myślisz o prasowanych bananach? Świetny pomysł, źródło potasu!