Słowa w ordynku. Słowa w ataku i w obronie. Pomieszane. Refrakcja słów w stali i w wodzie. Odbicia słowne i zwidy. Ład i gładkość. Spazmy i erupcje. Kojący wpływ soku z passion fruit. Od rzeczy i do rzeczy. Krótko mówiąc. Ostatnie słowo. Na początku był skowyt.
Blog > Komentarze do wpisu
Godność komitetu

Niespodzianka. Komentarz tichego sprzed dwóch dni mówi, że nie zna moich ulubionych książek „Disturbing the Universe” oraz „From Eros to Gaia”. Najlepszą zachętą jest smakowity kąsek. Więc zeskanowałem kawałek tekstu z tej ostatniej książki i tu go umieszczam, ale muszę być usłużny także w stosunku do tych nielicznych Polaków, którzy angielskiego nie znają. A wydaje się, że żadna ze wspomnianych książek nie wyszła po polsku. Cóż, postaram się przełożyć kawałek kawałka, przynajmniej jedną trzecią, gdzie Dyson pisze o trzecim świecie. W pozostałych fragmentach pokazuje, że decyzje podejmowane przez komitety nie miały zbyt odmiennej struktury w innych światach i nie zepsuję przyjemności czytającym po angielsku przedwczesnym zdradzaniem kim byli Fulani dla CCCP. No to do roboty. Drastyczne błędy tłumaczenia proszę wytknąć w komentarzach i zwalić na ciągnącą się grypę.

Freeman Dyson – From Eros to Gaia

Rozdział 3

Przestroga w formie sześciu opowiadań dla naukowców

1988

1. Trzeci Świat

Zacznę od trzech opowieści stanowiących przestrogi, po jednej na każdy z trzech światów, na które podzielona jest nasza planeta. Jeden z morałów mówi, że ludzka natura jest taka sama we wszystkich trzech światach. Jesteśmy tymi samymi ludźmi popełniającymi te same pomyłki, niezależnie od tego czy tak się składa, że należymy do trzeciego, drugiego czy pierwszego świata. Lecz pozwól, że najpierw przedłożę te opowieści. Powinny one mówić same za siebie. Po usłyszeniu ich można zadecydować jakie morały można z nich wyciągnąć.

Do reprezentowania trzeciego świata wybieram wioskę Ngon w Centralnej Afryce, w której moja córka Mia spędziła pewien czas jako wolontariuszka w Korpusie Pokoju. Moje informacje pochodzą z nieopublikowanego raportu, który Mia napisała po powrocie do domu. Mia odwiedziła Ngon będąc zatrudniona przez Biuro Rozwoju Społecznego w Republice Kamerunu. Jej oficjalnym zadaniem było branie udziału i wspomaganie lokalnych inicjatyw prowadzących do polepszania publicznego zdrowia i wykształcenia.

Głównym problemem w Ngon jest woda. Wieś jest oddalona o kilkanaście kilometrów od najbliższego źródła pitnej wody. Wieczorem czy rankiem, kobiety ze wsi muszą iść do źródła i wracać niosąc ciężkie naczynia z wodą na swych głowach. W czasie suszy źródło degeneruje się w grzęzkie zamienia się w grząskie bagno. W 1985 roku oficjalny Komitet Rozwoju Wsi, złożony z wybitnych mieszkańców z Ngon i trzech sąsiednich wiosek zebrał się, by rozważyć problem dostawy wody. Spotkania były prowadzone zgodnie z tradycyjnymi zasadami afrykańskiej gościnności, przewodzili szefowie wiosek, ich żony dostarczały zebranym jedzenie i napoje, a moja córka siedziała wśród szefów jako honorowy gość. Większość mieszkańców należała do grupy Boulou i mówili językiem Boulou, ale przez trzy pokolenia byli kształceni we francuskim biurokratycznym żargonie. Stosownie dla swego oficjalnego statusu, Komitet Rozwoju Wsi prowadził swe narady po francusku.

Możliwe były dwa kierunki działań. Nazwę je Planem A oraz Planem B. Plan A mówił o wykorzystaniu usług zawodowego budowniczego studni, który jak raz mieszkał nieopodal. Wymagane przezeń honorarium było wedle wiejskich standardów wysokie, ale do zniesienia. Miałby on zaprojektować i nadzorować budowę stosownej studni, a także łaźni oraz pralni, przy użyciu siły roboczej mieszkańców wsi. Moja córka wywiedziała się o jakości jego prac w innych wsiach i rezultaty był w pełni zadowalające. Plan B zakładał wysłanie do centralnego rządu w Yaoundé, oddalonemu o 300 km i połączonego złymi drogami, formalnego wniosku o konstrukcję systemu rurociągów używających miejskiej technologii. Szanse na przyjęcie tego wniosku były nieduże. Wiele setek wiosek ubiegało się o ograniczone rządowe fundusze. Ale gdyby tak się złożyło, że Ngon by się okazał szczęśliwym zwycięzcą, wielkie by były nagrody, szczególnie dla Komitetu Rozwoju Wsi. Podjęto jednomyślną decyzję, by wcielić Plan B. W wyniku tego, przynajmniej do chwili odjazdu mojej córki z kraju, Ngon nie miała ujęć wodnych.

