|
Blog > Komentarze do wpisu
O fanklubach pierwiastków
Czy znasz rozważania, w których staranna analiza wielu dokumentów z Sieci pozwala na naukowe wyciągnięcie wniosków o społeczeństwie? Ciesz się, tu niczego takiego nie będzie, bo zastanawiając się nad jednym jedynym wpisem Romana J. wyciągnę nienaukowe wnioski i jest spora szansa, że się ze mną zgodzisz mimo braku przypisów i socjologicznych analiz. Chodzi mi o to, że jego wpis sprzed 32 miesięcy
Jak Obliczyć Pierwiastek
Siłą Woli i Ołówkiem miał parę tysięcy czytelników.
Oj, trzeba szybko wyjaśnić skąd mam taką szpiegowską wiedzę o czytelnikach
jego blogu. A zamieściłem tam komentarz i ilość wizyt, które przysporzyło
to memu blogowi pozwala mi na takie supozycje.
No i w czym rzecz? Ano, Roman, technicznie wykształcony, miał na studiach
sproro nieelementarnej matematyki, ale nie jest matematykiem. Przygotowując
ów wpis działał jako amator, którego pewne zjawisko matematyczne zaciekawiło
i chciał przekazać innym swój moment fascynacji. I zdołał to uczynić.
W jego wpisie nie ma obietnic, że opanowanie przedstawionego tam algorytmu
przyniesie podwyżkę pensji, lepsze naszkicowanie trajektorii budowanej w
domu rakiety czy ogólny rozwój mentalny, przynoszący harmonię w rodzinie.
Po prostu opowiedział o czymś, co miał za ciekawe zjawisko. A jego
czytelnicy z pewnością nie kierowali się względami użytkowymi, bo szybciej wyciągaliby pierwiastek otwierając swoje kalkulatorki i wypełniając taki
przepis na niemyślenie: „liczba klik pierwiastek klik”.
Przed laty, gdy można było klikać się tylko w czoło, bo kalkulatory nie
istniały, owa technika była przymusowa i dzieci cierpiały przez nią. Nie ma
danych porównujących ilość ofiar kokluszu i wyciągania pierwiastka w owych
czasach, ale nie wykluczam, że były przypadki samobójstw. Podręczniki z ową
techniką gruntownie szlag trafił i sztuka wyciągania pierwiastka siłą woli
ujawniła swoją zasadniczą cechę: jest Sztuką.
Kto wie, może eliminacja 90% zawartości programów szkolnych matematyki
przyniosłaby renesans zainteresowania Sztuką Zależności i Regularności
w Pozornie Chaotocznym Świecie. A blogi propagujące niebanalne wzory
wyparłyby nudną i sprowadzalną do 15 zasadniczych schematów pornografię. Oczywiście, przy wprowadzeniu pewnych obostrzeń we wstępie do Blogów Matematycznych
– pamiętasz historię jak to Tom Sawyer musiał pomalować płot dla cioci?
Może zastanawiasz się co mi znienacka odbiło w środku lata, by przypominać wpis o tym algorytmie. Cóż, mamy w Brazylii bardzo
deszczowy styczeń. Czy to ma związek z pierwiastkami? Kto wie... A poza tym
przeczytałem niedawno artykuł o starożytnym pomyśle, który autor nazywa
„grecką drabiną”. Dziwna drabina gdzie co drugi szczebel prowadzi
do góry, a pozostałe – na dół. Ale niech mu będzie. Ta drabina, czyli
sposób obliczania √2, to klasyk, nawet u B.
Russella w jego historii filozofii siedzi.
Oto ten pomysł: zacznij od pary liczb (1,1). Rób z niej następną (a potem
kolejną itd) używając zasady
parę (a b) zastąp parą (a+b 2a+b) .
Kolejne ilorazy b/a będą tworzyły przybliżenia liczby √2.
Nie powiem tu nic o związku tych przybliżeń z „ciągłymi ułamkami”
i konsekwencjami zapisania prostego wyrażenia x²=2 najpierw w postaci
(x-1)(x+1)=1, potem jako x=1+(1+x)-1, a potem zwariowanego
pomysłu wstawiana iksa skomplikowanego w miejscu iksa prostego. Nie powiem,
bo to jest dobrze opisane w wielu miejscach, a chyba wiesz, że unikam tłumu.
Ale powiem, że ten artykuł, który wspomniałem, to zapis wykładu Roberta J.
Wisnera z
zeszłego roku
i że w pokazuje on tam czemu (b/a)² jest coraz bliższe liczby 2 –
to tak proste, że rzuciwszy tam okiem to zrozumiesz – ale najciekawsze
jest, że wpadł na pomysł lekkiej modyfikacji tej drabiny.
