Słowa w ordynku. Słowa w ataku i w obronie. Pomieszane. Refrakcja słów w stali i w wodzie. Odbicia słowne i zwidy. Ład i gładkość. Spazmy i erupcje. Kojący wpływ soku z passion fruit. Od rzeczy i do rzeczy. Krótko mówiąc. Ostatnie słowo. Na początku był skowyt.
Blog > Komentarze do wpisu
W czystym domu wszystkim jest łatwiej żyć

Czy wpisy blogowe mogą wywołać ogólnopolską akcję domagającą się odmiany w niektórych postanowieniach Konkordatu?. Mam nadzieję, że tak i myślę, że mam obowiązek pomóc jak potrafię.

Oczywiście nie jest to akcja antyreligijna. Nie przyłożyłbym się do niej. I zwracam się nie do osób mających podobne do mojego (czyli obojętne) nastawienie do religii, lecz do tych, które odczuwają, że postanowienia Konkordatu są ważne dla roli religii w Polsce.

Akcję poparł wpływowy bloger Azrael K. i w komentarzach u niego można znaleźć naświetlenie osobistych doświadczeń, które przywiodły autorów komentarzy do ich opinii. Znaczna część owych uwag ma wojowniczy ton i dlatego można spodziewać się, że ci, którzy na zmianach w zapisach Konkordatu mają coś do stracenia, zainspirują równie ostre wypowiedzi broniące istniejącego prawnego stanu. Zapewniam, że nie znajdziesz tu moich relacji o polskich zjawiskach. Po pierwsze, nie brak jest osób, które bardziej niż ja kompetentnie to zrobią (a nade mną zawsze by wisiało podejrzenie, że z brazylijskiego oddalenia nie mam dobrej wizji zjawiska), a po drugie szukam pożywki dla myśli a nie amunicji do zwalczania przeciwnych nastawień.

Sprzeciwiam się nie poglądom, przekonaniom, a błędom myślowym.

Bardzo często używanym przez katechetów i co bardziej energicznych księży argumentem jest wyrażenie przypisywane Jezusowi: „Pozwólcie dzieciom przyjść do mnie”. Akceptując w tej rozmowie wiarę w boskość Jezusa, w oryginalne pochodzenie cytatu i w jego mądrość, czyli traktując tę wskazówkę jako nakaz dla wierzących rodziców, nie ma najmniejszej możliwości uczciwego interpretowania zdania jako wskazówki: „do państwowej szkoły, do której wysłano dzieci na nauki, na przyjść katecheta i przekazywać nauki Chrystusowe”. Słowo „przyjść” ma jasne znaczenie: „wierzący rodzice powinni prowadzić dzieci na nauki religijne tam, gdzie jest źródło nauk Jezusa”. Odmienne interpretacje to fałszowanie cytowanych słów i element rozgrywki o parcelę doczesnej władzy.

I drugi element wart uwagi: istotną częścią ustalania jak bardzo pojęcia „polskość”, „religijność” i „historia” są zespolone jest podkreślanie, że kondensacja wskazówek religijnych, Dekalog, jest źródłem pojęć etycznych. Chcę przypomnieć, że wiele wieków przed pojawieniem się Jezusa na Ziemi toczono w helleńskiej kulturze długie i gorące spory o związku (czy jego braku) religii i etyki, więc nie jest rozważne przyjmowanie wołania bojowego „etykę niesie tylko nasza religia”. Przypomnę uwagi myśliciela, którego wielu uważa za jednego z prekursorów idei monoteizmu, Ksenofanesa z Kolofonu:

Ileż jest godnego wstydu i napiętnowania
we wszystkim, co Bogom przypisali Homer
i Hezjod: kradzieże, zdrady i kłamstwa.

A więc nie zawsze w historii wiązano automatycznie pojęcia filozoficzne o zaświatach i poglądy jak należy postępować tutaj. I czytelnik Biblii wiele razy uświadamia sobie, że działania Boskie z owego okresu nie zawsze współgrają z naszymi dzisiejszymi pojęciami o etyce. Ale nawet gdyby przyjąć prymat nauk religijnych w tej dziedzinie, traktowanie jej w całości jako dziedziny księży kształconych w dzisiejszych seminariach, bez zrozumienia wszelkich innych wpływów myślicieli z historii na formowanie naszych przekonań o złym i dobrym, bardziej by pasowało do fanatyków niż do obywateli Kraju uznającego wolność wyznań i poglądów.

niedziela, 10 maja 2009, andsol-br
TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2009/05/10 08:58:22
Wiesz, podchodzę do tego sceptycznie - mam obawy, ze nasza demokracja jeszcze do nie dorosła do traktowania z należytą uwagą inicjatyw obywatelskich.
Dlatego swego czasu tak bardzo się biłam o poważną debatę nad projektem Kropiwnickiego przywracającego dzień wolny w Święto Trzech Króli. Nie dlatego, że popierałam ten pomysł (wprost przeciwnie), ale dlatego, ze władza nie powinna lekceważyć inicjatywy wywołanej przez kilkaset tysięcy obywateli.
Czy w tym przypadku się uda - nie sądzę. Samo jednak nagłośnienie projektu może dużo zmienić w mentalności. Moze to wywołać efekt, że wiele osób przestanie się po prostu bać żądać przestrzegania prawa juz istniejącego, które też w wielu przypadkach traktowane jest po macoszemu. Dobrym przykładem jest tu sprawa przekazywania danych osobowych uczniów gdańskich szkół - ograniczono to do jednej szkoły, jednego ucznia i sprawę umorzono. Dyskutowaliśmy o tym na naszym blogoforum:
debata.blox.pl/2009/04/Sledztwa-nie-bedzie-Sprawy-tez-nie-ma.html
-
2009/05/10 12:59:29
"I drugi element wart uwagi: istotną częścią ustalania jak bardzo pojęcia polskość, religijność i historia są zespolone"

Mnie się wydaje, Andsolu, że to jeszcze długo, długo, zanim te pojęcia zostaną w Polsce rozdzielone, ale zgadzam się z Tobą, to niesłychanie ważne, przyglądać się temu, w jaki sposób są one splecione. Dla mnie to splecenie jest wynikiem ostatnich dwustu lat, i źródło ma gdzieś w czasie zaborów, jako wynik próby ocalenia tożsamości w obliczu fizycznej i symbolicznej utraty kraju i dlatego być może Polska nie przeszła procesu sekularyzacji tak jak inne europejskie kraje w dwudziestym wieku. Przy czym obraz tego splecenia jest przeciekawy, bo gdyby przyjrzeć mu się bliżej okazałby się bardziej mitologiczny a mniej katolicki - a parą boską byłaby Matka Polska i gdzieś mgliście majaczący się Bóg Ojciec, a więc bardzo matriarchalna para w gruncie rzeczy. Rozplecenie tego węzła nie łatwe jest - być może po jego rozwiązaniu pozostaje jakiś bezmiar traumy ostatnich dwustu lat, bądź też okaże się że zupełnie nie wiemy jaka jest nasza tożsamość narodowa?
Ale tak, mnie również to splecenie niepokoi, jego skutki bardzo się różnią od tak cenionego hasła wolności i niepodległości, które samo również było tak długo sposobem na opisanie kolektywnej tożsamości, czyli tak naprawdę chodzi o coś innego, co być może jest nieświadomym nieustannym odgrywaniem wzorców zdominowania i uwięzienia, które niby znamy tylko z zewnątrz, identyfikując się z byciem ofiarą raczej niż sprawcą.
Przypomina mi się jeszcze artykuł o kompleksach kulturowych, i to jak jego autor odwołując się do "Constantine Sword" mówił, że religia katolicka, sama zbudowana na traumie związanej z śmiercią Chrystusa bez końca powtarza w swojej instytucjonalności tą traumę, odgrywając rolę prześladowcy a jednocześnie świadomie identyfikując się z ofiarą, co jest częstym wzorcem w wypadku straumatyzowanych u korzeni jednostek i grup. Więc być może ta sprawa jest dużo szersza niż mi się tu powyżej głośno z nad porannej kawy myślało.
Pozdrawiam :), dalej tu jestem, po zawirowaniach wiosennych i zimowych wracam pomału do ulubionych miejsc.
-
2009/05/10 14:55:22
Bo to Królestwo, Andrzeju, jest nie z tego świata...
Nie zamierzam zaśmiecać tego miejsca zbytecznymi komentarzami. Nasze doznania pokrywają się i jest dla mnie faktem radosnym i krzepiącym, że obojętność wobec niedoskonałości tego pomnika przesadnej politycznej ekspiacji polskiego postkomunizmu zwanego też konkordatem nie jest powszechna. Ale mało nas i doznaliśmy łaski spojrzenia na polskie sprawy przez lornetkę geograficznego dystansu. To nie jest powszechny luksus. Niestety. I dlatego pesymizm mnie ogarnia.
-
2009/05/10 22:31:15
A to nam się żwawa dyskusja rozwinęła. Maj?
-
2009/05/10 23:10:18
Temat. I ton nadany przez dyskutantki. Gdyby to były pyskutantki...

Przy okazji, wyznaję, że jestem w kwestii komentarzy do własnego wpisu na rozdrożu. Gdy ktoś wprost pyta czy zarzuty czyni, to jasne, należy odpisać. Ale gdy snuje rozważania, czy odsnuwać mu (jej) należy? To w jakiś sposób usuwa w półmrok poprzedni komentarz.

W Twoim blogu, Telemachu, widzę wiele umiaru, z którym dopisujesz swoje własne komentarze. Mam zbyt niecierpliwą naturę, by sam umieć tak czynić. Ale mi przyświecasz :)

Wracając do rzeczy. Optymizm i pesymizm to różnokierunkowe machnięcia skrzydełek tego samego kreta. To znaczy, machnie czy nie, nieważne. Ważne, by rył.

Trudno czasami powiedzieć co jest celem. Może, jak szekina napomyka, ważne jest, że ileś osób zastanowi się nad splotem zjawisk powiązanych z Konkordatem. Może ma rację marzatela, że nie należy zmieniać prawa, ale traktowanie istniejących praw... Wiem tylko, że przekonania, bez gniewu i zapalczywości powinny być przedstawiane w rozmowie, bo bez tego kisną. Więc może to ważne nie dla Polski a dla mnie?
-
2009/05/11 06:11:16
Andsolu, ja mam uraz do swoistego zaklinania rzeczywistości. Pod medialnym rozgłosem jakiejś sprawy nasi politycy (wszelkich opcji) od razu krzyczą o zmianie kodeksu karnego i podwyższaniu kar za przestępstwa danego rodzaju, a oprócz tego - nie dzieje się nic. A ja uważam, że istotą sprawy jest nie tyle jej wysokość, co nieuchronność.
W tym przypadku - uważam, ze nie ma realnych szans na renegocjację konkordatu, ale nie oznacza to, że nie będzie innych, wymiernych korzyści - w nas samych.
-
Gość: Rad, 90-156-32-24.as.kn.pl
2009/05/12 21:58:26
Napiszę z polskiej perspektywy, znam zarówno środowiska wiejskie jak i miejskie proszę więc nie pisać, że znam jakiś jedynie intelektualistyczny kościół czy coś w tym rodzaju. Oczywiście, że są błędy w rozumowaniach księży i ich krytyków, w tych rozumowaniach zresztą nawet nie idzie o logikę lecz emocje. Myślę, że warto byłoby zmienić relacje między państwem a religią ale wątpię, aby zarówno apologeci jak i antyapologeci potrafili sformułować takie zmiany, które służyłyby zarówno dobru (trwaniu) religii jak i ludzi niezainteresowanych. To znaczy gwarantowałyby to, że niewierzący nie byliby krępowani przez jakiś dogmatyzm czy fanatyzm, z drugiej strony, aby religia nie zmieniła się w mis-max, a następnie odeszła w zapomnienie.

Ateizm i teizm jest logiczną opozycją typu (jest i nie jest), ponadto oba te stanowiska pretendują do totalności, metaokreślenia całego uniwersum, trudno więc racjonalnie wyjaśnić postawę obojętną. Ponadto proponuję z pewnych powodów redefiniować ateizm, jest to dążenie do milczenia, bądź obniżenia znaczenia dyskursu religijnego. Ale z milczenia może wynikać wszystko.

Pisze Pan o filozofii starożytnej, ponieważ studiuję filozofię, powiem Panu, że nikt do wykładów z jej historii nie polecał Russela, choć polecano również zagranicznych autorów. Nie docenia Pan w swej notatce wpływu jaki na myślenie o moralności miała wpływ tamtejsza religia i mit. Z jednej strony były to mity politeistyczne, zabsorbowane przez chrześcijaństwo (stąd na przykład zdarzały się w średniowieczu przedstawienia Herkulesa jako świętego), z drugiej orfizm odmiana religii teistycznej, zracjonalizowanej przez pitagoreizm.

Rozumiem, że wierzy Pan w mit zerwania, dorośnięcia etc, ale ja niestety w niego zwątpiłem zbyt wcześnie, aby móc w niego uwierzyć.
-
Gość: Rad, 90-156-32-24.as.kn.pl
2009/05/12 22:26:08
Ok, zbyt szybko przeczytałem, ale zasadniczo ewolucja myśli przebiegała od przejścia z teologii poetów do do teologizowania na modłę orfików czy stoików, którzy początkowo mówili o osobowym Bogu metaforycznie a potem dosłownie. Zwyczajnie nie ma tam ateizmu, nawet ateizm Demokryta jest jakiś mało ateistyczny i dziwnie spolegliwy dla mitów, stanowi raczej modyfikację teologii niż jej negację- skoro pozwala bogom istnieć.
-
2009/05/14 01:50:12
@Rad: na początek sugestia: skoro przeważa konwencja mówienia "per ty", zostaw "pana", bo co to daje? Anonimowe duszyczki sobie rozmawiają i formy towarzystkie są wpisane dobór argumentów i ich przedstawienie, a nie w tytułowanie (no, chyba że ktoś od razu przedstawia się na blogu jako znany pisarz, to nie ma rady, trzeba pisać "Szanowny Znany Pisarzu". Z kolei: drugi dopisek skraca co mam do odpowiedzenia, bo pierwszy zakładał moją dużo bardziej niż trzeba wojowniczą pozę. Dokładniej: tym chcę odróżniać moje bezbożnictwo czy obojętnictwo od ateizmu, że nie muszę wdawać się w dyskusje doktrynalne, bo nie wygłaszam tez o istotach, na których się nie znam. A znać się na nich nie będę, bo mnie nie interesują.