Gdy zakończyły się narady, moja córka wróciła do wsi i rozmawiała na osobności z mieszkańcami, starając się zrozumieć czemu podjęli decyzję, którą uważała za wyraźnie gorszą. Odkryła, że wszyscy, nawet kobiety chodzące z naczyniami do źródła, woleli Plan B. W końcu prawie przekonali moją córkę, że Plan B był sensowny, bowiem – jak powiedziała jej jedna z kobiet – w Ngon nikt nie umierał z braku wody. Problem dostępu do wody nie był sprawą życia i śmierci. To był problem statusu. Z jednej strony, akt pisania oficjalnego wniosku do rządu podnosił status wioski i Komitetu Rozwoju Wsi, nawet gdyby nic z tego nie miało wyjść. Otwierało to kanał komunikacyjny i przynosiło kontakty między lokalną ludnością i politycznymi władzami w Yaoundé. Na długą metę, takie kontakty są dla życia wsi ważniejsze niż publiczna łaźnia. Z drugiej strony, wdanie się w interesy z jakimś kopaczem studni z odludzia było poniżej godności oficjalnego Komitetu Rozwoju Wsi. A gdyby te argumenty nie były wystarczające, była jeszcze trudniejsza do odparcia przyczyna, zmuszająca do odrzucenia Planu A. Kopiący studnie jest Fulani. Należy do niewłaściwej grupy etnicznej. Lud Boulou z Ngon to osiadli rolnicy. Żyją we wsiach od niepamiętnych czasów i uważają, że są ucywilizowani. A Fulani to ludzie z Północy, koczownicy i pasterze bydła. Żaden szanujący się Boulou nie mógłby wykonywać nakazów wydanych przez Fulani.

piątek, 09 października 2009, andsol-br
TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2009/10/09 07:20:34
"Nie zna..

To było wtedy. Nie czytam całych książek, nie wiem od jak dawna, a w dzisiejszych czasach o fragmenty łatwo - google.books i podobne. Takoż (zamiast iść spać, po odrobieniu zadań domowych), spędziłem czwartkowy wieczór z urywkami dostępnymi Disturbing the Universe...

A bygone era...

Niniejszy Twój wpis, andsolu, jest raczej pesymistyczny, bo mówi, że nijak nie da rady nikomu pomóc ponad to, czym kto jest. Co najwyżej mozna się poświęcić dla kogo.




-
2009/10/09 08:22:52
"W czasie suszy źródło degeneruje się w grzęzkie bagno" - zamienia się w grząskie bagno.

Ludzie są tacy sami na całym świecie. U znajomej na wsi (mazowieckiej) mieszkańcy z powodów trudnych do zrozumienia wybrali kiedyś telefonizację kablową zamiast wodociągu (fundusze były ograniczone). Nie przewidzieli rozwoju telefonii komórkowej.
-
Gość: , kyi66.internetdsl.tpnet.pl
2009/10/09 14:25:11
"U znajomej na wsi (mazowieckiej) mieszkańcy z powodów trudnych do zrozumienia wybrali kiedyś telefonizację kablową zamiast wodociągu (fundusze były ograniczone). Nie przewidzieli rozwoju telefonii komórkowej." Nikt tego nie mógł przewidzieć - to raz. A dwa - wodę mieli ze studni, a telefonów zapewne nie mieli wcale.
Poza tym wszystko się zgadza :) Ludzie sa tacy sami: Szlachcic z Szańkowa nie zniży się do dyskursu z chamem z Łosic- ze względu na własną godność.
-
Gość: Throgh, kyi66.internetdsl.tpnet.pl
2009/10/09 14:26:12
przepraszam za brak podpisu w poscie powyzej
-
2009/10/09 17:15:00
Jest zasadnicza różnica między need the master a master the need.

Nawet gdy błędnie wybrało się potrzebę, jak ta wieś z telefonami. Ale kto to mógł przewidzieć? Nawet głupiego Nobla nie da się przewidzieć, a cóż dopiero to, że pewna technologia nagle, z poniedziałku na wtorek, wchodzi pod strzechy.

A z tym statusem, to coś w tym jest. Pamiętam z dawnych czasów, gdy swym własnym małym fiatem udałem się z rodziną na wczasy, wczasowicze grupując się (w celach wspólnych udawań się na plażę, wypijania razem piwa, itp.) grupowali się mniej względem cech charakteru, a bardziej względem marki samochodu. Były to siermiężne czasy, więc siermiężne były podziały - ci co małymi fiatami, ci co dużymi fiatami....