Przedtem powiem, że mógł to wymyślić młody czy stary, zawodowiec czy laik,
ssak czy płaz, takie to proste. Jak raz wymyślił zawodowiec, bo Wisner był
profesorem matematyki na uniwersytecie w Nowym Meksyku, niemłody, bo ma
teraz koło 85 lat a wydaje się, że pomysł mu wpadł do głowy gdzieś 10 lat
temu (więc i wtedy nie był młody), ale każdy mógł to zrobić. Może nie każdy
mógł sprawdzić poprawność pomysłu, ale każdy mógł z tym eksperymentować (to
jest wytworny synonim czasownika „bawić się”).
Pomysł polega na tym, żeby liczbę 2 zastąpić większą liczbą naturalną k.
To znaczy, znowu zacznij od pary (1 1). A potem
parę (a b) zastąp parą (a+b ka+b) .
Kolejne ilorazy b/a będą tworzyły przybliżenia liczby √k.
Oj, dla dużych k zadanie nie jest dla mężczyzn, bo wymaga sporo cierpliwości. Ciąg ilorazów przybliża się powolutku do √k... środa, 27 stycznia 2010, andsol-br
TrackBack
Komentarze
2010/01/27 13:57:32
Nie jestem wyznawcą poglądów G.H.Hary'ego, że w matematyce dobre jest piękne a piękne ma być bezużyteczne. Wierzę, że zjawiska intelektualne potrafiące przetrwać tysiące lat mają swą ważną rolę w życiu społeczeństw a estetyczne kryteria są niemniej powiązane z przyzwyczajeniami niż z immanentnymi cechami zjawisk. Stwierdzenie, że coś ładego jest też użytecznym nie sprzeciwia się żadnym elementom mego oglądu nauki.
Chodzi tu raczej o to, że pośpiech edukacyjny, dążący do sklecenia łatwego i prostego modelu świata na użytek szkół, od dekad wciska do głów uczniów śmiecie o rzekomej nierozdzielności nauki i technologii, a stąd i praktycznych społecznych korzyści. I w tym modelu nauka staje się nieomal urzędoleniem przy dystrybucji dóbr. A są wyśmienite przyczyny, by widzieć nie mniej ważne powiązania nauki ze sztuką. I choć istnienie powiązań między nauką a praktykami społecznymi jest niewątpliwe, moment i konsekwencje ich ujawnienia na ogół jest nieprzewidywalny. Dlatego podkreślam, że element twórczy, bez oczekiwania doraźnych zysków, jest tak ważny w nauce. To nie uwielbienie "czystej nauki", to opieranie się modzie płaskiego utylitaryzmu. 2010/01/27 17:22:19
Miód lejesz na me serce, bo niczego bardziej nie pragnę niż uprawiać naukę w celu zaspokojenia własnej ciekawości sprawdzenia "co wyjdzie, jeśli to zmieszam z tym, a potem podgrzeję". A jak wyjdzie coś interesującego, to dopiero później zastanawiać się, jak można to wykorzystać (a jeśli się nie da, to też nie szkodzi). Niestety, odnoszę wrażenie, że wszelka działalność naukowa w Polsce musi służyć konkretnemu celowi aplikacyjnemu. I najlepiej, jeśli się z góry wie nie tylko, w jaki jest ten cel, do którego się dąży, ale nawet jak do niego krok po kroku dojść jeszcze zanim zaczęło się sprawdzać różne drogi. Tylko szkoda, że mało kto zauważa, że nie pozwalając błądzić ludziom parającym się nauką ogranicza się ich inwencję i kreatywność, czyli działa się na własną szkodę. Hmm, może napiszę na ten temat krótki wpis u siebie, bo tutaj zaczynam pisać jakby nie całkiem na temat... :)
Gość: Throgh, abuv138.neoplus.adsl.tpnet.pl
2010/01/27 19:55:40
na temat, na temat :) , a jak tak Was czytam, to nieuchronnie nasuwa mi się skojarzenie z R.P. Feynmanem
2010/01/27 20:22:40
@Throgh: ja też myślę, że na temat. (A jaki jest temat?) I nie mam nic przeciw, że sobie tak ładnie kojarzysz. Proszę bardzo, może być nawet z Newtonem.
Co do uwagi Romana, że biurokraci chcą, że się z góry wie nie tylko, w jaki jest ten cel [...] ale nawet jak do niego krok po kroku dojść, to zawsze mnie to okropnie śmieszyło w formularzach od projektów i może dlatego nigdy nie pisałem podań o granty. A mam w dupie takie wygłupy. Rozumiem, rzecz jasna, że administrujący pięniędzmi na naukę muszą rozważnie pieniądze wydawać, ale takie knoty z formularzami wypytującymi jakie są cele, terminy,, kroki pośrednie i bezpośrednie itp. wcale nie chronią kasy przed bandą hochsztaplerów bełkocących o badaniach homeopatycznych, o energii wyzwalanej przelewaniem wody z mis stożkowych do stożków miskowych i w ogóle o pamięci wody. Te typy wyśmienicie opanowują żargon i składnię formularzy i u nich wszystkie doświadczenia zgadzają się co do godziny i co do dolara. A błędy nie są wykroczeniami przeciw nauce i marnowaniem środków i energii, a przystankami na trasie do jakiegoś (chwilowo nieznanego) celu. Ale to jest efekt wciskania w lud (od szkolnych lat), że nauka to taki spis faktów, coś w rodzaju książki telefonicznej Warszawy, im lepsza nauka tym więcej numerów tam siedzi.