Ciekawy motyw z polecaniem czy nie na filozofii Russella. Czytałem go sporo i niegdyś nawet się obruszałem, że dano mu Nobla z literatury, jakby na odczepnego, by nie uznać jego wartości w innych dziedzinach. Ale minęły lata i choć bardzo polecam studentom jego "Historię Filozofii Zachodniej" jako bardzo dowcipne i ciekawie podane przedstawienie historii nauki, to nie dziwię się, że filozof może spytać: a co on postulował w wizji świata? Zresztą, gdzieś u Sanayany (chyba w "Powiewie doktryny" widziałem kpinkę, gdy domagano się, by podał swoje stanowisko co do Russella, pytał o który okres Russella chodziło. Rzeczywiście, co jest u niego stałe to sprzeciw (bardzo cenny) co do zastanego świata, i gdy dobrze opisane jest to wiele u eseisty, ale mało jak dla filozofa.

Nie przedłożyłbym tez radykalnych o rozdziale etyki i religii w dziejach. Chyba dość ostrożnie napisałem : nie zawsze w historii wiązano automatycznie - i tylko o to mi chodzi. A jeszcze bardziej o to, by ktoś, kto za cenę przeczytania paru lektur nabył zbiorek przekonań o etyce nie wpakowywał się do mojej sfery życia pouczając mnie jak muszę żyć i myśleć, by w poważne błędy i grzechy nie popaść. Wiem, że wewnętrzna niepewność, obawy, są często kompensowane zapałem w przedstwianiu swych racji, ale ci wszyscy nawiedzeni mogli by nieco ciszej mówić i opierać się na czymś łatwiejszym dla mnie do zrozumienia niż argument sprowadzający się do oświadczenia: Pan Bóg prywatnie mi zakomunikował. Fajnie, niech ten dobry człowiek wiedzie swe życie jak mu zasłyszane głosy każą (o ile nie sprzecza się to z Kodeksem Karnym) ale ja tam żadnych głosów nie słyszę. A twierdzić, że z tej przyczyny wiodę się niemoralnie jest oczywistą agresją i to bez kropli podstaw w znajomości faktów.

Naprawdę jest mi obojętne jak ludzie dowodzą sobie grupowej wyższości nad otoczeniem w grupach studiów biblijnych, madrasach, klubach sportowych, partiach politycznych i zebraniach filatelistów. Nie chcę tylko, by mogli propagować swe przekonania wewnątrz krajowego, publicznego systemu edukacyjnego.

A do jakiego stopnia metafizyka przenika ludzkie myślenie i to na ogół ze szkodą dla fizyki, to całkiem inna sprawa i wolałbym jej zbyt mocno z katechetami w szkołach nie wiązać.
-
2009/05/14 02:26:38
Rad, przepraszam za literówki i połknięcia. Dawniej naciskałem pudełko "podgląd" i widziałem błedy do poprawy. Ostatnio edytor zdziczał i gdy chcę podglądnąć tekst z dużym prawdopodobieństwem znika a co najmniej czeka się całe minuty na dojście podglądu. Więc wysyłam jak stoi i proszę o nieco podwyższony próg tolerancji ortograficznej. Daję słowo, że wiem, że to Santayana.
-
Gość: Rad, 90-156-32-24.as.kn.pl
2009/05/14 13:15:59
goda nie wiązano...., zresztą chyba w myśleniu jako takim nie ma automatyzmu... . Ale jednak etyka niedogmatyczna wydaje mi się "kwadratowym kołem". Na początek odróżnię etykę od moralności (zgodnie z polską terminologią filozoficzną). Moralność to zastane obyczaje i sądy wartościujące przekazane przez tradycję, wychowanie. Etyka zaś to próba uspójnienia, ewentualnie owej moralności w przypadku. gdy zajdzie konflikt między różnymi sprzecznymi obyczajami, zasadami (patrz np: tragedie greckie). Tyle, że nie może to być uspójnienie na zasadzie jakiejś formy relatywizmu, wybór musi być dokonany (kierkegaardowskie rozróżnienie na sytuację estetyczną i etyczną). Posłużę się przykładem, Herodot opisuje legendę o tym jak pewien król zawstydził przedstawicieli dwóch plemion konfrontacją ich obyczajów pogrzebowych, jedni uważali za słuszne zjadać bliskich po śmierci, drudzy, że należy ciała wydać na pastwę dzikich zwierząt. U Herodota jest to w formie pouczającej historyki o potrzebie tolerancji i dziwności różnych obyczajów. Ale teraz wyobraźmy sobie, że przedstawiciele obu tych plemion łączą się w pary i zakładają rodziny. Decyzja musi być podjęta również w tej kwestii. I ona będzie dogmatyczna, ponieważ praktyka wydarzająca się w czasie, który toczy się tak a tak, jest nieodwracalna przynajmniej o tyle o ile nie da się odwrócić i cofnąć się swym jestestwem w czasie. Decyzja może być ona nawet bardzo liberalna i pozostawić w pierwszym pokoleniu wybór małżonkom. Ale jaką decyzję ma podjąć drugie pokolenie,trzecie, które jest jak wiadomo w połowie każdym z rodziców/prarodziców? Można oczywiście pozostawić konsekwentnie wolność wyboru jednostkom, ale o co one mają oprzeć swój wybór? Przecież nie na biologicznej ciągłości, ani też na rozeznaniu władzy czy filozofa od którego oczekuje się odpowiedzi. Można oczywiście wynaleźć nowe zwyczaje, problem jednak w tym, że podobnie jak w prawie, źle się dzieje, gdy zmieniają się one zbyt często, potrzeba do nich zarówno rutyny jak i poczucia dawności, stałości, oraz zbiorowości, która zważywszy na mimetyzm ludzkich zachowań, pomoże nam zmienić w normy moralne w nawyk i odruch. Dlaczego w nawyk, ponieważ nie chcemy obcować z osobnikami, których za pomocą jakichś racjonalnych argumentów, rachunku zysków i strat czy psychologicznych zabiegów, udało by się nakłonić na przykład do mordowania. Nasze spory często kręcą się wokół zakresu znaczenia słowa mordowanie. Zarówno "lewicowcy" jak i "prawicowcy" nie ma monopolu na konsekwentny minimalizm czy maksymalizm i stąd między nimi biorą się coraz to nowe oskarżenia o zakłamaną obłudę, oraz próby przedstawienia pozytywnej wartości o której idzie przeciwnej stronie jako fikcji, złudzenia, czegoś, co na pewno nie zostanie osiągnięte, ewentualnie fałszywego pretekstu do rozszerzenia bądź zawężenie znaczenia danego słowa. I tak na przykład skrajna prawica zapewnia nas, że nie podobna być szczęśliwą kobietą łącząc życie zawodowe z powołaniem matki. A lewica, że życie w cierpieniu czy niepełnosprawnych będzie bezwartościowe, mniej wartościowe, jedynie cierpiące po to, aby łatwiej przeforsować możliwość dokonywania wiadomych zabiegów medycznych. Prawica zaś będzie opowiadać, że feminizm skazuje kobiety na wieczne rozterki, na niepowodzenie zarówno zawodowe jak i prywatne.
-
Gość: Rad, 90-156-32-24.as.kn.pl
2009/05/14 13:56:26
Wszelką etyczność z religijnością łączy struktura, nastawiona na samą siebie, to znaczy są celem dla siebie i zwalają winę za ewentualną porażkę na "petenta"- etyczność nie może być nie etyczna, a religijność niereligijna bądź do areligijności prowadzić. Te dwie dziedziny łączy też duch misjonarski ponieważ nawet najbardziej przekonany elitarysta, wyznający jakiś model etyki heroicznej (na przykład egzystencjalizm Camusa) przypomina w swoim postępowaniu pisarza, który zawsze mniej lub bardziej jawnie liczy na to, że ktoś go przeczyta. Odpowiednikiem czytania będzie tu oczywiście postępowanie, naśladowanie- maksymalizm zwyczajnie nie daje się oddzielić od perfekcjonizmu a głębokiej wiary od potrzeby dzielenia się nią z innym- narzucanie jej konsekwencji. Trudno jednak aby etyka była niemaksymalistyczna o czym świadczy to, że etycy w swoich poszukiwaniach sposobu na doskonałe działanie wykorzystali wszystkie możliwości, to znaczy jedni postawili na cele (utylitaryzm, eudajmonizm etc), sprawstwo (intencje- intencjonalizm), sposób działania (formalizmy etyczne typu kantowskiego)- i wszystkie zostały uznane za nie w pełni doskonałe. Ponadto nie można w etyce zabsolutyzować sumienia, bo jeśli jest ono w błędzie, błędu nie będzie dało się usunąć.
-
Gość: Rad, 90-156-32-24.as.kn.pl
2009/05/14 13:58:48
Nie można oprzeć etyki o opinię wspólnoty, bo bywa słuszne sprzeciwienie się jej. Nie można opierać się tym bardziej jedynie na intencjach (możemy je błędnie rozeznać), na imperatywie kategorycznym (nie broni przed kimś kto zaproponuje zło konsekwentnie dla siebie i innych), celach, nie jesteśmy w stanie przewidzieć i oszacować wszystkich skutków naszych działań, możemy też zbyt łatwo przekonać się do zasady, że cel uświęca środki. Co więcej na stare sokratejskie pytanie czy coś jest dobre, bo chcą tego bogowie, czy też bogowie chcą czegoś, bo jest to dobre- odpowiedź brzmi jedno i drugie, ponieważ w przypadku działania etycznego,chcemy właśnie tego rodzaju zgodności, wzajemnego partnerstwa i autonom, która zarazem jest jednością, podobną do tej, której kochankowie uzyskują mówiąc o wzajemnym posiadaniu się

Stąd jest dla mnie przykładem niewiarygodnej krótkowzroczności postępowanie hierarchii kościelnej, na jej miejscu zafundowałbym etykę obowiązkowo wszystkim niewierzącym, zgodził na jej świeckość i jeszcze przypilnował standardów nauczania.
-
Gość: Rad, 90-156-32-24.as.kn.pl
2009/05/14 14:23:36
Zapomniałem o jeszcze jednej istotnej wspólnej własności etyki i religii, roszczenie do autonomiczności własnych dziedzin. Znaczy to, że żadna auetntyczna religia, ani etyka nie zgodzi się iść tak po prostu z duchem czasu, czy tego, co ustaliła nauka. Nauka bowiem nie ustala co dobre, a co złe, ma swój etos ale nie wynika on z niej samej, ani z jej wyników, ponieważ to w jego imię do nich się dąży. I naukowcy nie chcą nic słyszeć o religii czy etyce, gdy przeszkadza im dokonywać pewnych eksperymentów ale kiedy trzeba zadbać o jej autonomię na przykład względem biznesu, to jak najbardziej. Co więcej etos naukowy opiera się na owej greckiej trójcy: prawda, piękno i dobro, co jest właśnie stanowiskiem mało krytycznym- naukowiec przedstawiając się za bezwzględnie i najpewniej dążącego do prawdy, uważa, że z tej racji jego działanie jest na pewno dobre. Nawet jeśli zastosować argument z jej skuteczności, to jest on wadliwy ponieważ śmierć jest równie a nawet skuteczniejsza od niej, a żaden z żywych praktycznie nie wyciąga z tego radykalnych, nihilistycznych wniosków jakie można by wyciągnąć.
-
Gość: Rad, 90-156-32-24.as.kn.pl
2009/05/14 14:39:08
Jeśli zaś chodzi o Russela, to był on wybitnym logikiem ale nie historykiem filozofii- tyle tylko miałem na myśli. Jeśli zaś idzie o Ksenofanesa, był on "teistą" i do tego skłaniają się badacze, chociaż istnieje też interpretacja "panteistyczna". i jak pokażą poniższe rozważania o różnicy między pojęciem paranormalności nieźle się "wpakowałeś" tym przykładem.

