Słowa w ordynku. Słowa w ataku i w obronie. Pomieszane. Refrakcja słów w stali i w wodzie. Odbicia słowne i zwidy. Ład i gładkość. Spazmy i erupcje. Kojący wpływ soku z passion fruit. Od rzeczy i do rzeczy. Krótko mówiąc. Ostatnie słowo. Na początku był skowyt.
Blog > Komentarze do wpisu
Rozważania o jedzeniu atrap czereśni

280 lat temu ukazał się esej Jonathana Swifta pod tytułem „Skromny pomysł by uchronić dzieci biedaków w Irlandii przed staniem się ciężarem dla ich rodziców czy ojczyzny i by uczynić je użytecznymi dla społeczności” (A Modest Proposal for Preventing the Children of Poor People in Ireland from being a Burden to their Parents or Country, and for making them Beneficial to the Publick). Pomysłem było sprzedawanie ich bogatym ludziom na potrawę.

Zaciekawiło mnie czy ten sarkazm został przez kogoś w owych czasach potraktowany poważnie i czy ludzie dobrej woli dyskutowali wówczas rodzaj sosu czy przybrania, w których dzieci miały by się pokazać na szlachetnych stołach. Refleksja ta pojawiła się gdy przyjaciółka podesłała mi linkę do cyklu artykułów autorstwa MrinMapi (wygląda on na zespół satyryczny), który wydrwiwa najukochańsze dla oszołomów religijnych wierzenia i obsesje, a robi to tak zgrabnie, że dyskutanci zacietrzewiają się nierzadko za i przeciw, jak gdyby to była dyskusja na poważnie potraktowany prokościelny  czy antykościelny temat w GW.

Zupełnie szczerze rozbawiła mnie prawie poetycka przenośnia z bicia konia na bicie koniem, proszę zerknąć na artykuł A wszystko mogło być inaczej..., gdzie młody człowiek inną niż modlitwy wybiera drogę, by bronić się przed chucią i onanią:

Grał zatem namiętnie w szachy i w ping ponga. Skakał o tyczce. Pomagał leciwym sąsiadkom w zakupach w ramach akcji "niewidzialna ręka". No i starał się zacząć więcej uczyć. Upadki i nawroty pasji nadeszły jednak szybko, bardzo szybko. Wszystko mu kojarzyło się z jednym. Ze złym. Fatalne dla poskromienia nałogu było dotkniecie niektórych figur na szachownicy; zwłaszcza ruch figura konia...

Czyli sztuka ironii trudną jest. Ale to nie wina ironii czy autorów (autorek). To przez absurdalność niektórych rozpowszechnionych w naszym Kołtunowie postaw, dzięki którym zaciera się granica między bzdurą wirtualną i bzdurą realną.

piątek, 13 marca 2009, andsol-br
TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2009/03/13 08:34:34
Widziałem kiedyś taką katolicką gazetkę, rozprowadzaną po szkolnych bibliotekach. Nie pomnę tytułu, wyglądało to trochę jak Strażnica Świadków Jehowy. Zwykle 1/3 numeru to były artykuły i listy czytelników poświęcone walce z grzechem masturbacji. To była gotowa parodia, tam już nic nie trzeba było zmieniać, ze znajomymi skaliśmy ze śmiechu.
Najfajniejsze jest to, że tknięty przeczuciem (I have a funny feeling about this), zacząłem te teksty analizować pod względem stylu. Chłopcy, dziewczynki, od wieku 13-14 lat, po dobiegających trzydziestki, z różnych środowisk... Wszystkie pisane identycznym stylem i językiem, z identycznym zakresem słownictwa, itp. Aż taka homogenizacja wierzących? Gdzie tam, dałbym sobie przydatki skórne uciąć, że jakiś pan redaktor pisemka produkował te wszystkie listy sam. Podejrzewam też, że niezdrowo się przy tym ekscytował.
-
Gość: akas, 1x120068.dial.uni-jena.de
2009/03/13 16:30:54
Czytając ten artykuł miałam podobne odczucia jak przy lekturze "Frondy", odczucia pt. "co to u licha jest?!" Najlepszy ubaw miałam przy rubryce z ogłoszeniami matrymonialnymi, na przykład pana, który szukał inspirującej muzy, by uprawiać z nią literaturę...