|
Blog > Komentarze do wpisu
Duszyczki liczb dodatnich
Napisa³em na kartce liczbê dodatni±.
Jaki jest jej wymiar?
Dziwnie brzmi to pytanie. Dodatnie liczby s± do mierzenia wszystkiego, tak¿e ich samych. I liczba jest swoim w³asnym wymiarem, prawda?
Prawda, ale... Jednak jest jaka¶ inna miara liczb, bo mówimy na przyk³ad: „wydatki rzêdu tysi±ca” i z pewno¶ci± jest to wiêcej ni¿ setka a mniej ni¿ piêæ tysiêcy. Wiêc ten „rz±d” odnosi siê do jakiej¶ miary liczb. (Przy okazji, lekki szlag mnie trafia gdy s³yszê sprzedawcê mówi±cego: „z upustem cena bêdzie rzêdu sto trzyna¶cie z³otych i piêtna¶cie groszy”).
Nasze obycie z rachunkami (czy mogê przypomnieæ, ¿e nie tylko Cz³owiek z Jaskiñ mia³ spore k³opoty rachunkowe, sprawnie wykonywane cztery dzia³ania arytmetyczne to ci±gle nowinka w skali historycznej) podsuwa ca³kiem sensown± odpowied¼: wymiar jest zwi±zany z ilo¶ci± cyfr u¿ytych w zapisie liczby i chodzi o cyfry stoj±ce przed przecinkiem. I w zasadzie jest ¶wietnie, ale zaczyna byæ cudownie gdy sobie u¶wiadomimy, ¿e maj±c dobr± definicjê wymiar iloczynu liczb to suma wymiarów. W tym momencie Kubu¶ Puchatek mia³by pewno¶æ, ¿e to znaczy co¶ wa¿nego.
Oczywi¶cie to glêdzenie jest ci±giem dalszym wpisu sugeruj±cego, ¿e w szkole opowiada siê androny gdy wpiera siê w dzieci, ¿e gdy liczba a jest jedna to jest jednym czynnikiem mno¿enia i rzekomo dlatego a=a1.
Otó¿ patrzymy na zapis dziesiêtny liczby (czyli cyfry od 0 do 9 poupychane bez spacji) i my¶limy: dla 100 czy 10000 ³atwo mówiæ o wymiarze, bo policzymy im zera po jedynce, ale jak okre¶liæ wymiar innych liczb, szczególnie je¶li nie s± ca³kowite?
Ten wymiar liczby (wyk³adnik, duszyczka, logarytm, nazwij to jak chcesz) okaza³ siê stworem tak wa¿nym w historii zachodniej cywilizacji, ¿e gdy ju¿ wymy¶lono jak go okre¶liæ i policzyæ, tabele, ca³e ksi±¿ki z tabelami tych duszyczek, sprzedawa³y siê tak ¶wietnie, ¿e w wielu drukarniach wypar³y druk Pisma ¦wiêtego i nawet formularzy podatkowych. Ciep³e bu³eczki, rado¶æ drukarzy z pocz±tku XVII wieku. Z pomoc± tych tabelek mno¿enie (a du¿o wtedy by³o mno¿enia, ruch by³ ostry w interesie) stawa³o siê ³atwo wykonalne po paru sesjach treningowych – by³ to prze³om rachunkowy porównywalny z wprowadzeniem na rynek kalkulatorów.
A wiêc idea jest taka: chcia³bym stworzyæ funkcjê „ob³uskiwacz duszyczek liczb dodatnich” tak±, ¿eby zamiast mno¿yæ te liczby mo¿na by³o dodawaæ ich duszyczki. Lecz zabawa by by³a bezwarto¶ciowa gdybym z otrzymanej duszyczki-sumy nie móg³ wróciæ do pewnego cia³a liczby dodatniej. Czyli musi to byæ proces dwustronny, jazda do ¶wiata logarytmów i powrót do zbioru liczb dodatnich. Taki proces nazywa siê „funkcj± odwracaln±”. Pamiêtasz te zwroty o funkcji injektywnej, surjektywnej, bijektywnej, o przyporz±dkowaniu jedno-jednoznacznym? Tak? To ¶wietnie, zapomnij. I my¶l po prostu: nie mogê wróciæ z miejsca do którego nie dojecha³em. I gdybym by³ w miejscu, gdzie dojecha³em na dwa ró¿ne sposoby, nie wiedzia³bym co to znaczy „powrót”, bo do którego niby miejsca? Czyli je¶li chcê mieæ powrót z duszyczek do liczb dodatnich, muszê mieæ pewno¶æ, ¿e ka¿da liczba jest czyj±¶ duszyczk± i ¿e jedna duszyczka nie nale¿y do dwóch cia³. I ca³a sprawa w tym jak sobie zorganizowaæ konstrukcjê takiej funkcji.