Zacznę od tego, że dla mnie zjawiska paranormalne nie są tożsame z cudownymi. Cudowność nie musi bowiem mieć nic wspólnego z niecodziennością. Zrozumiałe są przecież wyrażenia: "cały świat jest cudowny", cud, że przeżyłem... . Ale mówienie: "cały świat jest paranormalny", paranormalnie przeżyłem to bełkotanie. Pojęcie cudowności ma więcej znaczeń niż pojęcie paranormalności. 1. Subiektywne poczucie związane z przeżyciem czegoś. 2. Zjawisko przekraczające aktualną wiedzę. 3. Wydarzenie, które pozytywnie odmieniło moje życie. 4. Zjawisko odsyłające do tego, co ponadczasowe bądź aczasowe. Dostęp ma się do niego dzięki czynnościom rytuałnym, odświętnym. 5. Zjawisko jednorazowe, niepowtarzalne, niezwykłe. 6. Coś, czego prawdopodobieństwo jest mniejsze niż najbardziej rzadkie zjawisko spowodowane przez naturę. 7. Zjawisko, które niezależnie od tego na czym ono polegało, wywołało radykalną zmianę w moim światopoglądzie, jeśli zaś owej zmiany nie dokonało, to znaczy że nie zaszło.
-
Gość: Rad, 90-156-32-24.as.kn.pl
2009/05/14 14:53:47
Blog uznał mnie za bota,
-
Gość: Rad, 90-156-32-24.as.kn.pl
2009/05/14 15:04:48
Ciekawe czy znów uzna mnie za bota. A swoją drogą nie bardzo dorumiem dalej figury niereligijnego monoteizmu, jasne jest, że Ksenofanesowi chodziło to, aby zrobić z niego lepszy przykład, wzór moralny. Nie wiadomo z braku źródeł czy nie pisał też o zaświatach. Ponadto jasne jest, że każde objawienie czegoś ahistorycznego, obejmuje w swej ideologizacji przeszłość w sposób wsteczny. I tak nasz Ksenofanes jest w rękach apologetów dowodem słuszności nauk chrześcijańskich. wracając do tematu. W pierwszej wypowiedzi podałem różne sposoby rozumienia cudowności. Oczywiście często coś odbieranego jako cud, jest nim w kilku znaczeniach naraz. I z tego wynikają problemy przy próbach wykluczenia jego zajścia. Na przykład obiektywnie ugruntowane poczucie nieodwracalności upływu czasu, może spowodować, że coś, co sprowadziłaś do przyczyn naturalnych i teraz demonstrujesz w laboratorium, nijak nie kłóci się z tym, że w pewnym momencie był to cud. Dla kogoś, kto go doświadczył będziesz czynić coś podobnego ale nie identycznego. Albo inny przykład, ateista, demaskator paranormalnych zjawisk wyzwał na telewizyjny pojedynek pewnego szamana w Indiach. Biedak dwoił się i troił, aby za niedowiarka zabrał się przywoływany przez niego demon. Ale nic z tego nie wyszło. Interpretacja ateisty jest jasna. Interpretacja niektórych osób religijnych ciekawsza. Twierdzą one, że najwyraźniej demon nie zechciał albo właściwie tego ateistę ma w swoich szponach, więc nie bawiło go dowodzenie czegoś głupim ludziom. Ateista nazwie to głupią racjonalizacją ponieważ zakłada słuszność swego podejścia. Ale chwileczkę dlaczego do ludzi potrafi ona trafić. Odpowiedzialne jest za to obecne na gruncie religii i metafizyki pojęcie antropomorfizacji. Nie oznacza ona przypisywanie czemuś cech ludzkich, ale tych, które uważa się za nie ludzkie bądź nie godne człowieka. I jak nie godziło się zdaniem mędrców przypisywać bogom zdrad i gwałtów, tak nie godzi się przypisywać im bycia czyimś sługą- a na tym polega w uproszczeniu stosunek szamanizmu do sił wyższych. Za jego powstanie winni są oczywiście filozofowie i to, że nie od razu powstało pojęcia: "istoty", "niezmiennej istoty ludzkiej". Rodzi to oczywiście pewną dowolność i pole do nadużyć. Wydaje się jednak błędna postawa absolutnej opozycji w tej sytuacji. Kiepsko bowiem się dyskutuje w sytuacji doskonałej opozycyjności, która służy tu jako sztuczne oddalenie, bynajmniej nie wynikające z faktycznego oddalenia, z którym masz do czynienia, gdy przybywasz do obcego kraju o diametralnie innej kulturze niż twoja. Ponieważ przekaz okazuje się dwuznaczny, co pokazuje przykład naszego ateisty walczącego z szamanizmem. Czy on tylko neguje? Bynajmniej, on jeszcze wysyła komunikat, że szamanistyczne podejście do rzeczywistości jest bardziej racjonalne od tego, co faktycznie osiągnięto historycznie w procesie racjonalizacji wierzeń i mitów! Widać zresztą to już na wstępie w nazwie tego poglądu, który na mocy konieczności gramatycznej używa liczby pojedynczej a nie mnogiej. A więc orzeka o jedną rzecz za dużo, choć twierdzi, że jest tylko negacją. Ciekawe też skąd, jakim sposobem, ma dostęp do owej odmiennej racjonalizacji świata, skoro ludzka kultura zaczęła się rozwijać z jednego źródła, wspólnot plemiennych absolutnie zanurzonych w myśleniu mitycznym? Warto sobie poczytać w takiej "Etnologii religii" Szyjewskiego o procesach zachodzących przy realnym zderzeniu się różnych światów kulturowych o różnym poziomie rozwoju, których dziwnym trafem nie ma przy owej domniemanej walce wiary i niewiary. Otóż członkowie takich prymitywnych społeczności, aby wyjść z marazmu i różnych społecznych patologii muszą twórczo przekształcić własną tradycyjną tożsamość. Czasem się to udaje i powstają między innymi różne dziwne nurty religijne. Czasem też dalej bywa używane pojęcie cudu w znaczeniu niezrozumiałe zjawisko. Naukowcy wykazują tu pewną ambiwalencję. Z jednej strony negują różne historyczne świadectwa o ich zajściu, ale niech zjawi się cień szansy na wytłumaczenie cudownych efektów drogą naukową, ogłaszają w jaki sposób one się pojawiły.
-
Gość: Rad, 90-156-32-24.as.kn.pl
2009/05/14 15:13:15
Inna ewentualna różnica między paranormalnością a cudownością, polega na tym, ze ta druga w ujęciu religijnym dotyczy kwestii najistotniejszych dla człowieka, jak śmierć, narodziny, oraz na tym, co istotne dla świata, jego powstanie, kres- próbuje te dwie sfery ze sobą scalić w sposób, który zadowoli człowieka. Często paranormalność jest zdegenerowaną na potrzeby rynku religią- na przykład astrologia.

Po wyżej mówiłem o skrajnych wnioskach jakie można wyciągnąć z śmiertelności człowieka, teraz przytoczę jeden z nich: skoro wszyscy umrą, to najlepiej od razu niech się pozabijają? Opowiadanie o tym, że coś po nas zostanie, to zwyczajne przedłużanie sobie agonii. Ludzie zwykle tak nie myślą w obu przypadkach (techniki i śmierci). Ta druga o ile jest spostrzegana w sposób niezdegenerowany, powoduje poczucie zwolnienia od konieczności, co umożliwia ich podjęcie jako takich. Podam przykład, często w argumentacjach scjentystycznych pojawia się następujący schemat, możesz sobie pozwolić na różne (subiektywne) szaleństwa ale jakby, co to i tak wrócisz do tego, co mówi nauka i technika jako do swej bazy na której faktycznie polegasz. Ale właśnie to, że każdy umrze, radykalność, którą ona wprowadza (czy to w postaci wiary, że za grobem jest jakiś radykalnie odmienny świat, czy też przekonania, ze ona ostatecznie unicestwia), sprawia, że w takich wywodach nie ma nic, co musiałby człowiek koniecznie uznać. Zawsze ma wybór między "długością" a "intensywnością" życia.

Zresztą każda teoria naukowa jeśli nie daje się zinterpretować przez dwie, dowolnie wybrane, sprzeczne ze sobą ideologie, nie jest nauką, Trwanie przy optyce minimalistycznej co do sfery publicznej jak wyżej pisałem, jest wątpliwe.
-
Gość: Rad, 90-156-32-24.as.kn.pl
2009/05/14 16:54:29
Obojętność jest dwuznaczna, w dyskursie może bowiem zarówno oznaczać pretensję do obiektywizmu, neutralności jak i chłód, mienie kogoś z góry za "nic". Trzeba rozróżnić obojętność jako stan naturalny względem wielu rzeczy i spraw- będąc w nim się pozostaje się autentycznie otwartym na ich poruszenie, zajęcie się nimi i jako "reakcję na..." . (świeckość w swym ideologicznym wymiarze zawsze miała jawną bądź skrytą pretensję o to, że musi być "reakcją na.." i marzy o tym, aby być z "natury"). (Coś podobnego dzieje się z pojęciem redukcji, która najczęściej, jak przy skupianiu uwagi zachodzi nieświadomie i mija w sposób naturalny, dotyczy też ściśle określonego zakresu i służy jakiemuś celowi) Dlatego jedni będą twa obojętność sprowadzali w zależności od swoich argumentacyjnych celów, będą kwestionowali autentyczność twej postawy, bądź będą ją sprowadzali do pierwszego bądź drugiego sposobu odczytania "obojętności". Widać to wpisach w owym blogu do którego dałeś linka. Jedna z osób pisze w nim o swojej otwartej postawie względem hinduski, która tym się różniła od katolików, że nie wywiesiła krzyż na ścianę, lecz swoje figurki postawiła na stoliku (ciekawe czy nadawały się do wieszania). Taka otwartość i różnorodność budzi moje wątpliwości ponieważ aby ją osiągnąć trzeba wysokiego poziomu wzajemnego zaufania- co bowiem gwarantuje jej, że ona owymi opowiadaniami o swej religii nie chciała jakoś nawracać a z drugiej strony, co hindusce gwarantowało, że nie spotka się z osobą o wyższym poziomie niechęci do symboli? Jak czytam niektórych laicystów mam ochotę zafundować im to czego werbalnie chcą, czyli mistmasz symboli religijnych w jakimś publicznym miejscu, efekt estetycznego niesmaku oraz obnażenie tego, że się w gruncie rzeczy, chce pozbyć zarówno hinduski jak i chrześcijanina- tzn. w cale nie przemawia w ich interesie- gwarantowany. Nawet co do tejże róznorodności dzisiejszej można mieć wątpliwości, ostatnio mam w ręce książkę "Pogarda mas" Petera Sloterdijka (kontynuator szkoły frankfurckiej), gdzie zostaje mocno powiedziane, że fundamentem różnorodności współczesnego społeczeństwa, jest ukryte założenie "aksjomat", że ostatecznie wszelkie różnice nie mają znaczenia, a dążenie do bycia oryginalnym wyjątkiem, ostatecznie kończy się fiaskiem.
-
Gość: Rad, 90-156-32-24.as.kn.pl
2009/05/14 19:11:03
Owszem hinduizm jest mniej dogmatyczny niż religie monoteistyczne naszego kręgu kulturowego ale warto wiedzieć skąd się wziął dogmatyzm czy to religii, czy etyki. Nie byłoby go bez "szatańskiego" wynalazku pisma, które przyspieszyło i w dużej mierze umożliwiło proces utrwalania informacji oraz ujmowania ich w coraz bardziej abstrakcyjnej formie myślowej oraz konwersji w ścisłym tego słowa znaczeniu. Wcześniej religijny dogmatyzm był niemożliwy. W społecznościach przedpiśmiennych, religia jest nierozdzielna od stylu życia danej społeczności, i zmienia się w werbalnym wyrazie dość szybko- antropologowie w pełni uświadomili to sobie dopiero wraz z wynalezieniem magnetofonów. Wyjaśnię dokładniej dlaczego wprowadziłbym etykę do szkół. Przez wieki zachodził proces racjonalizacji przekonań etycznych czy religijnych. Świecka etyka jest dość późnym jej dzieckiem, dość niekompatybilnym z wojującą świeckością- przez to, że ta druga wynalazła religię jako "dobre-zło" w sensie "skuteczne zło"- a jak wiadomo wszelkie "skuteczne zło" jest końcem etyki i czymś niezmiernie pociągającym dla człowieka. Co widać po wysiłkach wszystkich moralistów, dowodzących, że zły ostatecznie sam na złym działaniu wyjdzie najgorzej. Cóż więc opowiada laicka krytyka religii jak nie to, że jest ona oparta o złośliwe omamy, czymś wymyślonym przez mądrych i chytrych, aby zwodzić i rządzić innymi? Aby ta krytyka przekonywała musi tu wchodzić w grę skuteczność, ponieważ nieskuteczne zło nie budzi złości lecz co najwyżej współczucie. Zresztą w samym byciu skutecznym, zdaje się tkwić coś dobrego w sensie metafizycznym a może nawet naukowym. Otóż naukowiec znajdując przyczynę jakiegoś zjawiska naturalnego, nie kwestionuje go a przeciwnie oczekuje, że w danych warunkach będzie wyglądało zgodnie z jego przewidywaniami. Tym czasem świecka krytyka religii chciałaby znaleźć takie argumenty przeciw niej, które wyjaśniłyby ją jako coś w kategorii tak pojętego zjawiska naturalnego a zarazem móc ją dalej unieważniać, chociaż żaden porządny naukowiec nie unieważnia zachodzenia zjawisk lecz znajduje ugruntowanie ich przez znalezienie przyczyn- zajmuje wobec nich postawę naturalnej otwartości a nawet afirmuje je i wtedy bywa panteistą. Stąd pojawiła się też metodologiczna przepaść między niektórymi sposobami uprawiania nauk przyrodniczych i społecznych. Wracając jednak do tematu, otóż religia dominowała wśród ludzi przez tysiące lat i dziś jeszcze dominuje wśród większości ludzkości z przyczyn demograficznych. Z natury rzeczy jednoznacznie negatywne oceny, szczególnie czegoś rozległego budzi wątpliwości, stąd wśród licznych niewierzących tak zwana "wiara w wiarę", czyli szukanie pozytywnych racji przemawiających za religią. I racje bywają tu często wypowiadane w sposób bardzo wyważony naukowo poprawny, tak jak się to dzieje w książce "Sacrum i profanum" Pippy Norris i Ronalda Ingleharta. Zostaje w niej wykazane, że najsilniej sekularyzacja zachodzi przy przejściu od życia wiejskiego do miejskiego, że jest procesem odwracalnym, że religia wiąże się istotnie z lękami egzystencjalnymi, jej znaczenie będzie w świecie rosło z przyczyn demograficznych (kolejne pokolenia w nowoczesnym świecie są coraz bardziej liberalne a zarazem mniej liczne i jest to stała tendencja od stu lat), w przeciwieństwie do społeczeństw uboższych. Jakoś nie jest mi po drodze z wizją świata w której zsekularyzowane społeczeństwa miałby odgrywać role pasożyta na owych tłumach pobożnych biedaków- w moich oczach niemal zrównuje to laicyzm z nazizmem- jak pokazała Arendt w "Korzeniach totalitaryzmu"- ideologia totalitarna (min. nazizm, komunizm) zarzuca swym przeciwnikom to, co sama zamierza czynić i co jest jawne dla najbardziej w nią wtajemniczonych. Ponadto konflikt o etyczność świecką i religijną w obrębie naszego kręgu kulturowego, prowadzi do gorszego rozeznania w kwestii dobra i zła i w końcu skołowani nie wiemy, czy można pozwolić nosić kobiecie muzułmańskiej chustę w miejscu publicznym, czy też tak jak zabijanie "honorowe" własnych córek przez muzułmanów- powinno być zakazane.
-
Gość: Rad, 90-156-32-24.as.kn.pl
2009/05/14 19:53:24
Ponadto istnieje spór między tą szkołą historyków myśli, którzy podkreślają wkład tego, co nienaukowe w życie i twórczość naukowców i myślicieli, nie wiedzą oni, że zmierzają do jakiegoś paradygmatu świeckości czy naukowości. Z drugiej strony jest ta szkoła, która uważa, że co najwyżej czynili konieczne ustępstwa bądź jakby wzięci nie ze swej epoki, bawili się w ciuciubabkę ze współczesnymi. Spór ten dotyczy również historii etyki. Ponieważ ci drudzy w gruncie rzeczy dokonują takiego samego rzutowania w przeszłość stanu aktualnego, jak ci apologeci, co uważają, że Ksenofanes to taki nie całkiem uświadomiony chrześcijanin, popadają sami ze sobą w sprzeczność co do kryteriów rzetelności badawczej i w swym argumentowaniu bywają często też mniej wyrafinowani. Bardzo łatwo im przychodzi rozsądzać o intencjach danych autorów, szczególnie w odniesieniu do tych czasów, kiedy je musiano ich zdaniem je celowo ukrywać. Ponadto dochodzi tu jeszcze "paradoks Raskolnikowa". Jest to ktoś, kto naczytawszy się krytyk religii przyjmuje postawę sprzeczną z intencjami krytyków religii. Żyje w społeczeństwie, które nie przeszło jej racjonalizacji i zeświecczenia. Świecka etyka to ostatnia rzecz jaka go interesuje, od krytyków religii przyjmuje za to naukę o "dobrym złu", rozumuje następująco, jeśli religia jest fałszem, Bóg jest tworem człowieka, to religia stanowi nieświadomą, najwyższą postać afirmacji grupowej bądź osobistej, płynie z niej potęga taka, że na przykład bez trudu można zabić innego, na przykład lichwiarkę- która swoją droga jest nikim innym jak cichym typem Raskolnikowa, jej pobożność jest pozorna, pieniądze jakie dała na klasztor, służą faktycznie temu, aby nawet zza grobu czynić swą dobrą siostrę istotą biedną i poniżoną. Mówiąc językiem marksistowskim, Raskolnikow jest przypadkiem samoświadomej świadomości fałszywej wobec, której nie działa już wszelka demaskacja. Wobec takich osobników nawet tacy niby nie zainteresowani i obojętni jak ty przypomną sobie, że mają na półce obok Russela Świderkównę a naśladowanie Boga w chrześcijaństwie dotyczyć ma czasu, gdy dawał on wzór na Ziemi, a nie tego jakim się stał, gdy poszedł w zaświaty, uczynił się panem i sędzią, który powróci.... . (szpilka zamierzona ;-) )
-
2009/05/15 00:51:40
@Rad: uff... ależ Ty masz kondycję dyskusyjną... Jeśli większości wątków podniesionych przez Ciebie nie doczeka się rozwinięcia, będziesz miał namacalny dowów, że wiele tematów w istocie jest mi obojętnych :) Zalecane czy wspomniane lektury zapamiętam, jeśli będę miał dostęp to zerknę, ale nie czynię obietnic.