Gość: fren, acpn90.neoplus.adsl.tpnet.pl
2010/01/27 23:56:25
Hi, hi, hi, fakt, że biurokraci chcieliby wiedzieć co się każdego dnia otrzyma, przez 3 lata, dzień po dniu. Na dobrą sprawę, trzeba by wszystko zrobić, a potem dopiero wystąpić o grant. Ale inteligencja, to przecież umiejętność przystosowania się. ;) Wystarczy na każdej stronie napisać 7x słowo bio, biotechnology, ecology, a na początku każdego akapitu global warming, a ma się grant w kieszeni, nie przeczytają nic więcej. :)
2010/01/28 00:48:08
@fren: wiesz, w matematyce z tym bio nie jest tak lekko, ale... Coś mi się przypomniało. To prawda, że nigdy nie starałem się o granty, ale dorabialiśmy na uczelni tzw. "współpracą z przemysłem", prawie podwajającą pensję, co podnosiło ją do poziomu przeżywalności. Moją szefową była Halina Pidek-Łopuszańska, w każdym, każdym, każdym sensie wspaniała i mądra kobieta. Wiele nauczyłem się na jej wykładach - ale jako jej podwładny w zakładzie niemniej. I niesmak wypisywania projektów owej "współpracy" rozwiązywała prosto i łatwo. Mówiła: "w tym, co pan robi są konstrukcje i te stworzone obiekty stosuje pan w jakichś twierdzeniach? Więc proszę często użyć słów konstrukcja, zastosowanie, pan napisze prawdę a administracja będzie z tej prawdy zadowolona".
2010/01/29 00:37:35
Tak, ciężko czasami odpowiedzieć na pytanie "a po chiny mi pierwiastki w życiu", lub analogiczne.
Ja czasami mówię o obrazach wiszących na ścianie. Stop! Wróć! Błąd! Obrazy nie wiszą na scianie, tylko na haczykach. To, że haczyków nie widać, nie znaczy, że ich nie ma. Prawda? Zatem, bez haczyków obrazy trzeba by jakoś opierac o ścianę, układac na stosie, albo przlepiać taśmą do ściany. Prawda, jakby to ohydnie wyglądało? Nawiasem mówiąc, symbol pierwiastka jest nawet podobny do haczyka. Już wiadomo dlaczego? Albo, drzewo przy drodze. Miasto i elektryka przycinają gałęzie ze względów bezpieczeństwa lub estetyki. Ta gałąź niepotrzebna, tamta przeszkadza - ciach więc. Az raz zrobią jeden ciach za dużo. Popatrzcie, dzieci, przez okno - widzicie drzewo? Co ono robi? A tak, usycha. A dlaczego? Bo maintenance people wycięli jedną gałąż za dużo. Wracając do pytania, czy pierwiastki będą na egzaminie.... Tak, będą, nie wytniemy ich. Chyba, że kto chce uschnąć, jak to drzewo - ręka do góry. 2010/01/29 02:54:57
Nikt nie chce, ale wytną. A potem przyjdą postępowi pedagodzy i zasieją znowu pierwiastki. Bo bez nich wiosną łąki źle wyglądają. Więc jest nadzieja, że jutrzejsze błędy któreś przyszłe pokolenie naprawi.
|
|
Jeden raz, kiedy zastanawiałem się nad tym, czy pręt zbrojeniowy o określonej długości da się donieść do mojego mieszkania na trzecim piętrze biorąc pod uwagę, że klatka schodowa nie jest z gumy i ma określone wymiary. Musiałem w tym celu obliczyć długości przekątnych w przestrzeni i bez Pitagorasa się nie obyło, a kalkulatora pod ręką nie było.
Drugi raz dotyczył nieco makabrycznego tematu. Otóż dowiedziałem się, że w jednym z bunkrów MRU zginął kiedyś harcerz spadając z 30 metrów. Zastanawiałem się, czy miał szansę uświadomić sobie, co się z nim dzieję, więc oszacowałem, z pewnym przybliżeniem, czas lotu w dół. Ponieważ był to ruch jednostajnie przyspieszony, więc znów trzeba było obliczyć pierwiastek. Wyszło mi, że leciał prawie 2,5 sekundy.
Tak więc nie jest tak, że ten algorytm jest wyłącznie sympatyczny (przynajmniej według mnie) użyteczny też może być. Do tego dostarcza mi jeszcze rozrywki, bo jak się nudzę, a pod ręką nie ma krzyżówki, to liczę sobie pierwiastek z jakiejś liczby. :)