Słowa w ordynku. Słowa w ataku i w obronie. Pomieszane. Refrakcja słów w stali i w wodzie. Odbicia słowne i zwidy. Ład i gładkość. Spazmy i erupcje. Kojący wpływ soku z passion fruit. Od rzeczy i do rzeczy. Krótko mówiąc. Ostatnie słowo. Na początku był skowyt.
Blog > Komentarze do wpisu
Przepis na zastój

Niechętni zmienianiu oglądu świata z powodu nowych bodźców mogą ćwiczyć na recenzji filmu Tropa de elite jak dojrzeć to, co już się zna – i nic więcej. Pisze polski krytyk:

film Brazylijczyka José Padilhy to przecież nic innego niż łopatologiczne kino akcji, obraz skorumpowanej policji skrojony na miarę hollywoodzkiej sensacji.

Drobna ale wymowna uwaga o fonetyce. Zestaw liter „lha” czyta się w portugalskim „lja”, więc dopełniacz nazwiska po polsku brzmi „padilji”; wstawienie tam igreka sugeruje, że czytelnik ma zakrztusić się jakimś zwarciem krtaniowym z wymową dźwięcznego „ha”. Jeśli recenzent uzna, że na takie belferskie fanaberie szkoda czasu, bo on i tak wie lepiej, to niech mu tam.

Pierwszy film tego reżysera i od razu Srebrny Niedźwiedź w Berlinie. W 2008, dokładnie 10 lat po innym niezapomnianym filmie brazylijskim, „Central do Brasil”, który też zdobył tę nagrodę.

W filmie akcja jest aż za energiczna, ale recenzent przenika pustkę treści:

A jednak "Tropa de Elite" wywołuje odbiór zadziwiająco obojętny – dramat zastępują tu toporne tezy, bohaterów – puste figury.
[...]
Nic z tego bełkotu nie wynika, ale to właśnie metoda reżysera: odwołuje się do Foucaulta, przywołuje Jana Pawła II (to on w pewnym sensie jest tu katalizatorem tragedii – „zachciało mu się” w czasie wizyty w Rio de Janeiro zamieszkać blisko slumsów) ...

Trzeba będzie opowiedzieć o co tu chodzi. To nie ujawni przedwcześnie rozwiązania zagadki, bo nie ma tu zagadki, są problemy – i co gorsza nie ma dla nich rozwiązania. A o jaki „bełkot” z Foucaultem chodzi, powiem później.

Rio de Janeiro, rok 1997, JPII ma spędzić noc u stóp jednej z faveli. Policja (która zazwyczaj żyje w symbiozie z rządzącymi na wzgórzach szefami handlu narkotykami) podejmuje wielomiesięczną akcję ochronno - represyjną. Ale to jest partactwo. Specjaliści nie wdzierają się do wnętrza faveli strzelając na wszystkie strony.

Specjaliści to BOPE, Batalhão de Operações Policiais Especiais (Batalion specjalnych operacji policyjnych), raczej „Oddział elitarny”, a nie „Jednostka elitarna”. Właśnie dlatego, że poczucie przynależności do grupy jest tam tak ważne, polski tytuł filmu nie wydaje się dobry.

Żeby wygrać z czołówką bandytów, ćwiczących od przedszkola sztukę przeżycia w świecie zbrodni, trzeba stać się co najmniej tak bezwzlędnym jak oni. I na to jest niewiele czasu. Trening jest dużo okrutniejszy niż film to pokazuje. Bliski mi człowiek, który przetrwał taki kurs wojny w obozie zmontowanym w Amazonii, opowiada o wszelkich okrucieństwach, które znają z pewnością czołówki typu SWAT z każdego kraju. W filmie jest wymiotowanie z żarciem wprost z ziemi, nie ma defekacji i oddawania moczu do kałuży, w której leżą zanurzeni koledzy. Tylko parę procent uczestników kończy kurs. Wśród nich prawie wszyscy kończą bardzo źle w ciągu kilku lat. Pijaństwo, rozwody to codzienność.

Wróćmy do filmu. To nie jest fabuła z Hollywood. Podstawą są wspomnienia, które przekazał reżyserowi Rodrigo Pimentel, były oficer BOPE. W filmie role nabierają cech indywidualnych dzięki paru bardzo dobrym aktorom, niektórzy z nich to naturszczyki, ale w istocie to prawie esej socjologiczny. Grają cztery grupy: handlarze narkotyków, „zwykła policja, BOPE i studenci z uprzywilejowanych warstw z Rio. Łącznikiem trzech ostatnich grup jest czarny policjant (właśnie nie-zawodowy aktor), który wchodzi do BOPE ale też studiuje prawo. A wydział prawa to też elita, tym razem studencka.