Parę Twych uwag wywołuje moje zastrzeżenia, np. założenie, że duch czasu ma aż tak wielki związek z ustaleniami nauki. Wydaje się, że duch czasu, który przyniósł Rewolucję Francuską miał więcej wspólnego z klimatem i z wynikającym ze złych zbiorów głodem... Sądzę też, że jest lekki pośpiech przy przechodzeniu do wniosków w zdaniu: skoro wszyscy umrą, to najlepiej od razu niech się pozabijają?.

Rozumiem, że parę zwrotów stanowi dyskretną zachętę, bym podbudował teoretycznie moją obojętność w kwestiach religijnych i podobnych. Tego nie zrobię, bo uzasadnienia filozoficzne też mi są obojętne. A kto i jak może mnie osądzić za obojętność, to mi jest... no zgadnij :)

Ponadto (o, mile, że mnie czytujesz) Świderkówna i Russell nie stoją na tej samej półce, więc się nie gryzą. Czyli i dla mnie nie ma tu zgryzot.

Na koniec: trochę by było szkoda, by Twoja energia została zaprzepaszczona, w końcu wiele poglądów na wiele tematów wyraziłeś. Jeśli postanowisz założyć swój blog (a może go masz?) i zechcesz wstawić tam kopię tych rozważań, nie będę widział w tym niczego zdrożnego. Ważne, by mieć czytelników.
-
2009/05/15 11:31:14
W kwestii etyki i religii, a raczej oceny postępowania bogów - wystarczy poczytać nieco dokładniej Biblię, żeby się przekonać, jaki to miły, etyczny i życzliwy dla ludzi jest JHWH, jego prorocy i wyznawcy... A spoglądając na to z perspektywy nie filozoficznej: tak po prawdzie judaizm poezdraszowy i zwłaszcza machabejski jest pierwszą w dziejach ludzkości naprawdę nietolerancyjną religią. W takiej Mezopotamii na przestrzeni jej dziejów, owszem, jak jeden lud zdobył miasto drugiego, to często wyprowadzał z głównej świątyni dotychczasowe bóstwo, a na jego miejsce wprowadzał swoje, ale to nie znaczy, że odmawiał istnienia temu pierwszemu. Wykorzystali to zresztą Persowie (skądinąd pierwsi w historii wyznawcy monoteizmu, ale takiego sensownego, który nie przekreśla całkiem innych bogów), którzy przejęli władzę w Babilonie podpierając się przywróceniem do właściwej pozycji lokalnego głównego boga czyli Marduka. A następnie byli stuprocentowo tolerancyjni dla wszelkich religii na podbitych terenach, nawet w ramach obowiązków państwowych król składał wszystkim ważnym bóstwom ofiary, jeśli był w miejscu, gdzie należało tak zrobić.

Ci wszyscy bogowie "pogańskich" panteonów mogli mieć milion ludzkich przywar, kłócić się ze sobą i nawet prowadzić wojny, ale bóg Hebrajczyków pobił wszystkich na głowę megalomanią, zawistnością i egocentryzmem. Skądinąd najwyraźniej nie zaprzeczał istnienia innych: "Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną." To nawet jest jeszcze sensowny nakaz i w zasadzie dający się zastosować do wszystkich bóstw opiekuńczych - zarówno poleis jak i królowie greccy, a potem cesarzowie rzymscy mieli swoich wybranych, szczególnie czczonych bogów i spoko. Problem w tym, że potem judaizm rozwinął się w uważanie wszystkich innych za bożków i złotych cielców, a że przejął perską angelologię i demonologię, to już prosta droga była do uznania wszystkiego, co nie nasze za demony. Chrześcijaństwo tylko tę ideę podchwyciło i jeszcze wyolbrzymiło, doprowadzając nietolerancję religijną do niespotykanych wcześniej rozmiarów. A że na dodatek rozwinęło również dotychczas w takiej formie nieznany prozelityzm, to efekty oglądamy do dziś.
-
2009/05/15 11:50:46
Drakaino, od dłuższego czasu przymierzam się do napisania paru słów o tej rzekomej bazie naszej etyki czyli Dekalogu; ponieważ temat jest obolały z wszystkich stron, gdzie tego nie tknąć to jęczą, czytam sporo na jego temat, żeby nie popełnić jakiegoś łatwego błędu, który by ułatwił ustrzelenie mnie. Najbardziej zdumiewającym jest oczywiście pierwsze przykazanie, frontalnie sprzeciwiające się rzekomej jedyności mówiącej istoty - i muszę uznać Twoją klasę w odczycie tego niby prostego tekstu, bo nie widzę innych rozważań, które umieją zrozumieć sens prostych słów przede mną. Nie noszę kapelusza, ale zaraz kupię i nałożę, żeby go zdjąć przed Tobą.
-
Gość: Rad, 90-156-32-24.as.kn.pl
2009/05/15 12:58:08
Wybacz ale w ogóle nie rozumiem twojej ostatniej wypowiedzi. Dla mnie idea jedynego Boga, który wyklucza innych bogów jest sensowna, nawet jeśli jest radykalna i prowadzi do radykalizmu.Nie musi być to radykalizm militarny, może być to radykalizm etyczny, czy filozoficzny, oparty o to, że odmawia się uznania absolutności czegokolwiek co zewnętrzne i wewnętrzne. Jest to postać samoświadomego sceptycyzmu, który rozumie, że nic prócz Boga go nie zadowoli- przebija on z kart "Wyznań" Św. Augustyna. Zresztą jakie to straszne, że wymyślono pojęcie złotego cielca, obrzydliwy Dickens śmiał nam jeszcze napisać okropny klerofaszyzujący moralitet pod tytułem "Noc wigilijna". Być może monoteizm izraelitów początkowo był radykalny ale trudno ustalić autentyczny kształt owych mordów, ponieważ biblistyka jest wybitnie zideologizowana, niezależnie od obozu. Zresztą żeby zaakceptować waszą interpretację musiałbym z góry podzielać wasz co najmniej agnostycyzm, a tego nie muszę czynić z filozoficznego punktu widzenia. Na przykład Nietzsche wprost twierdził, że woli owego JHW od Boga nowego testamentu, który jest mdły i nijaki. Niestety większość takiego przekonywania jakie chcecie tu popełnić, opiera się na tym samym błędzie, który popełnił Anzelm przy obronie dowodu na istnienie Boga wobec zarzutów, które wysunął mówiący w imieniu głupiego: to znaczy z góry wiemy, że nasze wartości są słuszne i jedyne, co potrafimy to rozwiewać wątpliwości przekonanych i ośmieszać tych, co radykalnie nie podzielają naszych zapatrywań, każda bowiem tolerancja ma swe mniej lub bardziej jawne druty kolczaste- a ci co stoją poza nimi budzą zarówno grozę, niechęć jak i fascynację. Tolerancjonizm i relatywizm jak wykazywał Scheler, jest podszyty min. wybujałym egocentryzmem, interpretowaniem pod tezę, w tym przypadku jest to ahistoryczne założenie, że można przed wiek osiemnasty rozciągnąć współczesne pojęcie tolerancji- wcześniej jeśli w ogóle można o niej mówić, oznaczała ona min. dla takich jak Włodkowic, zdecydowanie coś innego niż dziś. O tolerancji napisałem dłuższy tekst, który można znaleźć tu: filozonot.salon24.pl/55715,tolerancja-do-lamusa (tego bloga na razie nie prowadzę, a tekst powstał dość dawno i z tej racji sam mam do niego dystans).