Zabawa zaczê³a siê od 10, 100, 1000 itd? Ale to przecie¿ niewa¿ne, ¿e 10. ET by³ stworzonkiem mi³ym a mia³ tylko 6 palców i na jego planecie nie zrozumiano by tej obsesji liczb± 5+5. A na jeszcze innej planecie mog± ¿yæ kuzyni ET maj±cy trzy r±czki trzypalcowe i tam baz± liczenia na palcach bêdzie 9 a nie 10. Wiêc we¼my jakiekolwiek a>1 i zacznijmy wymy¶laæ dla tej bazy (zastêpuj±cej 10 czy 6 czy 9) powrót od duszyczek czyli funkcjê wyk³adnicz±. Pocz±tek jest ³atwy, ju¿ wymy¶lili¶my co to by by³o a² czy a³ – i widaæ, ¿e iloczyn liczb sprawia, ¿e sumuje siê duszyczki czyli wyk³adniki. Liczymy ilo¶æ czynników. Ale zanim pomy¶limy o najró¿niejszych x wystêpuj±cych w roli wyk³adnika, musimy co¶ postanowiæ z najprostszym przypadkiem x=1.
Zauwa¿, ¿e skoro a>1, to a²>a – mno¿enie przez a (wiêksze ni¿ 1, wiêc dodatnie) nie wywraca porz±dku na osi liczb, je¶li pierwsza liczba stoi na prawo od drugiej, to po przemno¿eniu porz±dek ten jest zachowany. To jest wa¿ne, bo je¶li stworzymy funcjê rosn±c± i okre¶lon± dla wszystkich liczb x, to mo¿na wierzyæ, ¿e bêdzie istnia³ powrót. I je¶li funkcja wyk³adnicza bêdzie zamienia³a dodawanie na mno¿enie, to odwrotna do niej – mno¿enie na dodawanie i w³a¶nie to nam siê marzy. I startuj±c od tych naszych postulatów (dezyderatów, pró¶b, po¿±dañ, znów wybierz sobie mi³e ci s³owo) i wykonuj±c znane ze szko³y rozumowania widzimy, ¿e dla wype³nienia naszego programu musimy przyj±æ a=a1 i 1=a0 i wiele innych rzeczy wciskanych w ucznia w postaci wzorków – i rachunkowo to wszystko jest ¶wiêt± prawd±, ale to nie s± dowody czegokolwiek, to jest dostosowywanie definicji do naszych projektów. Je¶li chcesz mieæ taki wynik, to popatrz: nie masz innego wyj¶cia, musisz przyj±æ tak± definicjê. To taki lejek definicyjny, do którego wchodzisz z dobrej woli, nie ma ¿adnej si³y natury, która tam ciê wciska.
Domy¶lam siê, ¿e mog³o ciê zaniepokoiæ sformu³owanie „mo¿na wierzyæ, ¿e bêdzie istnia³ powrót”. Wiara w matematyce? Có¿ widzê dwa proste wyj¶cia. Albo uczymy teorii granic i porz±dnie wprowadzamy liczby rzeczywiste i wtedy bêdziemy wiedzieæ, a nie wierzyæ – albo nie uczymy jej z jakich¶ ideologicznych powodów (np. dzieci powinny byæ szczê¶liwe i nie przemêczane my¶leniem) i wtedy umiemy radziæ sobie z wyk³adnikami wymiernymi (ilorazy liczb ca³kowitych), a dla innych liczb to bêdzie ludowa gawêda o tym, ¿e co¶ by by³o coraz bli¿ej czego¶ innego, i bêdzie to bajka z tak w±tpliwym mora³em jak nie przymierzaj±c o dziewczynce z zapa³kami, wiêc mo¿e dla zachowania zdrowia psychicznego m³odzie¿y lepiej jej nie opowiadaæ? niedziela, 17 maja 2009, andsol-br
TrackBack
Komentarze
2009/05/17 14:44:28
Andsol, a Ty nie my¶la³e¶ mo¿e o napisaniu powie¶ci matematycznej? No bo nie powiem przecie¿, ¿e podrêcznika... Ale tak serio serio.
