Słowa w ordynku. Słowa w ataku i w obronie. Pomieszane. Refrakcja słów w stali i w wodzie. Odbicia słowne i zwidy. Ład i gładkość. Spazmy i erupcje. Kojący wpływ soku z passion fruit. Od rzeczy i do rzeczy. Krótko mówiąc. Ostatnie słowo. Na początku był skowyt.
Blog > Komentarze do wpisu
Ale my ich ucywilizowaliśmy

Indianie dali nam lekcję wychowania. Dla nich, stary jest właścicielem historii; Indianin jest właścicielem wioski; dziecko jest właścicielem świata. Współżyliśmy z ludami indiańskimi przez 49 lat i nigdy nie widzieliśmy, by matka pociągnęła dziecko za ucho czy ojciec dał mu kuksańca. Rodzice nie mówią „nie” dziecku. Gdy robi ono coś, z czym rodzice nie zgadzają się, bierze się je i prowadzi w inne miejsce.
[...]
Gdy chcesz się czegoś dowiedzieć, pytasz starego; gdy chcesz coś zrobić w wiosce, rozmawiasz z właścicielem domu; gdy chcesz spotkać dziecko, ono wyciąga ramiona i bierzesz je na ręce.
[...]
Współżyliśmy z nimi w dziesiątkach wsi mówiących różnymi językami. Nigdy nie widzieliśmy, by się kłócili. Mają tę samą wizję świata. Ich problemy są identyczne i mają takie same rozwiązania.
[...]
Kacyk, czyli ich szef, to lider kulturalny wioski. Ma wiele przywilejów, ale musi poddać się wielu ograniczeniom: na przykład, nie może mówić głośno ani śmiać się czy czynić gwałtownych gestów. Nie jest jego funkcją narzucanie reguł ani wyznaczanie zadań, ale nawiązanie związków między społecznością i pajés [czarownikami], którzy spotykają się każdego popołudnia, by rozmawiać, palić i rozważać o losach plemienia. Kacyk nie bierze udziału w rozmowie. Jedynie słucha i następnego ranka trzymając w ręce łuk zwraca się do swego ludu zgromadzonego przed maloca [chata plemienna], by przekazać zalecenia pajés i potem je realizować.

Z wywiadów, które udzielał Orlando Villas Bôas.

środa, 24 czerwca 2009, andsol-br
TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
Gość: dudi, gl209-16.master.pl
2009/06/24 11:59:47
no tak... cywilizowani "szefowie" mają dokładnie odwrotnie: mówią dużo i głośno, machają rękami, zazwyczaj się śmieją, chcą wyznaczać zadania i narzucać reguły..... :/
-
2009/06/24 12:43:03
...i będą pierwsi w wyśmiewaniu dzikusów, których znają jeszcze z Karola Maya.
-
2009/06/24 13:15:54
Mam pewne problemy z podobnymi relacjami. Są dla mnie nader trudno weryfikowalne. A własnych doświadczeń mi brakuje. Nieufność bierze się z konsekwentnego propagowania przez niektórych etno- i antropologów stereotypu "szlachetnego dzikiego". Prawdopodobnie w szczytnym celu przeciwstawienia się rozpowszechnionemu stereotypowi "dzikiego barbarzyńcy".

Jeśli jednak źródło jest wiarygodne - to wnioski są przygnębiające.
-
2009/06/24 13:21:15
Poczytałem sobie trochę o braciach Villas Bôas. I o tym co zrobili dla Xingu. Jest to imponujące i budzi szacunek. A zatem - wnioski niestety smutne.
-
Gość: Throgh, kyi66.internetdsl.tpnet.pl
2009/06/24 14:43:40
Ich czas mija- nieubłaganie. I koniec tej kultury minie bezpowrotnie zmieciony przez kolorowe plastikowe miski Made in China, zapotrzebowanie na surowce by China oraz AIDS by cały świat. To naturalne i smutne.
-
2009/06/24 15:29:37
@Throgh: jak siąść przy drodze i spokojnie patrzeć, to wszystko mija. Nawet żmija mija. A może i pterodaktyl. Ale chyba najważniejsze, żeby nie każde mijanie przyspieszać :)

@Telemach: a więc udało mi się spełnić zamierzenie, zainteresowałem tym wspaniałym człowiekiem. Gdyby pisać: dwukrotnie wysuwany do nagrody Nobla to czytelnik pomyśli: o, znowu jakiś Mugabopodobny, zarzynał, zarzynał, aż obiecał, że nie będzie więcej, bo zarzynanie jest okrutne, no to go nagrodzili. Rondon też był wysuwany do Nobla. I wymyślił Xingu prawie 60 lat temu. Ale w światowej świadomości zachowało się (a w Polsce, jak to na kresach cywilizacji bywa, zachowało się mocniej niż w miejscach gdzie czasami sięga się do źródeł), że Brazylia to wysyłanie przez rząd koców zatrutych czymś, by wejść na ziemie Indian i móc spalić płuca świata. I sto lat konsekwentnej i mądrej polityki dotyczącej Indian idzie w kąt pamięci.