Karl Popper w swojej "Nędzy historycyzmu" wskazuje, że nie można przewidzieć przyszłej wiedzy, odkryć i wynalazków, ponieważ gdybyśmy mogli to zrobić już byśmu je osiągnęli. Badając historię musimy więc zawiesić naszą wiedzę o współczesnej wiedzy, moralności, pojęciach etc. Jest to wymóg metodologiczny. Musimy umieć się postawić w epistemologicznej sytuacji człowieka, który żyjąc w ;plemieniu bantu uważa, że bóg każe mu coś, a pójście w zaświaty rozumie tak jak, my rozumiemy pójście do toalety. Inaczej będziemy kiepskimi historykami, będziemy sądzić, że ci a ci mieli najwyraźniej "fałszywą świadomość", choć to niemożliwe- ponieważ zaprawdę koherencyjnie działa układ poznawczy człowieka, zaś idea obiektywizmu, prawdy korespondencyjnej, Boga etc, pełnią funkcję kontrolną względem tej koherencji, służą też po to, aby opisać radykalne zmiany w owej koherencyjności na przestrzeni wieków czy w życiu jednostki. Oczywiście historyk przyjmuje również potoczne pojęcie tego, co zewnętrzne, czasu etc, pozostawiając to fizyce, wentualnie psychologii. Ale fizyk jeśli zacznie zajmować się czasem w sposób filozoficzny, to różne rzeczy mogą mu wyjść. www.sfinia.fora.pl/2-genesis,52/j-dabrowski-czas-piaty-wymiar-str-37,4025.html
minds.pl/Filozofia-ORF/Czas-piaty-wymiar.html Oczywiście, że duch czasu jest również zależny od "materii" ale też na odwrót, nie ma i nie będzie prawa mówiącego, kiedy w wyniku kryzysu nastąpi rewolucja.
-
Gość: Rad, 90-156-32-24.as.kn.pl
2009/05/15 13:07:31
Zaś co do bloga kiedyś może założę jakiegoś innego albo wskrzeszę stary. Rozumiem też, że te książki trzymacie na różnych półkach, zaś uczulenie na dźwięk katolickich dzwonów, to mówiąc po nietzschezjańsku mądrość waszego ciała, które wie, jaki konformistyczny, taneczny krok wykonać przed śmiercią? wracam nad pisaniem tekstu o Nietzsche' m, po co strzępić język w sieci na rzekomo nie zainteresowanych? ;) Tutaj zaś można znaleźć fragment mego tekstu, w którym krytycznie odnoszę się do etyk wschodu. forum.fronda.pl/?akcja=pokaz&id=2517392
-
Gość: Rad, 90-156-32-24.as.kn.pl
2009/05/15 13:21:21
Prawie bym zapomniał, prosiłbym o objaśnienie jak jest możliwe przenikanie się kultur przy jednoczesnym ich skrajnym nietolerancjoniźmie. O innych dziurach w rozumowaniach biblistycznych można znaleźć tu. www.trinitarians.info/index.htm Jak ktos chce jeszcze literaturt anglojęzycznej to może zajrzeć tu: www.sfinia.fora.pl/linkownia,22/niezbedna-apteczka-apologetyczna-linki-obcojezyczne,422.html Miłej pracy nad demaskacją... .
-
2009/05/15 13:38:51
@ Rad - piszesz pewnie do Andsola, ale pozwolę sobie powiedzieć, że chyba żadne z nas "nie uważa idei {jedynego Boga, który wyklucza innych bogów" za filozoficznie bezsensowną. Ale nie każdy jest filozofem; ja na przykład patrzę na kwestię Hebrajczyków i ich religii, wraz z procesem jej kształtowania się, okiem historyka, a raczej historyka kultury, powiedzmy - w związku z czym interesują mnie fakty, oczywiście na tyle, na ile są dostępne dzięki źródłom pisanym i materialnym. Nie mieszaj tych dwóch porządków (historii i ahistorycznej filozofii), zwłaszcza że historycznie ci Hebrajczycy z VI czy V w., a nawet z okresy rewolty machabejskiej, nie mieli jeszcze tak rozwiniętej filozofii, jaką Ty przypisujesz ich pojęciom religijnym, aczkolwiek późne księgi tzw. ST są pod sporym wpływem filozofii greckiej.
-
Gość: Rad, 90-156-32-24.as.kn.pl
2009/05/15 14:29:46
Pełna zgoda, też na wykładach miałem o tym, że są dwa tłumaczenia starego testamentu na grekę, jeden Septuaginta, druga mniej filozoficzna a bardziej wierna. Ja tylko zaprotestowałem przeciw wyciąganiu na podstawie historii ahistorycznie pojętych wniosków etycznych czy filozoficznych- to zawsze prowadzi na manowce, przykład pełna błędów "Historia filozofii starożytnej" Realego. A ponadto zawsze można spróbować osiągnąć inne za pomocą odmiennej krytyki religii i tak Nietzsche najbardziej chwali przedfilozoficznych Hebrajczyków. Osobiście zaś sobie bardzo cenię właśnie taką dłubaninę jaką uprawiasz ale z innych powodów niż myślisz, otóż poucza ona, że nasza etyka, czy też raczej zbiór wyobrażeń moralnych, ideałów nie jest żadnym historycznym absolutem, choruje na niespójność i niemożność realizacji, uzależnienie od pewnych warunków społecznych, które czynią bardziej skrajne postawy z góry szalonymi. Gdyby dziś ktoś miał pewność, że zabijając bliźniego ratuje go przed piekłem, taką jak ta, która towarzyszy nam w łazience mówiąc, że po odkręceniu kurka, poleci woda, wcale nie jest pewne czy by go nie zabił. Analogicznie dziś jesteśmy tak ciepło nastawieni do synkretyzmu czy tolerancji, ponieważ podskórnie, często wbrew sobie uważamy, że co jak co ale te wszystkie te mity to mają wartość artystyczną albo czysto psychologiczną. Przejście od tamtych stanów do tych trwało oczywiście, i tak na przykład Plato uzasadnia w Fedonie zakaz samobójstwa tym, że nie wypada od dobrych panów bogów uciekać lub im na złość robić. Ale też nie jest tak, że nasza wyobraźnia, świadomość jest czysto świecka, czy czysto ateistyczna, jest tyglem, z którym nie potrafimy sobie poradzić. Ponadto mam pewien ogólny zarzut co do twojej twórczości, który można postawić nie tylko tobie ale i wielu innym historykom, czy filologom. Otóż nie jest dla mnie jasne jak to jest z tym schyłkiem starożytności i początkiem średniowiecza. Otóż albo uznamy, że barbarzyńcy ulegli skutecznie hellenizacji, kultura starożytnych Greków i Rzymian uległa samoistnej degeneracji przy udziale sprzyjających okoliczności (ale one chyba zawsze potrafią się znaleźć) ale wtedy ona również ulegała stopniowemu odradzaniu się, co znalazło swój finał w renesansie. Czy też nastąpiła tylko pozorna hellenizacja owych barbarzyńców w tym Żydów i z tego powodu pod owymi pojęciami szybko zaczęto rozumieć coś innego, doszło do licznych przewartościowań etc, w kulturze zaś "podbitej" tkwiło również jakieś, przynajmniej potencjalne przyzwolenie na owo podbicie? A teraz wszelkie odkrywanie na nowo starożytności czy to renesansowe (np: taki Michał Anioł malował starożytnych ale ze średniowiecznym typem księgi w dłoniach), czy oświeceniowe, romantyczne, jest nieuchronnie skażone przez odejście od tego, co stanowiło samoświadomość owych postaci historycznych, które współtworzyły przejście od jednej epoki do drugiej? Ja na podstawie tego jak mało ocalało z dzieł starożytnych filozofów, opowiadam się jeśli idzie o filozofię za tym drugim. Są też inne powody, wysnute na przykład na podstawie tego, co się robi z historią myśli, na przykład dziś przywraca się (słusznie!) honory pierwszej sofistyce greckiej, wbrew pokoleniom starożytnych intelektualistów. Wielka filozofia zaczyna się od Augustyna i Boecjusza na zachodzie, starożytność choć wiele jej zawdzięczamy zasługuje na miano prehistorii filozofii. Zaś zajmowanie się historią może służyć jak to wyraził Nietzsche: pamiętnikarstwu, umoralnianiu bądź krytyce. Wszystkie te formy mogą przyjąć formę zwyrodniałą, tej trzeciej najbardziej grozi nihilizm, nie ma bowiem świętości dla takiego krytycznego oka i pozostaje mu powiedzieć, nie warto żyć, cokolwiek będzie to już było! (ma to niewiele wspólnego z afirmatywną ideą wiecznego powrotu)
-
Gość: Rad, 90-156-32-24.as.kn.pl
2009/05/15 14:54:56
Oj wkradła się nie ścisłość, do tego przykładu z piekłem, lepiej pasuje Włodkowic argumentujący z wolności woli, że zmuszanie do wiary jest zmuszaniem do grzechu. Ale swoja drogą starożytni często świat postrzegali w ciemnych, fatalistycznych barwach. I pewnie potrafisz mądrzej napisać o tym ode mnie Drakino. Na przykład mity o zaświatach najpierw przedstawiały obrazy ponurego losu, z czasem lepszego etc, świetnie to wyzyskał nietzsche w "Narodzinach tragedii". Starożytnie nie znali nie tylko czasu linearnego, czy idei postępu ale mieli też zgoła inne podejście do bycia autorem, dążenia do prawdy stąd tylu pisarzy podszywało się pod swych wielkich, uznanych poprzedników. I wcale nie jest tak, że ten starożytny a także średniowieczny sposób wstecznego myślenia o prawdzie jako do czegoś, do czego się wraca i co się na nowo odkrywa nijak do nas nie przemawia. Poppera w "Drodze do wiedzy, domysły i refutacje", stać jedynie na stwierdzenie swej subiektywnej niechęci do tego ideału. Zaś pewien filozof, którego znam i który napisał książkę broniącą idei relatywizmu, stwierdził, że najwyższy czas uznać tę ideę, skoro przez wieki nieskutecznie filozofowie próbowali przeciw niej powstawać- czyli pradawna prawda o relatywizmie przyjmie nas niby ewangeliczny ojciec marnotrawnego syna. Odmienną ideę docierania doprawdy, jako czegoś do czego niejako podążamy z nicości, jest zależna od Augustyna i jego "creatio ex nihilo", bo wcześniej nikt o nicości wśród filozofów nie słyszał.
-
Gość: Rad, 90-156-32-24.as.kn.pl
2009/05/15 21:12:00
Nietzsche w "Antychryście, mówi: Lud, który jeszcze w siebie sam wierzy, ma też jeszcze swego własnego Boga. Czci w nim warunki, dzięki którym jest górą, swoje cnoty, przerzuca swą radość z siebie, swe poczucie mocy w istotę, której dziękczynić za to można. Kto bogaty, chce oddawać; lud dumny potrzebuje Boga, by składać ofiary ... Religia w obrębie takich założeń, jest formą wdzięczności. Jest się wdzięcznym za samego siebie: po to potrzebuje się Boga. Taki Bóg musi umieć pomagać i szkodzić, musi umieć być przyjacielem jak wrogiem, podziwia się go w dobrym jak w złym. Przeciwnaturalna kastracja Boga na Boga dobra tylko leżałaby tu poza obrębem pożądaności. Potrzebuje się Boga złego tak, jak dobrego: zawdzięcza się przecież istnienie własne chyba nie tolerancji, nie życzliwości dla ludzi... Cóż by zależało na Bogu, który by nie znał gniewu, zemsty, zawiści, szyderstwa, chytrości, gwałtu? który by nie znał może nawet zachwycających ardeurs zwycięstwa i zniszczenia?." miroslaw.zelazny.webpark.pl/smiercbo.htm
Istnieją jeszcze inni apologeci religijności w odmianie pierwotnej, chyba najbardziej chrześcijańskim z nich jest Rene Girard, po polsku ukazały się jego prace takie jak: "Prawda powieściowa i kłamstwo romantyczne".
-
2009/05/16 14:55:44
@Rad: a ja myślałem, że piszesz do Drakainy, no bo szeroko opisujesz sprawy, które są mi szczerze obojętne, jak bardzo jasno to postawiłem. Choć zauważyłem, że gdzieś mówisz "wy", więc chyba dwojga jako zespołu się zwracasz, ale... Zważ, być zestawiony z Drakainą to dla mnie zaszczyt, ale o jaką wspólną postawę Ci chodzi? Mówisz coś o agnostycyzmie, ale nie przypominam sobie, by ona tym terminem siebie opisywała, a z największą pewnością nie dla mnie to mundurek.

Dobre wychowanie nakazuje zwracać uwagę na mowę gościa, choć nie o temacie zebrania on mówi, ale gdy to czynię zauważam znaczne różnice stylów rozumowań. Wydaje się, że przedstawiasz coś, co bym nazwał kulturą przypisów, co piszesz to dokumentujesz jakimś odnośnikiem. Ale czy to jest potrzebne? Popatrz na Twoje zdanie: "Karl Popper w swojej 'Nędzy historycyzmu' wskazuje, że nie można przewidzieć przyszłej wiedzy, odkryć i wynalazków, ponieważ gdybyśmy mogli to zrobić już byśmu je osiągnęli". Słuchaj, każdy z tej nieprzeliczonej rzeszy, kto musi wypełniać formularze dla administracji na temat swych badań naukowych, by otrzymać finanse na nie, z pewnością mógł i często zastanowił się nad sensem wymagania, by powiedzieć czym jest to, czego przecież jeszcze nie ma. I cytowanie tu Poppera stawia go jedynie na poziomie tysięcy anonimowych naukowców, którzy to samo myślą i mówią.

I uwaga techniczna: Blox ma swoje dziwactwa w wariancie html, który dopuszcza, ale wstawianie linek jest jasno opisane, nieskomplikowane i jest lepsze niż adresy in extenso, wydłużające dziwacznie linie. Pozdrawiam i dziękuję za nieskończoność wskazówek lektur filozoficznych, do których może się kiedyś zabiorę, jeśli wymienią mi geny i pewne rzeczy przestaną mi być obojętne.
-
Gość: Rad, 90-156-32-24.as.kn.pl
2009/05/16 22:52:14
Oczywiście mógłbym przedstawiać różne argumenty bez odwoływania się do różnych autorów, rzecz jednak w tym, że humanistyka właśnie po trochu opiera się na robieniu przypisów do przypisów a Popper nie jest tu naukowcem lecz filozofem nauki.

Ps: A pisałem przez "wy" bo o ile dobrze zrozumiałem, chciałeś pisać jakiś artykuł, dałem więc trochę odnośników, gdzie jak sądzę można by znaleźć trochę literatury w tych sprawach.
-
2009/05/16 23:59:39
Bynajmniej :) Nie wiem na jakiej podstawie utworzyło się w Tobie to wrażenie, ale z pewnością nie planuję pisania artykułów o filozofii, a szczególnie o ontologii.

Co do przypisów do przypisów, cała wiedza ludzka jest tego rodzaju, nie tylko "humanistyka" (whatever you mean), ale sądzę, że zlepione zostały w jedno dwie rzeczy.

Narastanie wiedzy sprawia, że czasami dawne pojęcia skomplikowane stają się oczywiste i powszechnie znane - i wtedy nie ma już najmniejszej potrzeby docierania kto to i kiedy wprowadził do myślowego obiegu. No, za wyjątkiem historyków idei, ale Twój wywód nie był z historii myśli, prawda? Np. mówiąc o idei mierzenia rocznych wahań temperatury w jakimś miejscu jest nam szczerze obojętne czy to pierwszy raz robiono w Babilionii czy w Stanach Zjednoczonych i mówiąc o polskiej temperaturze tej wiosny nie wyciągniemy na wierzch tej historii...
-
2009/05/19 02:01:09
@ ansdol - mam nadzieję, że wybaczysz długość tego komentarza ;) pisałam go siedząc sobie w górach...

@ Rad no nie wiem, jak z Twoim studiowaniem filozofii, ale jeśli za początki jej wielkości na zachodzie uważasz dopiero Augustyna i Boecjusza, z pominięciem Platona i Arystotelesa, to ja mówię pas. Prędzej byłabym w stanie zrozumieć tezę, że prawdziwa filozofia zaczyna się od Kartezjusza czy Kanta, a wszystko wcześniej to prahistoria...

Ale w innych sprawach pozwolę sobie nieco rozbudować moje weto, albowiem albo masz mało uporządkowany sposób przedstawiania swoich myśli (co, wbrew pozorom, w filozofii nie jest cnotą), albo też, wybacz, Twoja wiedza historyczna jest lekko chaotyczna.

Zacznę od sprostowania: pisząc o wpływach filozofii greckiej na ST, nie miałam bynajmniej na myśli kwestii tłumaczeń na grekę, ale np. wyraz filozoficzny takich późnych ksiąg pisanych po hebrajsku! jak chociażby Kohelet (Eklezjasta), który jest z gruntu epikurejski. Po drugie na przełomie starożytności i średniowiecza na zachodzie nie ma już mowy o żadnej hellenizacji, tylko co najwyżej o romanizacji barbarzyńców.