p.s. Jestem sobie na urlopie i le¿ê i czytam. W kraju ojczystym. A co! (jak cz³owiek ³atwo siê przyzwyczaja do luksusu, to jest nie-po-jê-te. Ju¿ wytrzymaæ tu nie mogê, ju¿ mnie nosi, ju¿ chcê wracaæ.) A. I zrobi³am majowe postanowienie, ¿e bêdê pisaæ co¶ przynajmniej raz w tygodniu. Pozdrawiam s³onecznie z lasu :) 2009/05/17 14:47:50
Em. A zrób na powrót ten namierzacz taki. Bo zawsze jak wchodzi³am do Ciebie, to najpierw zagl±da³am tam, ¿eby sprawdziæ, gdzie jestem. I on to dopiero mnie u¶wiadamia³, gdzie NAPRAWDÊ jestem. A teraz go nie ma i nie wiem gdzie jestem i zagubiona siê czujê w tym kosmosie...
2009/05/17 15:00:44
A co powiecie na tak± definicjê logarytmu:
Logarytm z x = nieskoñczono¶æ razy (x do potêgi 1/nieskoñczono¶æ - 1) (w symbolach jesce pikniej)? ¬ród³o: Jozef Maria Hoene-Wronski, Introduction la philosophie des mathématiques et technie de l'algorithmie, strona 14. imgbase-scd-ulp.u-strasbg.fr/displayimage.php?album=529&pos=25 Wroñski obywa siê bez granic, i nawet nie¼le i spójnie mu to idzie. Czemu Wroñski? Ano, bo ze swych pomys³ów i wynalazków by nie wy¿y³. Ale opublikowa³ ¶wietne (jak na owe czasy) tablice logarytmiczne Canon of logarithms (1823) ¬ród³o: Sect. 6 w artykule Piotra Pragacza z Wiad.Matemat. 43, 2007 www.impan.gov.pl/~pragacz/download/hwa.pdf Polecam ca³o¶æ, a jak kto nie ma czasu, to choæ przeczytanie Sect. 7. tichy PS. O Wroñskim co nieco piszê u siebie - okruhy.salon24.pl/ 2009/05/17 15:20:58
Z autopsji. Szko³a ¶rednia. Nauczyciel wywo³uje do odpowiedzi. By nie z³amaæ prawa, podany jest tylko inicja³.
---"N. - powiedz klasie, co to s± liczby dodatnie." N. wstaje, z przera¿eniem i niem± pro¶b± rozgl±da siê wokó³, ale wszyscy spuszczaj± wzrok. --- "Ee...ee... to takie co siê dodaj±?" ---"Siadaj, N. - dwója". N. siada z rezygnacj±, ale profesor zawaha³ siê.... --- "N.! Gdybys nie by³ taki g³upi, to by¶ wiedzia³, jak ¿e¶ m±drze powiedzia³. Masz szczê¶cie tym razem - obejdzie siê bez dwói." N. usiad³ uszczê¶liwiony, nawet dumny nieco. Reszta klasy rozdziawi³a gêby, nie rozumiej±c nic a nic. tichy 2009/05/18 13:51:52
O liczbach rzeczywistych wspomina siê do¶æ wcze¶nie, bodaj¿e ju¿ pod koniec szko³y podstawowej. Ale nie obja¶nia siê zbyt szczegó³owo, co to za zwierzaki. Chyba tylko podaje siê jeden-dwa przyk³ady: pierwiastka z dwóch, ewentualnie stosunku d³ugo¶ci obwodu ko³a do d³ugo¶ci jego ¶rednicy (jest niewymierny i ju¿). M³ody cz³owiek po podstawówce i tak nie bêdzie potrzebowa³ wiêcej ni¿ znajomo¶ci czterech dzia³añ, wiêc wystarczy mu obracaæ siê w ¶wiecie liczb wymiernych, prawda? Podejrzewam, ¿e podobnie o potêgowaniu uczy siê do¶æ wcze¶nie, na pocz±tku gimnazjum, tylko dlatego, ¿e w przyk³adach i æwiczeniach mo¿na milczkiem ograniczyæ siê do liczb o wymiernych wyk³adnikach. O logarytmach nie mówi siê wcale.