Tak często piszesz o niemądrych "wiedzeniach", które jakoś tak się same zrobiły, bez czyjejś widocznej woli. I o tym jak to trudno odkręcić. A tu jest dużo gorzej, bo jest potwornie dużo złej woli (no nie, dobrej, dobrej, chodzi o zadbanie o płuca świata) i niewiarogodnie duże pieniądze na opracowanie i rozpowszechnienie alternatywnej wersji rzeczywistości.

A o Rondonie kiedyś napiszę tu.
-
2009/06/24 15:48:27
@Telemach: uświadomiłem sobie, że odpowiedziałem Ci jakoś obok, bardziej sobie niż Tobie :( Więc gdyby Rousseau ze swymi teoriami wchodził do dżungli to by zrobiono z niego bankiet. Bracia Villas Bôas weszli uzbrojeni po zęby z obstawą bandziorów - kolonizatorów, przerobionych przez nich na ambientalistów :) Bo Indianie mogą swoim nie dać klapsa, ale cudzego chętnie ustrzelą z łuku, szczególnie gdy mają powody mu nie ufać. O nieciąganiu za ucho dowiedział się po wielu latach, ale o ich wojnach wiedział zawsze, tam nie było żadnej naiwności czy chciejstwa.
-
2009/06/24 17:23:11
Faktycznie, tak się to TUTAJ przedstawia. Z bandziorów - ambientalistów? Człowiek żył i umrze głupi. Wszystkiego trzeba dotknąć, trzy razy sprawdzić, siedem razy obrócić. Zyjemy w świecie uproszczonym przez wielkich upraszczaczy.
Napisz o tym proszę więcej.
-
2009/06/24 22:08:09
Nasza cywilizacja niestety zatracila umiejetnosc OBSERWACJI i wspolistnienia z tym, co zaobserwowane, wyciagania wnioskow.
Wychowanie dzieci to najczesciej TRESURA i hodowanie. Troche jak ze zwierzatkami domowymi: zapewnia im sie dach nad glowa, jedzenie, ubranie, zabawki a w zamian oczekuje, ze sie nam podporzadkuja i nie beda sprzeciwiac.

Smutne to.

Z drugiej strony.... system spoleczny indian (tu opisanych) jest nastawiony na TRWANIE. Sa w tym swietni, wypracowali bardzo dobre sposoby wspolistnienia ludzi we wlasnych spolecznosciach, niestety sa nieprzygotowani na zagrozenia plynace z zewnatrz. Cos za cos, nie ma nic darmo.

Szkoda, ze o braciach Boas i tym co zrobili niewiele sie mowi w kregu kultury zachodniej. Dla przykladu: kazde dziecko od Uralu do Portugalii wie, kto to byla matka Teresa, a ile osob wie, kim byli i co zrobili bracia Boas?
-
2009/06/26 06:19:56
@Telemach: odszukałem ten kawałek wywiadu (zresztą w czymś dość okropnym, że jak ja tam wszedłem... Legion Dobrej Woli, to taki Ojciec Od Ryja ale z obsesją antykomunistyczną, nie antyżydowską), gdzie reporter pyta o pierwszą ekspedycję. Orlando V.B. rzecze:

Pierwszy kontakt nie był z Indianami ale z osadnikami z centrum kraju, zwanymi ludźmi poza prawem, którzy przybyli tam, by szukać szczęścia szukając cennych minerałów, obozowisko zabałaganione, straszne. Każdej nocy pojawiało się na ulicy parę ciał. Ludzie bez pojęcia o świecie, ale wśród nich musieliśmy wybrać pracowników. Wzięliśmy 14 z nich i noc po nocy sadzaliśmy ich przy ognisku i rozmawialiśmy z nimi i odkrywaliśmy, że to były bajeczne, fantastyczne, wspaniałe indywidua. (...) Rozmawiając wbijaliśmy im do głów, że napadaliśmy na ziemie Indian i że oni mieli prawo nas stamtąd wyrzucić i nie mogliśmy w żadnym wypadku opierać się temu. Nasza ekspedycja była paramilitarna. Każdy z tych ludzi miał wojskową strzelbę z 50 nabojami...

A więc nic z Rousseau i głupiego ględzenia :)

W ogóle tyle tam do gadania o nim... Coś tu powrzucam. W następnych latach :) Ale tę historię o wizycie króla belgijskiego chyba wcześniej, bo nie wytrzymam tak długo dręczyć Twoją cierpliwość.