Co do samoistnej degeneracji i stopniowego odradzania się, co znalazło finał w renesansie kultury klasycznej to nie jest to takie proste. Owszem, cywilizacja rzymska zawaliła się pod własnym ciężarem i okoliczności są świetnie znane: po pierwsze zawiniła prowadzona jeszcze od czasów republiki gospodarka ekstensywna, po drugie nasilające się nękanie granic przez barbarzyńców (uwaga historyczno-archeologiczna: pod tą nazwą rozumie się dla tzw. okresu wpływów rzymskich czyli w przybliżeniu Ibc-Vce ludy tzw. północnego barbaricum: Gotów, Germanów, Galów, a potem Hunów i Awarów, itd., ale nie np. Żydów jak w Twojej wypowiedzi ani też powiedzmy Partów) przy jednoczesnej słabości kolejnych władców, zwłaszcza od synów Teodozjusza. Nie bez znaczenia jest też fakt, że to, co miało działać jako siła jednocząca państwowa religia, na którą namaszczono chrześcijaństwo natychmiast stało się powodem i terenem walk ideologicznych, które nie służyły i tak chwiejącemu się państwu.
-
2009/05/19 02:05:43
Teraz w kwestii tego odradzania: pierwsze wieki zwłaszcza po najeździe Awarów to dla zachodu naprawdę okres potwornej nędzy i upadku cywilizacji. W ciągu kilkudziesięciu lat w (dawnych) prowincjach północnych zapomniano jak się buduje miasta i drogi! Rzymianie odeszli, miejscowa zromanizowana ludność została przetrzebiona i tak to się stało. W Italii i Hiszpanii było nienajgorzej: Goci byli wówczas cywilizowani, a w VI w. Justynian zdołał przyłączyć Italię do Bizancjum niestety na krótko. Po jego śmierci do Karola Wielkiego mamy rzeczywiste wieki ciemne. Potem nie jest dużo lepiej, bo cesarstwo niemieckie (frankońskie de facto) jest też szarpane walkami o władzę, a na dodatek cywilizacyjnie to tu krucho dość poczytać o tym, jak posłowie z zachodu byli postrzegani w Bizancjum, gdzie wówczas kultura stała wysoko, ale pomimo sporego terytorium, cesarstwo wschodnie było tak naprawdę izolowane i nadal nękane przez barbarzyńców (np. Słowian tym razem) z jednej strony, a podgryzane przez, skądinąd cywilizowanych, Persów z drugiej. Niestety nie udało się planowane małżeństwo Karola Wielkiego z bizantyjską księżniczką a to mógł być decydujący dla Europy moment; jak wielkie mogły być wpływy jednej takiej osoby na zachodzie pokazuje późniejszy przykład Ottona III, którego matka była właśnie wykształconą Bizantyjką, wychowaną w tym, co pozostało z tradycji klasycznej. Więc ok. roku 1000 mamy króciutki epizod odrodzenia jakichś tam wartości klasycznych, po czym znów wszystko się pogrąża w chaosie. Jaki był cywilizacyjny poziom Europy XI w. pokazują krucjaty, które były jedną wielką ekspedycją rabunkową złupiono nawet chrześcijański Konstantynopol, a zachowane dokumenty mówią o tym, że krzyżowcy nie byli w stanie wierzyć, że miasta mogą być tak wspaniałe i bogate. Tzw. odrodzenie XII w. jest możliwe po części dzięki tym rabunkom, ale tak naprawdę odradzanie się znajomości tradycji klasycznej na zachodzie zaczyna się w XIV w., kiedy Konstantynopolowi grożą Turkowie i zaczyna się eksodus uczonych na zachód to oni przywożą ze sobą księgi greckie, które czytają tacy Petrarka i Boccaccio, którzy torują drogę humanistom XV i XVI w. Ale tej epoki też nie powinniśmy przeceniać: Michał Anioł i Bramante bez skrupułów rozbierali starożytne budowle, jak potrzebowali kamienia. Jeśli zaś chodzi o Twój przykład z Michałem Aniołem, to akurat takie podejście jest jeszcze bardziej charakterystyczne dla dojrzałego średniowiecza: bohaterowie antyczni są przedstawiani w strojach średniowiecznych, a w literaturze zachowują się jak ludzie średniowieczni.

Co do pesymizmu starożytnych moja wiedza na temat filozofii greckiej jest taka, że w każdej swojej postaci miała ona służyć podstawowemu celowi człowieka, czyli znalezieniu szczęścia. Nawet filozofia cyników więc to właśnie miała na uwadze, podobnie jak asceza (wynalazek wschodni) uważając, że prawdziwe szczęście można uzyskać tylko po odrzuceniu bogactw i zobojętnieniu na codzienne problemy. Dla Greka świat mógł być igraszką bogów, a los człowieka podlegać fatum (tak zgodnie z etymologią rozumiem fatalizm: nie jako pesymizm, ale świadomość nieuchronności losu), ale postawy typowo pesymistyczne nie są powszechne. Ulotność chwili i co za tym idzie: życia, jest dla epikurejczyków bodźcem do korzystania z życia, a ta Koheletowa marność nad marnościami to nie średniowieczna vanitas, ale ulotność właśnie. A ostatni, pesymistyczny rozdział jest prawdopodobnie dopisany później.
-
2009/05/19 02:09:23
Nie wiem dokładnie, jak to jest z tym czasem linearnym, mogę się powołać jedynie zdroworozsądkowo na źródła: po pierwsze znana maksyma Demokryta, po drugie doskonała umiejętność liczenia czasu (linearnego) na mój gust temu przeczą. Starożytni potrafili całkiem dokładnie, licząc wstecz, podać zweryfikowane archeologicznie daty np. wojny trojańskiej i założenia Rzymu, co świadczy o zdecydowanie linearnym myśleniu o czasie. Na dodatek akurat ani Grecy, ani Rzymianie nie byli szczególnie przywiązani do idei czasu cyklicznego poza kwestiami sakralnymi, ale to akurat jest cechą wszystkich znanych kultur i uzasadnione bardzo naturalnie następstwem pór roku. A co do idei postępu po pierwsze zawsze współistnieje ona z niby sprzecznym mitem o złotym wieku ale nie wiem, czy jednak mitów o tym, jak jakiś Prometeusz czy inny heros kulturowy (np. Herakles) coś tam wynajduje i w ten sposób polepsza byt ludzkości, nie wiązać z taką ideą, choćby w formie zalążkowej.

I jeszcze kwestia bycia autorem akurat starożytni, co najmniej od V w. w Grecji, ale wcześniej też, mieli bardzo zdecydowane podejście do bycia autorem. To, że dla nas wiele dzieł jest anonimowych, nie wynika z lekceważenia autorstwa, ale tego, że zaginęły świadectwa tegoż. Co ciekawe, nawet z czasów znaaaacznie dawniejszych, bo z akadyjskiej Mezopotamii i z Egiptu (co najmniej od Średniego Państwa, ale chyba i wcześniej) mamy wyrywkowe dane o autorach. A dla Greków hellenistycznych i Rzymian kwestia autorstwa była bardzo ważna, ba, istniało pojęcie kradzieży literackiej! To oczywiście nie wykluczało praktyki kopiowania, naśladowania, przetwarzania dla nas czasem bardzo trudno uchwytne są te szczegółowe kategorie i pojęcia, ale one istniały. Inaczej niż w naszej świadomości ukształtowanej w dużej mierze pod tym względem przez romantyzm, ale istniały. W epoce hellenistycznej w Aleksandrii rozwinęła się cała szkoła filozoficzna, która m. in. zajmowała się rozstrzyganiem, co napisał Homer, a czego nie. Swoją drogą przypisywanie dzieł uznanym autorom świadczy z jednej strony o autorytecie imienia, z drugiej o kłopotach z ustaleniem, kto naprawdę napisał - znaczy było to ważne.

A na koniec uwaga osobista nie nazwałabym tego, czym się zajmuję, dłubaniną zarówno archeologia jak i historia, z wykorzystaniem filologii, interesuje mnie w kontekście szerokich problemów, takich jak kształtowanie się pewnych idei i ich wyraz w sztuce czy literaturze. Konkretnie zajmuję się chwilowo głównie propagandą władzy w IV w. i epoce hellenistycznej, a nie szczegółami jakiegoś tekstu czy dzieła sztuki.

PS. @ Andsol - Ty zamierzałeś, o ile zrozumiałam, wpis o Dekalogu napisać? Może być ciekawie.

A z innej beczki - wklejanie uprzednio napisanego tekstu skutkuje uznaniem za bota... Zabawne.
-
2009/05/19 02:20:24
@ drakaina - nie, tu botem to się zostaje za zbyt szybkie wpisanie (wklejenie) komentarza. Bo człowiek jak wiadomo pisze powoli.
-
2009/05/19 02:27:45
@ drakaina - zmyliło mnie "uprzednio napisanego", tzn. zrozumiałem, że jeszcze raz tego samego. A więc:
tak, tu botem to się zostaje za zbyt szybkie wpisanie (wklejenie) komentarza :)
-
2009/05/19 04:17:05
@drakaina: to od siedzenia w górach pisze się takie teksty? Jadę w góry, jutro rano.

Jeśli dobrze rozumiem, Blox nie wybacza Ci długości komentarza, ja jestem bardzo wdzięczny jak ktoś mi układa w głowie niezborne kawałki wiedzy. Nie chcesz tu przyjechać na wykłady? Albo przynajmniej napisać długi, długi esej?

Tak, o Dekalogu zamierzam ciągle, nigdy mi to z głowy nie wyszło, bo zdumiewa mnie, że tyle osób to czyta i nie widzi co tam stoi napisane. Aha, zawdzięczam Ci przyszły wpis o Św. Józefie, bo od cytatu z Mateusza do rozkosznego ks. Marka Dziewieckiego było niedaleko, w geometrii google'a.
-
2009/05/19 10:21:28
@ andsol - jeszcze jak bym przyjechala :D Ostatni raz w okolicy (no, troszkę na północ) byłam z wieku dziecięcego wyrastając...

Aha - z botem to zrozumiałam, ale dlaczego wyjadło mi przy okazji z tekstu sporą część dwukropków?
-
Gość: Rad, 90-156-32-24.as.kn.pl
2009/05/19 21:31:25
@ ansdol - mam nadzieję, że wybaczysz długość tego komentarza ;) pisałam go siedząc sobie w górach...

@ Rad no nie wiem, jak z Twoim studiowaniem filozofii, ale jeśli za początki jej wielkości na zachodzie uważasz dopiero Augustyna i Boecjusza, z pominięciem Platona i Arystotelesa, to ja mówię pas. Prędzej byłabym w stanie zrozumieć tezę, że prawdziwa filozofia zaczyna się od Kartezjusza czy Kanta, a wszystko wcześniej to prahistoria...
____________
Przez zachód rozumiałem kulturę łacińską. I bardzo cię proszę czytaj co piszę a nie to, co ci się wydaje. Doskonale wiem, że Boecjusz tłumaczył Arystotelesa jakże więc mógłbym negować jego wkład, wiem też, że Augustyn był pod wielkim wpływem min. platonizmu. Przez "prehistoryczność" rozumiałem to o czym sama możesz się przekonać wertując Diogenesa Laertiosa, nie mówiąc o zawiłych losach spóścizny Arystotelsa, nie miało to wyrażenie jednoznacznie pejoratywnego zabarwienia. Ponadto wybacz ale wychodzi z ciebie schematyzm, gdy piszesz, że łatwiej byłoby ci pogodzić się z tezą, że filozofia zaczyna się od Kanta. I chyba nie użyłem też słowa "prawdziwa".


Zacznę od sprostowania: pisząc o wpływach filozofii greckiej na ST, nie miałam bynajmniej na myśli kwestii tłumaczeń na grekę, ale np. wyraz filozoficzny takich późnych ksiąg pisanych po hebrajsku! jak chociażby Kohelet (Eklezjasta), który jest z gruntu epikurejski. Po drugie na przełomie starożytności i średniowiecza na zachodzie nie ma już mowy o żadnej hellenizacji, tylko co najwyżej o romanizacji barbarzyńców.
_______
Kto tu pisze chaotycznie, ktoś mógłby zrozumieć, że twym zdaniem Eklezjastę spisano na przełomie starożytności i średniowiecza. Oczywiście, że kultura i myślenie greckie oddziaływało wcześniej również na żydów, chociaż ta teza, że eklezjasta to akurat epikurejczyk, jest dla mnie mocno spekulatywna- nie spotkałem się z tezą, że ta księga Biblii zawiera wykład epikureizmu, raczej z tezą, że autorzy starego testamentu są co najwyżej na etapie przedfilozoficznych, racjonalnych ustaleń.

Ps: Nigdzie nie negowałem złożoności procesu upadku i odrodzenia, stwierdziłem, że istnieją dwie rozdzielne i do pewnego stopnia sprzeczne ze sobą historiozoficzne perspektywy, które siłą rzeczy są uproszczeniami.

W ogóle mam wrazenie, że nie specjalnie lubisz średniowiecze.
-
Gość: Rad, 90-156-32-24.as.kn.pl
2009/05/19 21:50:42
Nie wiem dokładnie, jak to jest z tym czasem linearnym, mogę się powołać jedynie zdroworozsądkowo na źródła: po pierwsze znana maksyma Demokryta
_________
Maksymy presokratyków mają to do siebie, że nie znamy ich kontekstu, ich badanie i interpretowanie, tłumaczenie to po trochu wróżenie z fusów. Na pewno pierwszy myśl, że czas mógł się zacząć i biec linearnie, wyraził Platon w Timajosie ale Timajos zawiera w sobie opowieść w formie mitu a nie zracjonalizowanego wywodu (logos).

po drugie doskonała umiejętność liczenia czasu (linearnego) na mój gust temu przeczą. Starożytni potrafili całkiem dokładnie, licząc wstecz, podać zweryfikowane archeologicznie daty np. wojny trojańskiej i założenia Rzymu, co świadczy o zdecydowanie linearnym myśleniu o czasie.
____
To świadczy najwyżej o tym, że potocznie i praktycznie podchodzi się do czasu linearnie. Zapewne zdajesz sobie sprawę o rozbracie między "nauką" i "technicznością" w starożytności?

