|
Blog > Komentarze do wpisu
Wykrzywianie słów i ich desygnatów
Czy jest możliwe w sztuce, że ktoś bierze znany już utwór, grą słów zmienia pojęcia i tworzy coś podobnego, ale własnego? Ależ to prawie stała recepta twórczości! Ileż dzieł wywodzi się z takich modyfikacji, ileż mądrze brzmiących słów: pastisz, transformacja, wariacja, sublimacja, wymyślono na takie cele! Ale to tylko w sztuce, nie w nauce! W nauce wszystko jest ścisłe, poważne i logiczne. Azaliż? – jak mówił poeta. No, popatrzmy: Twierdzenie. Niech N będzie wilgotnym makaronem długości a rzuconym losowo na nieskończony układ równoległych linii prostych ze stałą odległością d między sąsiednimi liniami. Wtedy oczekiwana liczba e(N) zetknięć z liniami jest dana jako e(N)=2a/πd. Trzeba będzie zacząć opowieść od początku. Otóż Georges-Louis Leclerc, późniejszy książę de Buffon, był przyrodnikiem, najbardziej wsławionym znacznym postarzeniem Ziemi, bo do znanej ilości 6 tysięcy lat dodał jej jeszcze 71 tysięcy, co w owym czasie wymagało sporej niezależności myślenia. Ale wśród matematyków ma mir dzięki postawieniu prostego pytania mającego niepokojącą odpowiedź. Chodzi o igłę Buffona, tak słynną i dobrze opisaną, że tylko w przelocie przypomnę, że chodzi o rzucenie odcinka (patyka, igły) na płaszczyznę wypełnioną równoległymi i w równych odległościach położonymi liniami. Jeśli długość odcinka jest mniejsza niż odległość między liniami, nie może on przeciąć dwóch różnych linii, ale może jedną. Pytanie brzmi: jakie jest prawdopodobieństwo, że dotknie jakiejś linii? Odpowiedź tym jest nieoczekiwana, że jest wzorkiem mówiącym o zależności od długości odcinka, od odległości między liniami – i od liczby π. Wielu prawomyślnych obywateli buntowało się już przeciw temu intruzowi, bo jak wiadomo π pochodzi od okręgu i co ono robi w świecie odcinków i linii prostych, ale bezduszne okrucieństwo prostych rachunków nie zostawia miejsca na apelację do wyższych instancji: π ma tu być i koniec. Dodam tylko, że igła ta pojawiła się na świecie w roku 1733 i wiele osób rzucało patyczki na stół, żeby, odwracając wszystko do góry nogami, policzyć eksperymentalnie (ilość rzutów z przecięciem linii dzielona przez ilość wszystkich rzutów to praktyczna realizacja teoretycznego prawdopodobieństwa) ile w przybliżeniu wynosi π. I jak mało gdzie fałszowano tu warunki eksperymentu, żeby wyszło znane i oczekiwane 3,1415 plus jeszcze coś tam. Nie chodzi tu o kłamliwe zapisywanie efektów rzutów, ale o bardzo dziwne ustalanie wymiaru projektu. Wyjaśnienie tego byłoby nieco dłuższe niż cały dzisiejszy wpis, ale mogę łatwo wskazać w jakim szczególe siedzi diabeł. Przypomnę znane przybliżenie liczby π, wynoszące 22/7, wymyślone przez Archimedesa. I wielu uczniów może pomyśleć, że jeśli ten Archimedes był taki mądry to czemu tak głupio ograniczył się do malutkiego mianownika 7 w tym ułamku, bo gdyby wziął większy, tak z 50 albo 80, to by dostał lepszą dokładność przybliżenia. Otóż jest to w znanej klasyfikacji prawd tak zwana „gówno prawda”, bo jaki by nie wybrać mianownik poniżej setki to przybliżenie zawsze się staje gorsze, a nie lepsze. I następne lepsze przybliżenie wymaga ułamka z mianownikiem 113 (zobacz jak dobrze 355/113 przybliża π), a jeszcze lepsze wymierne przybliżenie (86953/27678) wymaga, jak widać, dużo większego mianownika. Więc jeśli namaluję na desce linie odległe od siebie o 1 cm i wezmę patyk minimalnie (np. o milionową część centymetra) krótszy od 1 cm i postanowię rzucić go 264 razy i będę miał szczęście, że mi rzeczywiście padnie to na linie 168 razy, to ucieszę się doskonałym przybliżeniem π wynoszącym 3,142. Ale naturalniej wybrana mniejsza czy większa ilość rzutów (np. 260 lub 270) da gorsze przybliżenie, czyli ten wybór liczby 264 był w stylu demokratycznych wyborów w Uzbekistanie – przygotowany tak, by wyniki mogły być cudownie dobre. Tak czy inaczej, matematycy bawią się rzucaniem igły, choć statystyka mówi, że w tym środowisku rzucanie mężów i żon też jest popularnym sportem. Zajmował się igłą także pan J.F. Ramaley. A igła po angielsku to needle, natomiast makaron to noodle. I coś Ramaley'owi kliknęło i w roku 1969 napisał prackę, w której zajął się obliczaniem prawdopodobieństwa przy miocie makaronu, a nie patyka. A wilgotny on po to, by móc się wykrzywić. Może nie będziesz chciał wierzyć w to wszystko (popieram twoje nastawienie, bo znam moją skłonność do kpinek), więc zerknij na ostatnią linię tego skanu:
Z pewnym opóźnieniem moda chwyciła i w latach 80-tych i 90-tych ukazało się parę publikacji rozważających miotanie makaronem. W jednej z nich znalazłem też sugestię rzucania baguette, ale myślę, że bagietki na to nie zasługują. poniedziałek, 08 grudnia 2008, andsol-br
TrackBack
Komentarze
2008/12/08 08:23:48
jeśli na makaronie jest sos, to zachlapie proste. jaki będzie liczba kropel sosu, które zatrzymają się na prostych i kto to potem spierze?
2008/12/08 13:40:49
@Je-Ko: tak, z 71 to dobry numerek, więc odszczekuję. Archimedes jako prototyp lenia Starożytności? To brzmi jak tytuł rewolucyjnej pracy doktorskiej.
@Vontrompka: w Nowej Anglii tradycyjnie miota się makaronem z tartym serem, ale matematycznie krople sera czy sosu (i ile na poziomej płaszczyźnie) to jedno i to samo. 2008/12/08 17:20:12
Piękne dzięki za przypomnienie i podkreślenie niemotonicznego wzrostu dokładności ze wzrostem mianownika ułamka przybliżającego ludolfinę. Właśnie kwadrans temu skończyliśmy się temu przyglądać. Podsunąłem jako zagadnienie do bacznego przyglądnięcia się Swojemu Testowemu Stworzeniu, przy okazji poćwiczyło sobie trochę posługiwanie się arkuszem kalkulacyjnym. Pociecha była zachwycona! Dziękuję!
2008/12/08 19:18:15
Żal serduszko ściska jak się myśli ile prostych i zajmujących eksperymentów nie robi się z dziećmi w szkole. Ale, jak mówisz sam, Twoje Stworzenie to Twoje, a co oni będą marnowali czas na Nieswoje...
|
|
Nie podał większego mianownika niż 7 (czy 71), bo już mu się dalej nie chciało liczyć. Pokazał metodę, czyli jak to się to robi z dowolną dokladnością, ograniczona tylko wyobrażnią co do sposobu spędzania weekendów.