|
Blog > Komentarze do wpisu
Sztuka wyzwolona od ¿ycia
Zgodnie z obietnic± przedstawiam parê uwag o artykule Paula Lockharta, o którym mówi³em we wczorajszym wpisie. W komentarzach rozwinê³a siê ca³kiem o¿ywiona rozmowa. Tam te¿ stoi linka do polskiego t³umaczenia tego tekstu i ucieszy³em siê gdy Jurek mi j± podrzuci³, bo wiadomo jak to z jêzykami nawet w¶ród mi³ych i m±drych Polaków. Ale szybko odkry³em, ¿e t³umaczenie mo¿e byæ pomocne dla tych, którzy go potrzebuj±, ale dla przyk³adu, który dzi¶ wspomnê, jest nieprzydatne. Jest – powiedzmy to delikatnie – pewien rozziew miêdzy sensami dwóch tekstów.
Uwagi nie bêd± szerokie ani g³êbokie. tichy powiedzia³, ¿e nie nale¿y wciskaæ s³onia do naparstka i ta s³uszna uwaga jest jeszcze s³uszniejsza gdy my¶li siê o blogu. Je¶li Lockhart rozwin±³ swoje rozwa¿ania a¿ do ksi±¿ki, to ich uczciwa analiza na blogu (i to przed przeczytaniem ksi±¿ki) nie jest wykonalna. Wiêc powiem tu co mnie cieszy ju¿ teraz i gdzie przewidujê jeszcze wiêksz± uciechê przy obijaniu jego tez.
Dlaczego zamierzam je obijaæ skoro wczoraj napisa³em, ¿e artyku³ mnie zachwyci³? Po pierwsze, bywaj± rozmówcy, którzy oka¿± siê sprzymierzeñcami lub adwersarzami, ale zawsze jest przyjemno¶ci± rozmowa z nimi. To widaæ gdy ujawniaj± wiedzê, dobr± wolê i spor± zbie¿no¶æ z naszymi pogl±dami :)
Po drugie, powiedzmy ¿e przepis na naprawê jakiego¶ kawa³ka ¶wiata sk³ada siê z opisu stanu chorobowego, diagnozy i proponowanej kuracji. I ¿e niewielu specjalistów zgadza siê z twoim opisem, bo maj± go za nadmiernie radykalny i mówi±, ¿e przecie¿ nie jest tak ¼le. A tu pojawia siê kto¶ i mówi dok³adnie to, co ty, a ma podium i mikrofon. No to tylko go u¶ciskaæ i potem, na osobno¶ci, zacz±æ spory o dalsze etapy.
Moje przekonanie, ¿e to matematycy (szczególnie szkolni) swoimi programami, metodami, dzia³aniami „pedagogicznymi” powoduj± katastrofê, sk³ada winê na tak licznej grupie osób, ¿e zasadnie wielu mych studentów czy czytelników mo¿e my¶leæ co¶ o zielonych winogronach albo o jednym z oszo³omów, który co tydzieñ odnajduje niezno¶ne b³êdy u Einsteina, albo o mizantropii spowodowanej wrzodem ¿o³±dka. Kto mnie tu stale i uwa¿nie czyta, chyba bêdzie sk³onny powoli przechodziæ na moj± stronê, bo czasami potrafiê pokazaæ jak mo¿na rozwik³aæ niektóre zagmatwane sprawy bez po¶wiêcania jako¶ci cenionej przez specjalistów. Ale posiadanie sprzymierzeñca, drukowanego po angielsku i przez szanowane wydawnictwo bardzo mi u³atwi ¿ycie. Drobny przyk³ad. Ile to ja siê nie natr±bi³em o idiotyzmie tych „mieszanych liczb” czy „u³amków niew³a¶ciwych”... Móg³ kto¶ mieæ to za obsesjê, z powodu u³amka niew³a¶ciwego, który w szkole mnie obija³ po korytarzach. A teraz wyci±gnê ksi±¿eczkê i zacytujê urywek, ¿e ¿aden zdrowy umys³owo matematyk nie zajmowa³by siê tymi banialukami.