Na dodatek akurat ani Grecy, ani Rzymianie nie byli szczególnie przywiązani do idei czasu cyklicznego poza kwestiami sakralnymi, ale to akurat jest cechą wszystkich znanych kultur i uzasadnione bardzo naturalnie następstwem pór roku
___________
Przepraszam stoicka koncepcja czasu to też takie nic i sakralna idea? I wybacz ale ja nie wierzę w to, że zwykli ludzie wtedy potrafili tak rozdzielać różne sfery rzeczywistości jak robi to człowiek współczesny. I chociaż bywały krótkie okresy, gdy oświecone elity dystansowały się od "sakralnego" postrzegania, to jednak wtedy rzeczywistość była o wiele bardziej nią przesycona niż dziś. Ponadto nijak to nie zmienia, że w chrześcijaństwie sakralizowany jest czas linearny, więc kołowy czas nie równa się sakralny.

A co do idei postępu po pierwsze zawsze współistnieje ona z niby sprzecznym mitem o złotym wieku ale nie wiem, czy jednak mitów o tym, jak jakiś Prometeusz czy inny heros kulturowy (np. Herakles) coś tam wynajduje i w ten sposób polepsza byt ludzkości, nie wiązać z taką ideą, choćby w formie zalążkowej.
_________
Jeśli współistnieje to w ramach kołowatego spostrzegania, czyli uznania, że złoty wiek znów wróci.

I jeszcze kwestia bycia autorem akurat starożytni, co najmniej od V w. w Grecji, ale wcześniej też, mieli bardzo zdecydowane podejście do bycia autorem. To, że dla nas wiele dzieł jest anonimowych, nie wynika z lekceważenia autorstwa, ale tego, że zaginęły świadectwa tegoż. Co ciekawe, nawet z czasów znaaaacznie dawniejszych, bo z akadyjskiej Mezopotamii i z Egiptu (co najmniej od Średniego Państwa, ale chyba i wcześniej) mamy wyrywkowe dane o autorach. A dla Greków hellenistycznych i Rzymian kwestia autorstwa była bardzo ważna, ba, istniało pojęcie kradzieży literackiej! To oczywiście nie wykluczało praktyki kopiowania, naśladowania, przetwarzania dla nas czasem bardzo trudno uchwytne są te szczegółowe kategorie i pojęcia, ale one istniały. Inaczej niż w naszej świadomości ukształtowanej w dużej mierze pod tym względem przez romantyzm, ale istniały. W epoce hellenistycznej w Aleksandrii rozwinęła się cała szkoła filozoficzna, która m. in. zajmowała się rozstrzyganiem, co napisał Homer, a czego nie. Swoją drogą przypisywanie dzieł uznanym autorom świadczy z jednej strony o autorytecie imienia, z drugiej o kłopotach z ustaleniem, kto naprawdę napisał - znaczy było to ważne.
___________
Ok, ilu znasz "pseudoplatonów" a ilu "pseudoaugustynów" czy pseudo "spinozów"?
-
Gość: Rad, 90-156-32-24.as.kn.pl
2009/05/19 22:05:54
Epikurejczycy ta jedyna dogmatyczna szkoła wśród filozofii hellenistycznych, dawała prawo człowiekowi być nieszczęśliwym inne uważały, że jeśli jesteś nieszczęśliwy to jesteś głupi- to wiele mówi jak bardzo łaknięto wówczas przekonania o byciu szczęśliwym. I o ile w okresie hellenistycznym faktycznie celem filozofii była nauka (rozumiana dosłownie) o tym jak być szczęśliwym, to jednak dla wcześniejszej filozofii etyka była tylko jedną z dziedzin filozofii. Ponadto szczęście w pojęciu filozoficznym to nie była zmysłowa (kinetyczna) przyjemność, do tego szczęście sprowadzał bodaj jedynie Erystyp i jego uczniowie, którzy szybko popadli w skrajny pesymizm właśnie.

Ps: to o dłubaninie było trochę ironiczne (autoironiczne) wszystkie nauki szczegółowe z perspektywy filozofa... .. ;)
-
Gość: Rad, 90-156-32-24.as.kn.pl
2009/05/19 23:07:59
W epoce hellenistycznej w Aleksandrii rozwinęła się cała szkoła filozoficzna, która m. in. zajmowała się rozstrzyganiem, co napisał Homer, a czego nie.
___________
Tyle, że w Aleksandrii uczeni ogłosili, że nie chcą zwać się filozofami lecz określili się mianem filologów. Tam nie było żadnej szkoły stricte filozoficznej a jeśli już to co najwyżej perypatycka, według niektórych autorów, scholarchów z Perypatu powoływano do kierowania biblioteką aleksandryjską, co było zaszczytem.

Swoją drogą przypisywanie dzieł uznanym autorom świadczy z jednej strony o autorytecie imienia,
Ów autorytet imienia działał inaczej niż przed czasami renesansowymi.

z drugiej o kłopotach z ustaleniem, kto naprawdę napisał - znaczy było to ważne.
_____________
Już wtedy podszywano się pod innych autorów ale było to o wiele bardziej nagminne i ogólnie uzasadnione sposobem podejścia do autorytetu. Uważano min. że co starsze, starożytniejsze to bardziej szacowne.
-
2009/05/20 01:12:37
@ Rad - oczywiście miało być "filologiczna" - mea culpa (za dużo o tej filozofii było). W sumie trochę mnie dziwi, że nie wpadłeś na to, że to przejęzyczenie ; Co do zagadnień filozoficznych zaś, zastrzegłam się, że "o ile wiem", bo to nie moja działka. Nie lubię rozważań czysto teoretycznych, tworzenia ogólnych konstruktów myślowych, nie lubię ontologii, lubię konkrety ;)

Podszywanie. Cóż, u podwalin epoki najbardziej ceniącej sobie oryginalność itd., tej, która nam ten model narzuciła, leży kilka majstersztyków literackiego oszustwa z "Pieśniami Osjana" Macphersona na czele, więc tu akurat starożytność szczególnie się nie wyróżnia. Nie chodziło mi o to, czy były podszywania - bo były, są i będą - ale o to, że nie można o starożytnych akurat powiedzieć, że nie cenili sobie autorstwa. Ze średniowieczem też nie jest tak prosto, choć istotnie ideologia sprzyjała pomijaniu autorstwa - ale części znaków autorstwa po prostu nie umiemy dziś odszyfrować...

W kwestii linearności czasu będę się upierać. A może po prostu inaczej na to patrzymy. Dla mnie umiejętność pisania historii ze zwracaniem uwagi na datowanie, z dostrzeganiem następstwa zdarzeń i nawet ich powiązań, jest myśleniem linearnym. Co więcej, przekonanie (Arystoteles chociażby), że historia jest jednostkowa, a nie ogólna. Dla mnie społeczeństwo myślące cyklicznie to takie, które w ogóle nie przejmuje się historią linearną, dla którego cała historia dzieje się "in illo tempore", a wyznaczniki czasu linearnego nie mają znaczenia. Jest to cechą charakterystyczną społeczeństw pierwotnych, zwłaszcza przedpiśmiennych, których pamięć szczegółowa nie sięga dalej niż jedno pokolenie. Również dla społeczeństw wierzących, że świat cyklicznie ulega zagładzie i się odradza. Umiejętność umieszczenia początków swoich dziejów w odległym punkcie na osi czasu jest dla mnie początkiem myślenia linearnego i mniej jest dla mnie istotne niż to, czy filozofowie umieli to opisać, czy nie. Ale to właśnie kwestia "priorytetów".

Do Koheleta jako epikurejczyka podrzucę Ci literaturę, jak tylko spotkam się z koleżanką - hebraistką, która się na tym zna duuuużo lepiej ode mnie.

A średniowiecza nie lubię. Kiedyś widziałam w nim piękną epokę wspaniałych rycerzy, dworskiej miłości, Tristana i Izoldy oraz Okrągłego Stołu. A potem przeczytałam parę książek o kulturze materialnej tego czasu, o tym, że na to, żeby być "piękną" w owym czasie, wystarczyło nie mieć ospowatej cery i popsutych przednich zębów, o tym, że szpitale to były umieralnie... I jak widzę, ile się zdobyczy cywilizacyjnych epok wcześniejszych zmarnowało, jak się Europa cywilizacyjnie cofnęła, to nie mogę lubić schyłku starożytności i średniowiecza. Archeolog klasyczny ma małe szanse lubić to, co zabiło przedmiot jego badań, a często również życiową miłość, że się tak górnolotnie wyrażę (a jak myślę o tym, że w Polsce po zaawansowanej kulturze przeworskiej następuje luka osadnicza, po czym przychodzą lepiący garnki i mieszkający w półziemiankach Słowianie, to w ogóle szlag mnie trafia). Lubię konkretne dzieła sztuki, konkretne utwory literackie, nie lubię epoki jako takiej. Na pocieszenie mogę powiedzieć tylko tyle, że XVII w. nie lubię jeszcze bardziej (chyba).

Aha, jeszcze co do "pseudo" - wiem, że jesteś filozofem, ale na filozofii kultura się nie kończy. Cała nowożytność to wielkie podrabianie sławnych dzieł sztuki chociażby, a w literaturze to już wspomniałam o romantycznych fałszerstwach, a i w renesansie pisano podróbki starożytnych. A że nie było pseudoaugustynów... no cóż, w czasach, kiedy popularność Augustyna wzrasta, piśmienność ludności drastycznie spada, co, jak mniemam, może się przyczyniać do spadku twórczości, która mogłaby się podszywać... Potem z kolei wynalazek druku, oraz rozwój ekonomiczny, rozwój biurokracji i coraz lepsze metody przekazywania informacji, sprawiają, że coraz trudniej jest podszywać się pod współczesnych (to a propos Spinozy).

W kwestii szczęścia - afair nigdzie nie napisałam, że ma nim być tylko zmysłowa przyjemnoś
-
2009/05/20 01:17:01
PS. Obawiam się, że będę zmuszona zawiesić odpowiadanie - w każdym razie wyczerpująco - w tej dyskusji, bo 1) zrobiła się offtopikowa, 2) doszliśmy do etapu powtarzania argumentów, 3) muszę wziąć się za mnóstwo wlekących się obowiązków, a pisanie komentarzy to typowe czynności zastępcze ;) 4) może o części tych zagadnień po prostu napiszę na swoim blogu...
-
2009/05/20 01:41:19
Ale za to, że tak pięknie off-topikowo się przyłożyłaś, w imieniu gospodarza (którym nawiasem jestem) pięknie Ci dziękuję i zaręczam, żebardzo pilnie będę czytał rozwinięcia tematu jeśli je u siebe postawisz.

W mniejszym cenieniu sobie ontologii i konstrukcji bardzo nadziemnych jestem Ci podobny i mam ochotę złożyć tu prośbę do Rada, który przecież jest zasadniczym elementem tej pięknej Waszej rozmowy. Zakładam, że jesteśmy ponad wymachiwaniem ogonami i głośnym biciem się w piersi, by pokazać kto kolorami a kto szerokością klatki piersiowej góruje - i że drobne zaczepności są nieuchronną konsekwencją tego, że rozmawiają ludzie a nie automaty i adrealina działa. Więc wyobrażam sobie, że styl rozmowy, który przyjąłeś, nie jest taktyką, by rozmówcę przydusić i zamknąć mu dziób, ale że to sposób, który masz za stosowny, by przedstawić te przemyślenia, które masz w sobie. Otóż z powodu stylu zapewne a nie dla ich zawartości bardzo mało z nich skorzystałem - a gdy skorzystałem to dzięki drakainie, której odpowiedzi pomagały mi zrozumieć gdzie Ty sam stoisz. Oczywiście takie wyznanie jest do łatwego odepchnięcia w stylu poucz się więcej, poczytaj, naucz się słów fachowych i wiele podobnego fukania, które w delikatny sposób wyjaśnia rozmówcy, że nie jest na poziomie rozmowy. Ale gdybyś takie założenie na samym początku zrobił (i przyjęcie go wcale by mnie nie obraziło), jakie konsekwencje by to miało? Zrezygnowałbyś z wpisu (wielu wpisów) tutaj wiedząc, że ich nie wykorzystam rzetelnie czy przemyślałbyś jak te treści przekazać laikowi? Nazwij to jak chcesz, podejście dydaktyczne, szacunek dla czytelnika czy zrozpaczone zniżanie się do jego poziomu, ale bardziej bym sobie to cenił niż listę obowiązkowych lektur oraz zdania tak zbudowane, że bardziej na zasadzki niż na drogowskazy wyglądają. Wiedzy nikt Ci pod wątpliwość nie poddaje, ale co mi po niej jeśli nie przetworzysz jej na takie składniki, które mój żołądek strawić potrafi?
-
Gość: Rad, 90-156-32-24.as.kn.pl
2009/05/20 10:47:33
Jedyne ogólne dzieło doksograficzne i biograficzne na temat filozoficznej starożytności jakie do nas dotarło to dzieło Diogenesa Laertiosa (wiemy, że były inne). Wystarczy je przejrzeć, aby zobaczyć jak mało zostało ze starożytnych, drobny ułamek tytułów jakie przypisuje różnym autorom jest nam bliżej znanych. Na przykład taki Chryzyp napisał kilkadziesiąt dzieł, to, co ocalało w fragmentach zmieściło się w trzech tomach a i tak ocenia się, że jest to mały ułamek jego twórczości. Inne świadectwo tego jak mało ocalało to, losy epikurejczyków, którzy aż do ponownego odkrycia dzieła Lukrecjusza, byli myleni z hedonistami. Jednocześnie jak pisze K. Leśniak książce "Epikur", epikureizm oddziaływał na teologię chrześcijańską do XI-XII w, przez apologetów bywał spostrzegany jako sojusznik w walce z pogaństwem. Na jednych z wprowadzających zajęć do hist. filozofii (dokładniej fil. presokratejskiej) omawialiśmy owo opowiadanie Lema, o tym jak po wielkiej katastrofie, nieliczni ocalali uczeni, na zjeździe analizują jak wyglądał świat przed katastrofą, jedyne źródła jakie posiadają to min. wycinki prasy popularnej, efekt jest komiczny. A więc właśnie z powodu owej katastrofy jaka się wydarzyła na przełomie starożytności i średniowiecza, musimy powiedzieć choć cenimy sobie starożytnych, w średniowieczu nasz początek. I tak, chociaż oprócz Augustyna i Boecjusza "nieco" wcześniej byli stoicy ze szkoły rzymskiej, cóż ideologicznie oni zostali zagospodarowani min, do ewangelizowania przez takich jak Marcin z Bragi. Teraz jeśli będziemy chętni bądź niechętni owym faktom, możemy różnie ideologicznie odczytywać ten proces ale nijak to nie zmienia, tego, że również na poziomie świadomości, zaszły procesy, które sprawiły, że narodziło się średniowiecze. Te procesy będą tym bardziej niezrozumiałe, im bardziej będziemy idealizować starożytnych, na przykład w celu negacji tego, co nam się nie podoba w chrześcijaństwie (jest to o tyle kiepska idealizacja, że odwraca się od tego, co zapewne istotnie jest warte pochwały i poznania). Świadectwo tym procesom daje min. Augustyn w dziele o Państwie Bożym, gdzie jednym z tematów jest właśnie filozoficzne aspekty spostrzegania historii i jej fatalności. Obarczyłaś odpowiedzialnością za upadek Rzymu chrześcijan, bo prowadzili ideologiczne spory, bardzo cie przepraszam ale oni robili to jeszcze przed tym nim ich religię uznano za oficjalną, ponadto wcześniej też trwały spory między poganami (kryzys republiki i narodziny cesarstwa) i co? I nic, gdyby zdarzyło się, że owe spory i walki frakcyjne doprowadziły do odrestaurowania się Rzymu, może w jakiejś innej formie ustrojowej (na wschodzie to się stało i to na tysiąc lat), okazałoby się, że ta sama przyczyna, dała przeciwny skutek dla naszego wartościowania.

