|
Blog > Komentarze do wpisu
Przybysze: Paulo Rónai
Paulo wszedł do redakcji pisma Revista do Brasil. Wiedział, że człowiekiem pochylonym nad jakimś tekstem był słynny ze swojej erudycji sekretarz redakcji, Aurélio Buarque de Holanda Ferreira. „Przyniosłem mój tekst, może pan go przyjmie. To o podróżnikach węgierskich w Brazylii.” Jeszcze na Węgrzech zebrał materiał do niego. „Proszę tu zostawić i wrócić za tydzień” powiedział Aurélio. Gdy wrócił, Aurélio nie marnował czasu. „Dobry. Wezmę. Ale trzeba go przełożyć na portugalski."
Tekst był po francusku. Paulo nigdy nie napisał ani zdania po portugalsku ale wziął się do pracy. Przy kolejnej wizycie w redakcji, Aurélio posadził go, zaczął czytać, wyciągnął czerwony ołówek i w pierwszych liniach zakreślił dziesięć błędów. „Ależ to tłumaczenie jest okropne. Czyje ono jest?” „Moje” – wyznał Paulo. „A jak długo jest pan w Brazylii?” „Piętnaście dni.” „Ach, jeśli tak, to tłumaczenie jest wspaniałe. Zaraz panu wyjaśnię co tu trzeba poprawić.”
To był początek ich wieloletniej współpracy i przyjaźni.
Wszystko, co miało związać Paula Rónai z Brazylią, było równie zdumiewające. W 1930 roku ma 23 lata, studia z filologii klasycznej i doktorat z młodego Balzaca. Uczy w budapesztańskim gimnazjum żydowskim, tłumaczy z węgierskiego na francuski i z paru języków na węgierski. Dostaje stypendium francuskie do Paryża, jego przyjaciółmi są Antal Szerb i Ender Geléri (wielkie nazwiska węgierskiej literatury) i zaczytuje się francuskimi kolekcjami „Sto najlepszych wierszy ...”, gdzie za trzy kropki należy wstawić wiele narodowości. I zamawia wtedy zbiorek z poezją brazylijską.
Gdy go dostaje w Budapeszcie, tego samego dnia tłumaczy jeden z wierszy, zanosi tłumaczenie do redakcji i jest ono natychmiast zaakceptowane do druku. Zaczyna uczyć się gramatyki portugalskiej i po paru latach publikuje pierwszy na Węgrzech tomik poezji brazylijskiej, w którym są wiersze poety Ribeiro Couto. Data publikacji – 1 września 1939 roku.
Po paru dniach relacja o tym fenomenie dociera poprzez kanały dyplomatyczne do gazety Correio da Manhã z Rio de Janeiro, która pisze: „Gdy zaczyna się wojna, jakiś szaleniec z Budapesztu wydaje brazylijskie poezje”. Po paru dniach gazeta przynosi gratulacje za tę wiadomość, przysłane przez konsula brazylijskiego Ribeiro Couto z Hagi. Rónai dowiaduje się o tej korespondencji i pisze do Hagi pytając czy konsul jest krewnym poety. Odpowiedź informująca, że to sam poeta, zaczyna ich korespondencję i przyjaźń. Pewna ich wymiana zdań staje się materiałem cytowanym na wykładach filologii. Rónai pyta w liście co znaczy „morro”. Ribeiro Couto przysyła mu rysunek wzgórza. Rónai odpowiada, że wie o tym, znalazł słowo w słowniku, ale tekst wiersza mówiący o „menina do morro”, o dziewczynie ze wzgórza, sugeruje, że jest biedna, a w Budapeszcie domy na wzgórzach są wśród najbardziej eleganckich. Poeta wyjaśnia mu, że w Rio „morro” jest prawie synonimem słowa „favela”. Zainteresowanie „szaleńcem” jest takie, że Ribeiro Couto załatwia mu wizę wjazdową i stypendium brazylijskie – ale wykorzystanie tego zaproszenia okazuje się trudne. Faszyści węgierscy gromadzą Żydów w obozie koncentracyjnym na wyspie na Dunaju, gdzie najróżniejszych specjalności intelektualiści demolują budynek a potem bez narzędzi go rekonstruują. Ale przed nadejściem zimy 1940 roku wypuszczają więźniów na krótki czas. Wystarczająco długi, by w końcu grudnia Paulo Rónai wsiadł na okręt i w marcu 1941 wysiadł w Rio de Janeiro. A potem ... od opisu rytmu jego działań w Rio zacząłem tę opowieść.
I tak gonił przez całą resztę życia, aż do 1992, gdy rak go zwyciężył. Praca w szkołach, w których uczył wielu języków, tłumaczenia (pod jego nadzorem przełożono całą Ludzką komedię Balzaca), kompilacje opowiadań z najróżniejszych literatur, artykuły o teorii tłumaczenia i działania organizacyjne, by poprawić los tłumaczy w Brazylii... Z uratowanej przed śmiercią na Węgrzech rodziny dzięki pomocy innych pisarzy na placówkach dyplomatycznych zdołał ściągnąć do Brazylii 7 osób. Ale nie żonę (z którą pobrał się per procura), gdy szła do poselstwa brazylijskiego, w którym by zapewne była ocalona, złapali ją faszyści i zmarła w węgierskim obozie koncentracyjnym.
Poraża mnie nie tylko pracowitość takich ludzi jak on, ale też zdolność obrócenia w atut najgorszych blotek, które los mu podesłał. Gdy na początku pobytu w Brazylii ameba zmusiła go do położenia się w szpitalu, tak intensywnie pracował w nim nad łacińskimi tekstami, że wychodząc zaniósł do wydawnictwa parę gotowych podręczników. Do dziś są używane. Tyle tylko, że wtedy jego Gradus Primus było podręcznikiem gimnazjalnym, a dziś jest używany na uniwersytetach.
Całe jego (a także następne) pokolenie miało niespożyte energie – wraz ze znajomością języków i głębokim rozumieniem jak ważne są tłumaczenia tekstów z innych literatur. Poeci, których tłumaczyłem, José Paes, Mario Quintana, Paulo Leminski, zostawili całą bibliotekę tłumaczeń z wielu języków na portugalski. Liczba dzieł sygnowanych przez Paulo Rónai wydanych w Brazylii przekracza setkę.
Prawdziwa maszyna do pracy w kulturze. Materiałów w Sieci dotyczących Paulo Rónai jest wielka mnogość. Bardzo sobie cenię wywiad z nim zrobiony przez Folha de São Paulo w 1991 oraz pracę doktorską, którą w 2004 roku obroniła na Unicamp Marileide Esqueda. poniedziałek, 02 listopada 2009, andsol-br
TrackBack
Komentarze
2009/11/04 20:23:11
A weźmy to optymistycznie: są tacy ludzie. Niektórzy mają dziś 16 lat, inni, 26. O wielu z nich może będą pisać Wikipedie...
A że w chórze monofonicznym smędzącym kantatę "O Boże, nie mam na nic czasu" są tłumy, to całkiem inna sprawa... Miłe słowa zapamiętane, kiedyś oddam z oprocentowaniem. |
|
Gest Kozakiewicza pokazywany całemu światu aż do końca? Oni się nie wypalali. A może dostrzegamy tylko tych co się nie wypalali?
bardzo mi się spodobało.