Jest w filmie znamienna scena, gdy na zajęciach prawa teorie Foucaulta o instytucjach represji wywołują dyskusję o brazylijskiej policji. „Policja zawsze jest przeciwko biednym i słabym” – mówi młody chłopak. „Najpierw zastrzelą, a potem sprawdzą, kto był przestępcą” – dodaje ktoś inny. „Jesteście pod wpływem tendencyjnych mediów” rzuci w końcu Matias. „Wy z bogatych domów Południowej Dzielnicy oburzacie się, a jednocześnie na każdej imprezie palicie jointy. Czy wiecie, ile dzieciaków z powodu waszego zielska przechodzi na stronę przestępców albo ginie?”

Mierne tłumaczenie pomaga w bełkotaniu. W filmie bohater mówi: „Quantas crianças nós vamos perder para o tráfico para que o playboy possa enrolar o seu baseado?” Co znaczy: „Ile dzieci stracimy dla handlarzy narkotyków po to, żeby playboy mógł zapalić swego skręta?” A skoro już o języku, recenzent nie dosłyszał frazy, rozwalającej teorię o Hollywood, zdumiewającej i niepokojącej. W czasie ciężkich ćwiczeń oddział BOPE nie śpiewa o Maryni ale wykrzykuje refren: „No BOPE tem guerreiros que acreditam no Brasil”.W BOPE są wojownicy wierzący w Brazylię”.

Wprowadzenie Foucaulta ma być wedle recenzenta bełkotem. To określenie upewnia mnie, że nigdy nie zetknął się z elites cariocas, elitami z Rio de Janeiro. I co jednemu widzi się bełkotem, drugiemu może być ścisłym zapisem stanu umysłów. Nie tak dawno tv pokazywała filmik nagrany ukrytą kamerą z jednego z tych mieszkań z dzielnicy Copacabana, które warte są miliony dolarów, gdzie pijana i znarkotyzowana elita czyli rozwydrzona gówniarzeria bawiła się rzucaniem doniczek na chodnik z wysokości 30 metrów. Bo to jest bardzo śmieszne.

To oni w szlachetnych porywach pojawiają się na podmiejskich balach punk (brak przesądów, prawda?), w manifach o prawa ludu zwykłego i homoseksualnego, to oni znają na pamięć teorie Foucaulta o mikro-sieciach i to oni są wśród najwierniejszych klientów narkotyków. Tzw. prosty lud używa cracka, jeszcze gorsza biedota zdaje się na klej i alkohol. Kokaina i inne wyrafinowane pomysły to elita. Brazylijska elita. Lekarze, adwokaci, przemysłowcy. Bogaci studenci najlepszych (a darmowych) uniwersytetów federalnych.

Nie zachęcam do obejrzenia filmu. Jak można zachęcać kogoś do bólu? I do słuchania zaśpiewu: „Homem de preto, o que é que você faz? / Eu faço coisas que assustam satanás” („Co robisz, człowieku na czarno ubrany?/ Robię rzeczy, które wystraszą szatana”). Ale – rekord piractwa – mówią, że grubo ponad milion nielegalnych kopii filmu rozsprzedano w Brazylii.

sobota, 24 stycznia 2009, andsol-br
TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2009/01/24 13:40:22
Bo przeważny krytyk jest jak ten pan z Rejsu: jemu się podoba tylko to, co już zna. Film (książka, sztuka, cokolwiek) ma być ambitny i odkrywczy, ale nie na tyle, żeby się pan krytyk intelektualnie musiał wysilić. Obserwowałem nieraz w literaturze.
A nędzne tłumaczenia filmów w Polsce to chyba już jakaś obowiązująca Polska Norma? To ja, amator i samouk w języku angielskim widzę rażące błędy i niezrozumienie sensu
-
2009/01/25 01:28:27
No właśnie nie wiem. Polscy krytycy krytykują z lewicy, z prawicy albo z głupoty i trudno to odróżnić. W Brazylii krytykowali z lewicy, no bo co za faszystkowska teza, to nie policja i rząd są wszystkiemu winne? I bandyta to bandyta a nie ofiara systemu? Ale ponieważ już w 2007 ilość lokalnych widzów była szacowana na 11 milionów (tylko 20% legalnych, reszta od piractwa), zmiękła im tuba i narzekali na efekty artystyczne, dokładnie te, które krytyka ze Stanów wychwalała.