Stoicy nie tylko widzieli czas koliście ale jeszcze obliczali z pomocą tego, co nazywasz czasem linearnym, za ile setek lat znów będzie żył Sokrates. Ale myśmy odnieśli, naszą antropologiczną wiedzę do starożytności i takie istotne, radykalne odmienności nam umykają wraz z ówczesną samoświadomością). Dokonaliśmy między innymi doskonałej periodyzacji pism Platona, prawdopodobnie dobrze zrekonstruowaliśmy ewolucję jego myślenia, lecz cóż z tego, skoro starożytni zwykli wydawać jego dialogi w tetralogiach, nie przejmując się spójnością wykładanych koncepcji w poszczególnych pismach i chronologią ich powstawania. Owszem badamy starożytnych ale im bardziej badamy, tym bardziej z nimi zrywamy. stwierdzamy na przykład, że niesprawiedliwie cała starożytność oceniała pierwszą sofistykę. Negujemy słowa Cycerona, że Sokrates sprowadził filozofię z nieba na ziemię, bo na podstawie analizy sprzecznych i równie wiarygodnych źródeł wiemy, że nic nie można powiedzieć o jego poglądach a dzieło sprowadzenia filozofii z nieba na ziemię (zajęcie się przez filozofów sprawami człowieka, społeczeństwa, rezygnacja z "metafizyki") to dzieło sofistów.

Im bardziej będziesz podkreślać, dołek w jaki popadła kultura na przełomie epok, tym bardziej owo odrodzenie będzie autonomicznym dziełem owej nowej epoki.
-
Gość: Rad, 90-156-32-24.as.kn.pl
2009/05/20 11:24:39
Im bardziej będziesz podkreślać, dołek w jaki popadła kultura na przełomie epok, tym bardziej owo odrodzenie będzie autonomicznym dziełem owej nowej epoki a więc logicznie powinnaś ją chwalić, wszak ci ludzie często nie ze swej winy tak wiele utracili, też chcieli żyć długo i zdrowo. A wielu z nich starło się ocalić, co mogli albo co uznawali za wartościowe, a jeśli ich oceny co do wartości, radykalnie nie zgadzają się z naszymi (co innego byśmy ocalali), to pozostaje jeszcze pytanie o przyczyny tej różnicy i czy na pewno to my mamy rację, czy też może jedynie wymądrzamy się na temat tego, jak postąpilibyśmy na ich miejscu, albo też chcemy z nich, z jakichś własnych ideologicznych powodów uczynić ludzko-nieludzkimi podmiotami historii, których nie da się pojąć. Co więcej z takiej perspektywy trudno mówić poprawnie o odrodzeniu, bo ono będzie co najwyżej jeszcze bardziej zuchwałym przywłaszczeniem i podbiciem, zuchwałym podbiciem, bo nieskrępowanym jakimś jednym, uniwersalnym, łatwym do odczytania celem.

Andoslu, kiedyś założę bloga i tam będę jeszcze jaśniej starał się pisać. W twojej przedostatniej wypowiedzi zlały nam się wątki i dość idiotycznie wyszło. Nie będe odkręcał, bo nie chcę jeszcze bardziej pogłębiać offtopu. Powiem tylko tyle, taki Augustyn jak najbardziej uznawał istnienie innych bogów za Bogiem prawdziwym jako na przykład demonów etc, nie wiem więc o co cała sensacja. ;) Mam nadzieję, że moja ostatnia odpowiedzi dodatkowo rozjaśniły pewne sprawy. Dodam jeszcze, że istnieje spór między tymi, którzy spostrzegają w naukach społecznych ludzkość jako pewien zbiór jednostek, a tymi, którzy uznają społeczeństwo za coś nadrzędnego względem nich, jednostka poza społeczeństwem dla nich jest jak odcięta ręka. Wydaje mi się, że Drakaina skłania się do tej pierwszej opcji, często pisze (na blogu) tak, jakby podmiotami historii nie byli ludzie a epoki, które jeszcze coś determinują..., tym czasem epoki nie są monolitami, co wychodzi przy zderzeniu różnych perspektyw patrzenia na historię, Jeśli zaś idzie o emocjonalny stosunek, to przyznam, że odkąd odchorowałem refleksyjnie kwestię zaborów, staram się nie mieć emocjonalnego podejścia do dziejów.
-
2009/05/20 11:24:59
@ Rad - krótka piłka. Uwierz mi, jako między innymi archeolog doskonale zdaję sobie sprawę z fragmentaryczności naszej wiedzy o czasach dawnych. Rekonstrukcja historii politycznej i obyczajowości jest, kto wie, czy nie trudniejsza niż filozofii. O sztuce też wiemy tyle, co zostało, zniszczone, zmienione, opisane.

Nie mogę natomiast pozostawić bez komentarza jednego Twojego stwierdzenia:

Obarczyłaś odpowiedzialnością za upadek Rzymu chrześcijan, bo prowadzili ideologiczne spory

Jako filozof powinieneś czytać uważniej, takie streszczenie tego, co powiedziałam, jest z gruntu fałszywe. Sparafrazuję w związku z tym własną myśl, może będzie jaśniej. Po pierwsze za najważniejszy czynnik upadku uważam fatalną gospodarkę. Poza tym uważam, że uznanie chrześcijaństwa za religię państwową odniosło skutek odwrotny od zamierzonego: tak to bywa, że dopóki coś jest w katakumbach, to pomimo różnic ideowych potrafi się jednoczyć, a jak się dorwie do władzy, to zaczynają się rzezie we własnych szeregach. By daleko nie szukać innych przykładów, weźmy dzieje polskiej opozycji po 89. Wracając do upadku Rzymu: gdyby to jeszcze biskupi sobie te spory wiedli na gruncie kościelno-teologicznym, a cesarze zajmowali się prowadzeniem wojen i polityką, to może nie byłoby tak katastrofalnie. Podsumowując: już czasy starożytne pokazują, że idea rozgraniczenia państwa od kościoła jest ideą słuszną (na dodatek ściśle ewangeliczną: cesarzowi co cesarskie...).

Pozwolę sobie na jeszcze jeden cytat z Twojej wypowiedzi (a propos uwagi Andsola o argumentowaniu): wcześniej też trwały spory między poganami (kryzys republiki i narodziny cesarstwa) - wskaż mi, proszę, jakie to spory teologiczne miały tu znaczenie (bo to miałam na myśli oryginalnie)? Bo jak dla mnie jest to argument z gatunku "a w Ameryce biją Murzynów", nijak się mający do rzeczy. Sulla - Cynna i Mariusz, popularzy - optymaci, Cezar - Pompejusz, Oktawian - Antoniusz, proszę, oto najważniejsze spory, które przyczyniły się do upadku republiki. Gdzie tu teologia?

Kulty "pogańskie" były oczywiście z władzą związane, skądinąd widać, że im bardziej intymnie, że tak powiem, tym gorzej się działo (Heliogabal), ale ich wielość sprawiała, że mądry władca (pal diabli konsul czy cesarz) nie ulegał wpływom jednej grupy, a religie klasyczne były bardzo tolerancyjne dla nowinek kultowych i poważne wojny _religijne_ to rzecz nieznana starożytności.

I jeszcze jedna uwaga: jakkolwiek już synowie Konstantyna zaczęli spory ideologiczne na najwyższym szczeblu, o tyle ruch Konstantyna (edykt o tolerancji) uważam za słuszny, podczas gdy ruch Teodozjusza (edykt o nietolerancji dla wszystkiego, co niechrześcijańskie, żydów też) - za fatalny.

Quod scripsi, scripsi. I postaram się nie dać prowokować dalej, chyba że znów ktoś wykręci moje słowa...
-
Gość: Rad, 90-156-32-24.as.kn.pl
2009/05/20 11:30:48
Niestety nie wiem w jaki sposób zrobić bez wklejania linków, link na szczęście krótki, a w nim dość ciekawa analiza średniowiecza, niestety chyba nie jestem w stanie jej zweryfikować, wstawiam, aby pokazać, że spór o średniowiecze, to nie jest nasz wymysł, powstały przy dyskusji. ;)
pilaster.blog.onet.pl/2,ID355264048,index.html,
-
Gość: Rad, 90-156-32-24.as.kn.pl
2009/05/20 11:46:10
Wracając do upadku Rzymu: gdyby to jeszcze biskupi sobie te spory wiedli na gruncie kościelno-teologicznym, a cesarze zajmowali się prowadzeniem wojen i polityką, to może nie byłoby tak katastrofalnie.
_______________
No dobra, po co Cesarz sam się do tych sporów mieszał, na słynnym soborze na którym, to on właściwie rozstrzygał kwestie dogmatyczne? Ponieważ ludziom przestała odpowiadać religia pogańska, była zbyt otwarta, tak jak była zbyt otwarta była ówczesna polityka wojskowa, która angażowała bez patrzenia na konsekwencje barbarzyńców do bronienia granic Cesarstwa. Zaistniała potrzeba sięgnięcia po coś, co miało bardziej scalać ale widocznie nie zdążono scalać, bo kryzys się pogłębiał, terytorium tak wielkiego nie dało się bez ekspansywnej polityki dalej utrzymywać, a na zachodzie dalsze podboje oznaczałyby jeszcze większe rozciągniecie granic i trudności min. w administrowaniu.

Przy przejściu od republiki do cesarstwa faktycznie nie było chyba teologicznego sporu, no może poza jakimiś autorami, którym nie podobała się na przykład wynoszenie się przez nową władzę do boskiej rangi. Co właśnie potem było wielkim kłopotem, nie wiem, może bez owej idolatrii chrześcijaństwo skończyłoby jako mała sekta... .

Ps; też uważam, że edykty dyskryminujące inne religie niż chrzęścijaństwo były fatalne ale zapewne w mniemaniu władców miały one służyć ukróceniu teologicznych sporów.
-
2009/05/20 16:21:22
Jeeeezasssss, co tu się porobiło?
Rad, z całym szacukiem, związłośść jest cnotą a przemyślenie sobie ciągu argumentacyjnego przed rozpoczęciem pisania - szczególnie w połączeniu z rezygnycją z tego, co nie jest nieodzowne - świadczą o uprzejmości wobec innych.
Do czego zmierzam: ano do tego, że pisanie nie jest równe pisaniu. Jak również do tego że każde medium posiada kompatybilny styl pisania. Inaczej w dysertacji, inaczej w artykule popularnonaukowym, jeszcze inaczej w monografii.
Proszę, nie traktuj tego jako pouczania, lecz wybór medium pociąga za sobą (poza wyborem stylu) również decyzję dotyczącą ostatecznej objętości wywodu. Jeśli zależy Ci aby być czytanym ( i ewentualnie rozumianym) to moim zdaniem nie powinieneś tego lekceważyć.
A TO JEST BLOG...

ukłony
t.
-
2009/05/20 16:47:36
Tak jeszcze gwoli porządku - mam nadzieję, że nikt tu nie uważa, że myślenie (zaznaczam, że mam na myśli myślenie, a nie myślenie o myśleniu czyli filozofię) w czasie linearnym wyklucza równoczesne myślenie (życie?) w czasie cyklicznym. Wręcz przeciwnie: w ogromnej większości kultur te dwa sposoby myślenia o świecie (czy lepiej, a na dodatek, o ironio, filozoficzniej: postrzegania świata) występują równocześnie, na różnych poziomach refleksji. Grzechem nowoczesności (moim skromnym zdaniem wiodącym się od prób pożenienia sfery sakralnej, religijnej, z naukowym myśleniem i dowodzeniem, Tomasz się kłania i scholastyka zapewne) jest uważanie, że jedno z drugim pozostaje w sprzeczności na gruncie, że tak powiem, życiowym.