Słowa w ordynku. Słowa w ataku i w obronie. Pomieszane. Refrakcja słów w stali i w wodzie. Odbicia słowne i zwidy. Ład i gładkość. Spazmy i erupcje. Kojący wpływ soku z passion fruit. Od rzeczy i do rzeczy. Krótko mówiąc. Ostatnie słowo. Na początku był skowyt.
Blog > Komentarze do wpisu
Nie tak bliskie, nie tak dalekie

W pewnych kwestiach mocniej niż zazwyczaj odczuwam, że nie jest łatwe czytanie ze zrozumieniem nowojorskiej gazety przez Polaka z mentalnością noszącą brazylijskie wpływy. Opublikowany 23 czerwca w NYT artykuł Michaela Slackmana o algierskiej przeciągance młodych umysłów (In Algeria, a Tug of War for Young Minds) dotyczy właśnie takiej sprawy.

Przy pierwszym podejściu tekst wydaje się jasny: po odzyskaniu niepodległości w 1962 roku arabizacja była połączona z islamizacją i odrzuceniem języka i kultury francuskiej. Ale „czarna dekada”, gdy między 1991 i 2002 zginęło w walkach z religijnie motywowanymi bojownikami koło 200 tysięcy Algierczyków, uświadomiła władzom, że oddanie rządu dusz nauczycielom arabskiego i arabskiej kultury mającym religijne motywacje, jest powodem wielu kłopotów, więc następuje powrót do używania francuskiego w szkołach (a nigdy nie znikł w pełni z algierskich ulic) i młodzież czuje się zagubiona nie wiedząc czy bardziej słuchać imamów czy urzędników.

Nie musiałem nawet dotrzeć do listów czytelników wytykających nieścisłości, by znaleźć powody do wzmożenia czujności w przyswajaniu sobie podawanych informacji. Nie podoba mi się zwrot „as many as 200,000 Algerians died in fighting between government forces and Islamic terrorists” bo ustawienie jednej z walczących stron w roli terrorystów ma automatycznie przybliżyć do serca czytelnika algierskich wojskowych, a jeśli nigdy nie miałem czułych odczuć dla wojskowych z Chile, Nikaraguy czy Gwatemali, to czemu miałbym automatycznie stawać po stronie tych panów, którzy przez kilkadziesiąt lat wciskali swój kraj w socjalistyczny ustrój? Rozumiem, że z punktu widzenia mieszkańca NYC islamski bojownik jest największym demonem na świecie, ale nie wiem jakbym to widział będąc Arabem czy Berberem z Algierii. Ponadto radosna ocena nowego i krytyczna starego nauczania:

The schools are moving from rote learning – which was always linked to memorizing the Koran – to critical thinking, where teachers ask students to research subjects and think about concepts.

(Szkoły przechodzą od wkuwania, powiązanego zawsze z zapamiętywaniem Koranu, do krytycznego myślenia, gdzie nauczyciele skłaniają uczniów, by odnajdywali informacje i przemyśleli pojęcia.)

jest w pierwszej części tendencyjna a w drugiej marzycielska. Nie wierzę, by odważył się oświadczyć o nauczaniu w Teksasie, że to wkuwanie oparte na zapamiętywaniu Biblii. I nie zawołanie „przemyśl to sam” sprawia, że uczeń zaczyna krytycznie analizować temat.

Nim pójdę dalej, odpowiem na pytanie, którego domyślam się od początku: „a co mi do Algierii?” Jeśli nie naciągać zbyt daleko analogii, to jest o czym pomyśleć. Naród prawie pozbawiony identyczności po długiej niewoli. Różnorodność językowa, etniczna, religijna. Niewiarogodnie brutalna wojna o wyzwolenie. Bolesne komunizujące eksperymenty. Cienka warstwa inteligencji, po kolejnych walkach falami zanikająca w przyjaźniejszych krajach. Masowa emigracja do Francji, rzędu półtora miliona obywateli.

(Dla Brazylijczyka istotne też jest, że kraj był przystanią dla sporej ilości uciekających od dyktatury intelektualistów.)

No i ta religijna indoktrynacja w szkole.

Ale w artykule mało jest o ciążeniu ku Francji, o protestach francuskich Algierczyków przeciw rządowi nie tyle z sympatii dla Wahabitów co z antypatii do dyktatur. O tym, że arabizacja wynaradawia Berberów. O tym, że i w wielu innych miejscach odzyskiwanie tożsamości narodowej szło w parze z identyfikacją religijną (czego Polakowi nikt nie potrzebuje tłumaczyć). Że potworności wojny wyzwoleńczej nie są tak dalekie i nie każdemu francuski słodko brzmi (a i to Polak łatwiej zrozumie niż człowiek, którego naród nie był okupowany przez inną etnię). Więc artykuł jest towarem na wewnętrzny rynek, z uproszczoną klasyfikacją: jak Islam, to terroryzm. Jak francuski, to postępowy.

Sam Slackman bardziej zdaje się specjalistą od Arabów (czyli przeciwników w wojnie irackiej i w walkach wokół Izraela) niż od Algierczyków. Nie wychodzi daleko poza proste obserwacje uliczne o zachowaniu się młodych ludzi. Więc wiele nie da się z tej lektury wynieść.

Ale mimo wszystko warto przemyśleć także na tym przykładzie wartość intensywnego wchodzenia religii do szkoły. Na szczęście księża nie wszystkiego u nas uczą, na nieszczęście wychodzą daleko poza zakres swojej wiedzy (o ile życiorys głównej postaci ich religii nazwać wiedzą). I na przykład niepokoi mnie, że rutynowo to oni prowadzą szkolne wycieczki na Wawel. Do Lichenia i Częstochowy – proszę bardzo. Ale mniej chętnie widzę ich w Belwederze i na Wawelu.

poniedziałek, 14 lipca 2008, andsol-br
TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2008/07/14 07:13:00
Pozdrawiam i udanego nowego tygodnia życzę.
-
2008/07/14 07:44:29
Dziękuję.