|
Blog > Komentarze do wpisu
Głupia historia
Mieliśmy też słynną, sprowokowaną przez Katarzynę Wielką, osiemnastowieczną
debatę o istnieniu Boga między Eulerem, wielkim szwajcarskim matematykiem,
a Diderotem, jednym z najwybitniejszych encyklopedystów Oświecenia (a może
raczej mogliśmy mieć – to chyba legenda). W każdym razie, jak głosi
opowieść, pobożny Euler nieznoszącym sprzeciwu tonem zaatakował ateistę
Diderota. Sztych był prosty: „Monsieur, (a+bn)/n=x, a zatem Bóg
istnieje! Słucham!”; w często przytaczanej wersji tej anegdotki Diderot
wyraźnie się wypłoszył i, jako że nie był matematykiem, nie odważył się
zaprzeczyć Eulerowi. To jednak bajka – B.H. Brown już w roku 1942
przypomniał, że Diderot w rzeczywistości był zupełnie niezłym matematykiem
i na pewno nie dałby się pokonać klasycznym „Dowodem z Olśnienia Nauką” (w tym wypadku matematyką).
Cytuje to Richard Dawkins w Bogu urojonym (tłum. Piotra J. Szwajcera)
w trzecim rozdziale Dowody istnienia Boga. Dziwne. Mogę zrozumieć Carla
Sagana, że zamieszcza historyjkę w Umyśle Broca (na początku Rozdziału 8, w wersji pożyczonej od Augustusa de Morgana), bo gdy składał książkę do
druku w 1974 roku nie mógł sobie poguglować. A artykuł wyjaśniający
szczegóły tej historyjki, choć wydrukowany 20 lat wcześniej, był umieszczony
w piśmie matematycznym (The American Mathematical Monthly), którego mógł nie zauważyć. Ale Dawkins w
roku 2006 mógł przykazać któremuś pomocnikowi sprawdzenie szczegółów i
po przeczytaniu paru stron niezbyt znanego autora mógłby stracić chęć do
opowiadania starej ploty z nalotem przeróbek.
A właściwie ten autor jest nieznany i znany. Richard Gillings jest cytowany
gdy mówią o matematyce w starożytności. Jego Matematyka za Faraonów
(Mathematics in the Time of the Pharaohs) z 1972 roku przyniosła zmierzch
mitowi, że w porównaniu z matematyką grecką to, co było przedtem, a
szczególnie w Egipcie, nie miało wagi. Odczytanie i zrozumienie Papirusa
Rhinda przyniosło moment dumy Czarnym, że to w Afryce tysiąc lat przed
Pitagorasem rozwijano tak wyrafinowane i trudne technicznie rozumowania.
Jego wcześniejsza o 18 lat notka The So-Called Euler-Diderot Incident unika
ocen, bo sama narracja, przytoczenie kolejnych wersji tej bzdurki mówi
za siebie. Więc powtorzę za nim co ważniejsze dane, ale ponieważ dostęp do
archiwów pisma AMM jest ograniczony, dla zainteresowanych zostawiam
tutaj kopię artykułu.
Otóż Denis Diderot był autorem także prac matematyczno-fizycznych; Gillings
cytuje trzy z nich: Sur la tension des cordes, De la developpante du
cercle oraz Résistance de l'air au mouvements des pendules. To na początek. W Rosji był w okresie 1773-74 jako bibliotekarz zakupionej od niego samego
przez carycę Katarzynę II biblioteki. A Leonard Euler, syn pastora,
był religijny i trudno sobie
wyobrazić, by robił takie kpinki z dowodu na istnienie Boga.
Oryginał umieścił Dieudonné Thiébault we Wspomnieniach dwudziestu lat pobytu
w Berlinie (Souvenirs de vingt ans de séjour à Berlin) opublikowanych w 1804
roku, 3 lata przed śmiercią. Nawiasem, angielskie tłumaczenie Wspomnień z
1806 roku nie zawiera już tej historyjki. Tiébault pisał, że rzecz była
powszechnie akceptowana w północnej Europie, ale dzisiejsi historycy sądzą,
że wymyślił to nieznoszący Diderota pruski król Fryderyk II.