(A BOPE zaczął dostawać 400 emejli dziennie, wiele z nich z pytaniami jak tam się dostać. Ale trzeba przedtem być 2 lata w zwykłej policji. I wynagrodzenie wcale nie jest cudowne, nie przekracza 2000 reali.)

Co do polskich tłumaczeń, sprawa chyba prostsza. Jakość kosztuje.
-
2009/01/25 21:42:21
Pan krytyk niestety najwyrazniej byl niedouczony, co zreszta nie rzadkosc.

Jesli chodzi o tlumaczenia filmow to zwykle robia je krewni i znajomi krolika, bo to dobra fucha, a dystrybutor placi mniej niz jakby zwrocil sie z tlumaczeniem do profesjonalisty. Przy czym mowiac profesjonalista mam na mysli kogos, kto w danym kraju zyl/zyje iles tam lat, ma kontakt z kultura i kontekstem spolecznym, a nie student piatego roku iberystyki albo anglistyki...
-
2009/01/25 21:44:33
a... i jeszcze jedno: czy w Brazylii nikt nie zastanawial sie nad legalizacja narkotykow? Wykluczyloby to przestepczosc narkotykowa, panstwu pozwolilo kontrolowac i pobierac zyski od sprzedazy.... ci, co chca cpac niech cpaja i sie zacpaja na smierc, zrobiloby sie wiecej miejsca wolnego dla tych z faweli w drabinie spolecznej...
-
2009/01/26 01:31:48
Nino, co do tłumaczenia tego filmu, myślę, że nie pracowano nad tekstem portugalskim (a tu ciekawostka: nie było scenariusza z tekstami, był opis sytuacji i wszystkie teksty aktorzy improwizowali; to z pewnością dodało realności językowi filmu) ale nad tłumaczeniem na angielski. Podejrzenie stąd, że po angielsku special unit czy coś podobnego brzmi energicznie i rzeczowo, a po polsku jednostka trąca magazynierem.

W kwestii legalizacji narkotyków, istotnie nie ma poważnych ruchów sugerujących takie rozwiązanie. Zaskoczyłoby mnie gdyby je wysuwano. Bo po pierwsze, w takiej Holandii sporo z tym kłopotów, nie wszystkie wolno i nie wolno produkować na dużą skalę. Kontrola skali w kraju wymiaru Brazylii by była nierealna. Po drugie, Chiny z dopuszczalnym dla wszystkich opium nie były szczęśliwym krajem. Po trzecie, oprócz turystyki seksualnej byłby tu nadmiar i innych niepożądanych turystów. Po czwarte, nie złamało by to potęgi "baronów od narkotyków", bo kontrolują oni też prostytucję, nielegalne gry hazardowe, wymuszoną protekcję i paserstwo. Stawiałbym na poważniejsze traktowanie prawa a nie na zmienianie go.
-
2009/01/27 00:17:56
Film bardzo mi sie podobal. Rzeklbym wrecz, ze to jeden z najlepszych filmow jakie widzialem w ubieglym roku. A juz na pewno najlepszy latynoamerykanski.

Ale ja nie o tym chcialem. Nie masz racji piszac ze byl to debiut filmowy rezysera. On przeciez kilka lat wczesniej nakrecil rewelacyjny, pelnometrazowy, glosny film dokumentalny Ônibus 174. Takze nagrodzony na wielu festiwalach. Zreszta sam Padilha twierdzi, ze gdyby nie bylo Onibusa, nie powstalaby Tropa. W jego mniemaniu jeden jest kontynuacja drugiego, choc gatunki rozne.

I jeszcze odnosnie odmiany nazwiska Padilha. Niestety forma Padilhy jest poprawna. Gdy piszemy, meskie obcojezyczne nazwiska odmieniamy zawsze majac na uwadze jego pisownie, nie wymowe. Dlatego powstaja takie dziwoloagi jak np. Moreauowi (Moreau), Trebauxowi, Padilhi... etc.
-
2009/01/27 00:51:23
Tak, masz rację, powinienem był powiedzieć, że pierwszy film fabularny.

Co do reguł polskiego, miewam momenty, że chce się tylko wzruszyć ramionami... Ale wiem, że to uchodzi płazem tylko specjalistom z owej dziedziny. Więc będę wzruszał ramionami na swoim :)

A z tym autobusem 174, jak wszyscy tu, oglądałem to na żywo w tv i większego blamażu policji nie potrafiłem sobie wyobrazić, absolutnie wszystko spieprzyli. I zdumiewające, że po takim czymś BOPE odzyskał szacunek ludu...