Prócz dwu mo¿liwo¶ci: opowiadaæ bajki o rzeczywistych wyk³adnikach albo heroicznie próbowaæ przekazaæ dziatwie teoriê granic, istnieje trzecia: w ogóle nie dotykaæ tej puszki z Pandor±. Akurat tutaj zgadzam siê ze szkoln± praktyk±. Nie wspominaæ, a je¶li ju¿ uczeñ zapyta, zacz±æ odpowied¼ od tego, owszem, ale trzeba przy tym u¿yæ pojêæ z zupe³nie nowego dla nich dzia³u matematyki (hu-hu!). Kto siê nie przerazi, niech przyjdzie na kó³ko matematyczne ;) 2009/05/19 05:16:26
@ Tichy: Twoje anegdoty s± jak zwykle urocze, ale ta z nauczycielem mnie zaskoczy³a. Mo¿e pamiêæ mi siê podziurkowa³a, ale nie przypominam sobie, by w mojej obecno¶ci nauczyciel zwymy¶la³ jakiego¶ ucznia od "g³upich" .
Artyku³ o Wroñskim bardzo ciekawy. O tej definicji logarytmu muszê pomy¶leæ, póki co to nico czyli nie rozumiem. Aha, do logarytmu wkrótce wrócê, w innym ujêciu, prawie mistycznym :) Twój wpis oczywi¶cie czyta³em, ale rzadko mam co¶ do powiedzenia gdy rzeczy biegaj± na tak dobrym poziomie. Give me a slime, that's my building block :) @Wiesiek & banderzwierz: jedn± z mo¿liwo¶ci jest w istocie nic nie mówiæ, lepsze to chyba ni¿ robiæ z tego regulamin musztry. Ale chyba jest do przemy¶lenia droga z intuicjami, które potem mog± (ale nie musz±) byæ formalizowane. Zaczynaj±c od "grafiku" ci±gu geometrycznego ( "postêpu", if you wish), chêci zrobienia z niego uczciwej krzywej (wystarczy oddaliæ papier o kilometr i ju¿ widzi siê punkty jako pikseliki w wykresie funkcji wyk³adniczej) i mówienie o trudno¶ciach z pojêciem funkcji ci±g³ej. To jest wyzwanie. Jedni podejm±, drudzy nie. Skoro nie ma demokracji w zdolno¶ciach, czemu ma byæ w rozwi±zaniach? O potrzebach m³odych ludzi trudno dyskutowaæ. Jedni bêd± utrzymywaæ, ¿e to Mas³ow omówi³ i potrzebuj± czytaæ Playboy'a, drudzy - ¿e musz± wyrabiaæ cierliwo¶æ æwicz±c dzwonienie na 0800. Zachowujmy siê jak dobrzy sprzedawcy, stwarzaj±c potrzeby. M³ody cz³owiek potrzebuje u³amków ci±g³ych, bo to jest piêkne i tajemnicze. @szukajmysiê: czy "namierzacz" to ta zabawa, któr± wyrzuci³em na ogólne ¿yczenie publiczno¶ci? A znasz dowcip o cz³owieku w balonie, który nie wiedzia³ gdzie by³? Jak nie, to Ci po¶lê na prive'a, bo dowcip stary. Powie¶æ, mówisz... By³y czasy, gdy czyta³em ca³ego Galsworthy'ego, dzi¶ siê dziwiê, ¿e kto¶ u¿ywa a¿ tak wielu s³ów. Mo¿e opowiadanka? Albo eseiki, jak te tutaj? Widzia³a¶ w moim archiwum ile ju¿ tego siê uzbiera³o? Podrêcznik z pewno¶ci± nie, bo który nauczyciel, wiedz±cy co i jak zechce u mnie czytaæ, ¿e prawie wszystko co siê w szkole robi z matematyk± jest zupe³nie do dupy? Ja te¿ chcê do lasu. Ale nie mogê. Jestem kierowc± rodziny. 2009/05/19 13:06:46
Nie znam dowcipu o cz³owieku w balonie. Za m³oda pewnie jestem ;)
A podrêcznik w³a¶nie po to, ¿eby siê do dupy nie robi³o w szkole. Gdyby¶ Ty uczy³ matmy moje rodzeñstwo, to mo¿e ja nie musia³abym z zakamarków wygrzebywaæ jakich¶ zamierzch³ych historii matematycznych. O. Bo jak kiedy¶ przeczyta³am co im tam w podrêcznikach pisz±, to gdybym nie wiedzia³a o co chodzi, to w ¿yciu bym nie za³apa³a... 2009/05/19 14:27:59
Pomy¶lawszy dobrze, wielu jest m³odych na ¶wiecie i ci±gle ich przybywa, wiêc opowiadajmy stare dowcipy. Dwóch go¶ci szybuje w balonie ale wiatry zawia³y i siê zagubili. Obni¿aj± lot i widz±c w dole jakiego¶ cz³owieka jeden z nich krzyczy: "proszê pana, gdzie my jeste¶my?" - na co tamten odkrzykuje: "w balonie!". Pytaj±cy zwraca siê do towarzysza: "to matematyk". "Sk±d wiesz?" dziwi siê drugi. "No bo mówi prawdê, ale do niczego ona siê nie przydaje."