Do oryginału Augustus de Morgan dołożył w 1872 roku zwrot o tym, że dla Diderota
matematyka była hebrajskim. A także symbol „z” z mianownika
przetworzył na „n”. W swoich Men of Mathematics w 1937r. E.T.Bell
przerobił hebrajski na chiński. W oryginale mowa o rosyjskim filozofie,
uczonym matematyku i wybitnym członku Akademii – wskazuje to na Eulera,
ale go nie nazywa po imieniu. Reakcja Diderota miała być zrównoważona,
bowiem zrozumiał, że głupota niby-argumentu ujawniała złą wolę, a stąd i
przyszłe kłopoty, więc postanowił w jakiś czas potem wyrazić chęć powrotu do
Francji. Dostał zezwolenie z opłatą kosztów podrózy plus 50 tys. franków.
Reasumując: nawet jeśli Fryderyk II zlepił knota, Thiébault przedłożył go
tylko raz i to dość rozważnie. Parę osób o bardzo słynnych nazwiskach
dopisało się do anegdoty – i nawet wyraźnie w nią nie wierząc, inne osoby o
bardzo słynnych nazwiskach nadal ją powielają.
A z oddali widać, że ma to tyle sensu co historia, że Bolesław Bierut był Żydem
Rotenschwanzem.
niedziela, 16 maja 2010, andsol-br
TrackBack
Komentarze
soweli
2010/05/16 08:33:22
Nadal uważam tę anegdotę za całkiem zabawną. Sporo jest wątpliwych lub wręcz nieprawdziwych historyjek w historii, a mimo to udanych. Tutaj zmiana głównych bohaterów wystarczy, żeby ją uratować.
2010/05/16 08:36:42
2. Swoją drogą: tę anegdotę słyszałem dawno temu, ale w wersji odwrotnej, choć nie pamiętam, jacy konkretnie bohaterowie występowali: "...więc Bóg nie istnieje!"
2010/05/16 10:29:28
pyszne !!!
a anegnota jak liczby, uzywana gdy potrzebna jest 2010/05/16 17:02:41
@soweli: ale zauważyłeś, rzecz jasna, dwuznacznik? Bo bardziej głupią historią widzi mi się jak zbiorowym wysiłkiem rozłożonym na dwa wieki mądrzy ludzie przypisywali głupotę Diderotowi...
@rysberlin: ach, więc Autobahn nach Stettin ma też pas powrotny? 2010/05/16 22:07:48
ma oczywiscie, andsolu i to dobrze tak :)
2010/05/17 12:25:29
Ja na ogół mam do anegdot podejście "si non vero ben trovato" i nie odczuwam potrzeby zbyt nachalnego sprawdzania ich historyczności. Ale tutaj "ben trovato" jest dla mnie dość problematyczne, bo urąga psychologicznemu i innemu prawdopodobieństwu. Nawet taki durny szczeniak jak ja uległby pokusie zapytania przynajmniej "no dobra, ale co pan rozumiesz przez "b", a co przez "x". Choćby po to, żeby nie odejść z podkulonym ogonem, tylko przedłużyć rozmowę i spróbować znaleźć jakąś zgrabną, niematematyczną ripostę. ;)
Znaczy, ta anegdota ładnie się zaczyna, tylko jak dla mnie puenty ona nie ma. :-) 2010/05/17 17:20:55
Bobiku, gdy pierwszy raz napotkałem anegdotę, u Sagana, ni ciut-ciut nie rozumiałem w czym niby jej urok. No jeden pan mówi do drugiego, że jest Bóg i dorzuca wzór. I o co im chodzi? Ten Fryderyk miał chyba przyciężkie poczucie humoru.
|
|