Wiele leków przepisywanych przez Lockharta stosujê od dawna. Choæby w tym semestrze, na wieczorowym kursie uczy³em graæ studentów w wy¶cigi samochodowe (tor na pokratkowanym papierze), w bitwê morsk± (nie z okrêtami ale z czterema obszarami po 16 kratek), w grê eli, w Fibonacci Nim, a w tym tygodniu bêdzie „gra ¿ycia” (the game of life) Conway'a. I wierzê, ¿e mo¿na uczyæ matematyki pokazuj±c jej strony zaskakuj±ce, tajemnicze i artystyczne (a czemu tylko zidiociali numerolodzy maj± spijaæ z tego dzbanka miodek?), ale daleki jestem od filozofii Hardy'ego o jej tym wiêkszej warto¶ci im mniej ona siê przydaje. Co wiêcej, czêsto wy¶miewam przed studentami tê jego postawê mówi±c, ¿e ¿ycie przynios³o ironiczny epilog, no bo z jakiego prawa jest on znany w¶ród nie-matematyków? Z prawa Hardy'ego-Weinberga? Banalny list do pisma o elementarnej matematyce, ale wnosz±cy nieco jasno¶ci w kwestie dziedziczno¶ci...
Niedobrze jest gdy kto¶ siê oddaje tylko jednej idei. Idea to nie ¿ona. Dieudonné z filipikami przeciw trójk±tom, Hardy krêc±cy nosem przeciw zastosowaniom, Arnold domagaj±cy siê, by tylko problemy wywodz±ce siê z dobrej fizyki mia³y prawo ¿ycia, oni wszyscy zaczynali od wa¿nych obserwacji i koñczyli spêtani siatk± w³asnych logicznych ale nieu¿ytecznych wniosków. Niestety nie³atwo jest mówiæ genialnym ludziom: „kochany, rozlu¼nij siê”.
Zachêcam do uwa¿nego prze¶ledzenia sprawy k±ta wpisanego w pó³okr±g (strony 20-22 angielskiego pdf-a) gdy najpierw przesadza z brzydot± formalizacji dowodu, ¿e to k±t prosty (tylko logicy i kompletni mizantropi tak by to zapisywali), potem pokazuje ¶liczne rozwi±zanie swojego ucznia (sam bym by³ dumny gdybym to wymy¶li³) – po angielsku wyra¼niejsze s± istotne k³opoty, bo tam dwa razy jest u¿yte s³owo „must” – a dopiero na stronie 22 ujawnia, ¿e oczywisto¶æ podanego rozwi±zania nie by³a wiele warta, bo trzeba by³o jeszcze znale¼æ dobry argument czemu co¶ oczywistego jest prawd±. Dla nieprzyzwyczajonych do ¿eglugi na tych morzach: rzeczy oczywiste dziel± siê w zasadzie na trzy grupy: takie, które s± prawdziwe i przy mniejszym czy wiêkszym wysi³ku da siê tego dowie¶æ; takie, które s± fa³szywe, co zauwa¿ano na ogó³ po wielu latach wiary w oczywisto¶æ; takie, ¿e jedna cholera wie czy to prawda czy nie.
Inaczej mówi±c, nie by³o tam tak prosto, ¿e kto¶ zauwa¿y³ co¶ piêknego i klasa by³a weso³a. Zapewne wszyscy ulegli perswazji, ¿e dwie przek±tne pude³ka „musz±” byæ ¶rednicami okrêgu – a potem kto¶ zapyta³: „a niby czemu musz±?” i wszyscy zaczêli intensywnie g³ówkowaæ.
I najgorsza sprawa. Przy u¿yciu sugerowanych metod, dobry, cierpliwy, pe³en fantazji i wiedzy nauczyciel wiele dobrego mo¿e zrobiæ. Ilu ich trzeba w polskich szko³ach? Licz±c zgrubnie ilu jest uczniów, ile lekcji matematyki maj±, ilu jest ich w jednej klasie, jakie jest obci±¿enie dydaktyczne nauczyciela, powiedzia³bym: gdzie¶ miêdzy 15 a 25 tysi±cami. I wiemy jakie s± ich pensje. Jakie¶ sugestie jak taki sen przemieniæ w polsk± rzeczywisto¶æ?