Nie wiem czy jaki¶ podrêcznik pomo¿e. ¯eby skoñczyæ z kwiecistym i zawik³anym sposobem wyra¿ania prostych my¶li musia³o pa¶æ Bizancjum. Ale potem zaraza od¿y³a na wydzia³ach prawa po uniwersytetach. Wie, ¿e co¶ trzeba by by³o z tym zrobiæ. Mo¿e kiedy¶ si±dziemy przy caipirinhi i wymy¶limy receptê na naprawê edukacji. 2009/05/20 05:31:12
Andsol: rozumujesz anachronicznie, to znaczy, podstawiasz dzisiejsze pojêcia za te sprzed æwieræ-(lub -pó³)wiecza. Ongi¶, PC te¿ by³o, tylko inne. Na jedne rzeczy kapelan wo³a³ "Nie uchodzi!", a na inne - "Uchodzi, uchodzi!" (Fredro, Damy i huzary).
Za moich szkolnych czasów nauczyciel móg³ nazywaæ ucznia dowolnie. Ba! Móg³ daæ mu w pysk, lub linijk± po d³oni (st±d siê wziê³a ma bieg³o¶æ w podstawowej algebrze), pos³aæ do k±ta, nawet na klêczênie, nawet z rêkami do góry. W pysk dosta³em na muzyce. Tzw. policzek. Nie jestem pewny, czy dlatego, ¿e dotkn±³em skrzypiec nauczycielki, czy dlatego, ¿e one wyda³y d¼wiêk. Ju¿ od dawna siê nie zastanawiam, czy gdybym dotkn±³, a one mo¿e by siedzia³y cicho, to bym mo¿e w twarz nie zosta³ uderzony... Ów profesor by³ uwielbiany, a to - ¿e nazywa³ uczniów g³upimi - nijak temu uwielbieniu nie zaprzecza³o. Podobnie, inna pani, która lubowa³a siê w okre¶leniach "tumany" a "ba³wany". Ka¿dy, nawet (a zw³aszcza) nazwany tumanem - da³by siê sma¿yc w smole za ni±. A jednak, byli tacy, co kulturalnie i bez "s³ów" potrafili wykazaæ, ¿e uczeñ jest nikim. Potrafili kulturalnymi s³owy upodliæ i zniszczyæ bez granic. Podejrzewam, ¿e wci±¿ s±. Albowiem, lepiej jest byæ nazwanym g³upim przez m±drego, ni¿ jakkolwiek przez g³upiego. Na ogó³ dzieciaki czuj±, jakiego kalibru moralnego, ludzkiego, i profesjonalnego jest dany nauczyciel. Ach, mój ulubiony cytat osobisty: "pamiêtaj cholero - nie dziel przez zero". I przez to (najbardziej), nigdy nie dzielê przez zero (chyba, ¿e muszê). Wspó³czujê tym, którzy nie us³yszeli tego, bo nauczyciel by³ zbyt kulturalny. tichy (a.k.a. 5-grid) |
|
Piszesz :
"Domy¶lam siê, ¿e mog³o ciê zaniepokoiæ sformu³owanie ?mo¿na wierzyæ, ¿e bêdzie istnia³ powrót?. Wiara w matematyce? Có¿ widzê dwa proste wyj¶cia. Albo uczymy teorii granic i porz±dnie wprowadzamy liczby rzeczywiste i wtedy bêdziemy wiedzieæ, a nie wierzyæ ? albo nie uczymy jej z jakich¶ ideologicznych powodów...."
Nie mam nic przeciwko uczeniu teorii granic, ale zauwa¿ ¿e dzia³añ na potêgach uczy siê do¶æ wcze¶nie. Pocz±tki to klasa szósta szko³y podstawowej, (nawet wspomina siê o trójkach pitagorejskich). Znasz mo¿e sposób obja¶nienia granicy, taki, ¿e pocz±tkuj±cy gimnazjalista pojmie go, zrozumie i poczuje choæby intuicyjnie?
Z szacunkiem.
Wiesiek.