Dostrzegamy tu pewne praktyczne k³opoty? No to mo¿e lepiej zacz±æ my¶leæ o czym¶ zupe³nie innym, na przyk³ad o materia³ach w Sieci, które uczeñ bêdzie móg³ i bêdzie chcia³ sam opanowaæ, nie przejmuj±c siê (nie)istnieniem dobrych nauczycieli? poniedzia³ek, 16 listopada 2009, andsol-br
TrackBack
Komentarze
2009/11/16 13:52:54
Amerykanie, jak historia wskazuje, w wielu sprawach dokonywali przegiêæ- a to w rozpowszechnianiu demokracji w ¶wiecie, w finansach, w wielu innych obszarach ¿ycia
(np. erotyka, fantomy i inne akcesorja) , równie¿ ingerowali w dziedzinie nauczania. Ich s³awne maszyny dydaktyczne (podrêczniki sprzed trzydziestu lat) algorytmizuj±ce proces nauczania, kszta³ci³y zasoby ludzkie na potencjalnych niewolników. Potem przyszlo otrz¿wienie- slawetne lanie w Korei, Wietnanie, a czeka ich teraz mo¿e w Iraku i Afganistanie. Teraz Lockhart, wychodz±c ze swoich wyobra¿eñ o matematyce (sztuka wysokiego poziomu, abstrakt, po¿ywka dla lekkoduchów o okre¶³onej reputacji) daje "rewolucyjne" propozycje jak nauczaæ matematyki. Wg niej ca³a masa uczniów po takim kursie stanie siê, je¶li nie od razu to mo¿e w w niedalekiej przysz³o¶ci, geniuszami i twórcami "czystej sztuki". Majcherek chyba poczyta³ "Lamenty matematyka" i swoje "widzi mi siê" pomie¶ci³ w artykule "Specjali¶ci manipulatorzy". Wg niego nauczanie matymatyki w szkole trzeba zmarginalizowaæ albo najlepiej zdelegalizowaæ. Na szczê¶cie s± jeszcze instytucje kszta³c±ce w naukach stosowanych. Na ¶ciólce du¿ego dostêpu do informacji , dzi¶ wylêg geniuszy mo¿e byæ wiêkszy, chocia¿ ich osi±gniêcia rozmazywaj± siê w pracy kolektywnej. Matematykom- tak! Naukom stosowanym tez. Tak naprawdê nic nie jest na tym padole ¿iemskim oderwane od ¿ycia ( tytu³ wpisu Andsola)- cz³owiek te¿ jest przecie¿ tworem natury, a jego my¶lenie to fenomen w ¶wiecie o¿ywionym. Teoria ewolucji tego nadzwyczajnego zjawiska nie jest w stanie prze³kn±æ: bo jak ono mo¿e powstaæ u poczwary z deterministycznego zapisu ( potem losowego) DNA i funkcjonowania biologicznego generatora losowego. Tak powsta³e stwory czu³e s± przecie¿ na dzia³anie otoczenia ( dobór naturalny). Wiele cywilizacji posz³o w niebyt. Nasza- przy niekontrolowanym konsumcjoni¼mie- te¿. Nie pomog± prorokowania matematyków, bo ludzko¶æ w swojej masie jest matolska- i to stwierdzenie jest prawem. Niech kto¶ z tego forum je obali. 2009/11/17 02:54:58
uczy³em graæ studentów w wy¶cigi samochodowe (tor na pokratkowanym papierze)
Takie, co to w ka¿dym ruchu mo¿na x lub y zmieniæ o 1? Grywa³em na lekcjach, choæ pewnie nie matematyki... 2009/11/17 14:41:49
@miskidomleka: ano. Pierwszy raz pokaza³em to dla zachêty do u¿ywania notacji wektorowej, ale od razu okaza³o siê, ¿e wiele osób dopiero przy tej okazji u¶wiadamia sobie, ¿e niemo¿liwo¶æ wielkiej odmiary wektora prêdko¶ci zabrania goniæ jak wariat na ostrych zakrêtach...
|
|
(te¿, wiele jest "tak", i te konkretne "taki" warto zaadptowaæ, ale nie wiêcej)
Po zerowe, lament to nie wywód. Adresatem jest nie kora (z tych mózgowych). tylko rewiry podkorowe.
Po pierwsze, analogia. Matematyka (czy inna dziedzina) jako muzyka czy malarstwo? Ale, czy naprawdê on o muzyce lub o malarstwie ma pojêcie? Czy tylko ma pojêcie o swym wyobra¿eniu muzyki? Czy on widzia³ jak artysta pracuje? Tak na codzieñ, zanim w gali otworzy wystawê lub w oklaskach uk³oni siê na koncercie?
Tak pisze, jakby ka¿dy kto ma do czynienia z muzyk± - od razu musia³ byæ kompozytorem. A przecie¿ s± np. wirtuozi. Po prostu graj±, nijak nie komponuj± (w matematyce nie za bardzo jest ich odpowiednik). S± te¿ tacy, co - ot tak, po prostu graj±. Dla siebie, dla rodziny, od niedzieli. S± operatorzy d¼wiêku. S± agenci. Ca³a masa ró¿no¶ci - pominietych (tu - w matematyce odpowiedniki sa).
Analogia urzekaj±ca, porywaj±ca - ale przez tê zbyt szybk± apoteozê - niebezpieczna, mo¿e nawet fatalna.
Fatalna analogia mo¿e mieæ fatalne skutki. Gorsze lekarstwo ni¿ choroba.
Nie daj Bo¿e jaki¶ decydent edukacyjny wys³ucha, i diabe³ podkusi, ¿e powie - to jest to (nie mówi±c, ¿e to nie wszystko).