|
Blog > Komentarze do wpisu
Dziewiąty temat
Gdy dokładnie przed miesiącem podałem spis tematów, które zamierzałem poruszyć na blogu i do których miałem już sporo przygotowanych materiałów, miałem parę niezadeklarowanych, ale dość oczywistych intencji. Chodziło o to furkotanie problemów, historii i refleksji, wciśniętych w stosiki papierzysk i książek na biurku. O radość myślenia. O podziw dla świata plików internetowych i zakupów książek przez internet, który stawia mnie dużo bliżej wiedzy niż miałem kiedyś z placu Grunwaldzkiego do biblioteki na Szajnochy. O kompletny brak zrozumienia czemu ludzie piszą o wypitej gorzkiej kawie albo o zagniewanym szefie. O nierozumienie tylu blogowych wyznań o nudzie. No i (last not least) o zapowiedź czego mili odwiedzający mnie goście mogli się po mnie spodziewać w czasie kanikuły. Kani co? Skąd mi to słowo, muszę sprawdzić co ono znaczy. (Aha, psinka. Psia gwiazda, Syriusz. Okres gdy Słońce znajduje się w Gwiazdozbiorze Psa. Terminy rozbiegają się źródłom, najliberalniej od 22 czerwca do 22 sierpnia, najrygorystyczniej od 3 lipca do 11 sierpnia.) Wiedziałem, że nie będzie to zmieszczone w ciągu 10 dni, bo zawsze coś samo wymusi wejście na blog bez kolejki, albo improwizacja mnie rozbawi i nie oprę się chęci pokazania jej. Zaskoczyło mnie, że były od owego dnia do dziś 42 wpisy. No tak, okres międzysemestralny, miałem trochę więcej czasu. Z owej dziesiątki osiem wyszło mniej więcej tak jak zamierzałem (i zaraz im tam podorabiam linki). Dziesiąty temat może się pojawi tu, rozbity na parę eseików, ale straszy swoim gigantycznym wymiarem. Rzecz w 243 stronach Catatau Leminskiego. Już mam parę książek, artykułów, prac magisterskich i doktorskich o tym dziele i jest jasne, że to dopiero początek. Nawet myślałem co bym zrobił gdybym poprosił jakąś fundację o grant na 100 tys. euro na dwa i pół roku, by przetłumaczyć to na nasze i by mi go przyznano. Czy przyjąłbym niebacznie, ryzykując, że wejdę w temat, który może mnie pochłonąć na resztę życia? Przecież ta książka może (jak Ulysses) doczekać się własnych kwartalników i regularnych seminariów i konferencji. Wspaniale by było, gdyby ktoś oddał się tej monumentalnej pracy, ale czemu to miałbym być ja? Maciej Słomczyński musiał przemieniać się w Joe Alexa, by kontynuować swój zamiar. A ja nie umiałbym pisać kryminałów. I przecież bez tego makabrycznego galimatiasu mam projektów na więcej lat niż jakikolwiek Stwórca z jakiejkolwiek religii by mi użyczył. Więc to chyba dobrze, że skończy się na niezakończonych uwagach, na zachętach, na nieporadnych wycinkach paru zdań stąd, paru stamtąd. I zostaje tylko indiańska grawura Léry plus słówko wyjaśnienia. Ale słówko rozrosło się. Przedtem miałem dostęp tylko do paru rozdziałów przetłumaczonych na tutejszy, ale w międzyczasie przyszedł angielski przekład całości z Amazon. Lepiej by było przegryźć się przez XVI-wieczny oryginał „Histoire d'un voyage fait en la terre du Brésil” – ale znam tylko język paryskiej ulicy, nigdy uczciwie nie studiowałem ich trybu łączącego (choć w portugalskim nie miałem jak go uniknąć), a 450 lat to bardzo daleko stąd. Nieco głupio cytować skróty z okładki książki, ale te zdania są całkiem wymowne: Gdy słynny antropolog Claude Lévi-Strauss przybył do Rio de Janeiro, miał w kieszeni jedną książkę: Jean de Léry, Historia podróży do Ziemi Brazylii. Léry podjął swą fascynującą i trudną podróż w roku 1556 jako młody członek pierwszej protestanckiej misji w Nowym Świecie. Gęste 80 stron wstępu i przypisów plus 240 stron tekstu. Fantastyczne. Ale nie da się pogonić. Czemu tyle godzin oddałem Karlom Mayom? Czemu jako nastolatek nie przeczytałem eseju Marka Twaina wyśmiewającego Coopera? No dobrze, na czas spędzony z Sienkiewiczem nie będę narzekał, jeśli angielska surprise czy portugalskie socorro łatwo utrzymało się w mej pamięci, to dzięki tym makaronizmom z siurpryzą i przyjściem w sukurs, czyli nie ma złego Sienkiewicza co by nie wyszedł na dobrego. No to przejdźmy do grawury Léry. Wspaniała wierność szczegółom. Gdy sieć TV Manchete przedstawiała miniserię Quarup o Indianach, wyglądało to dokładnie tak. Aha, dodali im jakieś biodrowe opaski, bo kamera mdleje widząc gołe członki.
czwartek, 24 lipca 2008, andsol-br
TrackBack
Komentarze
szukajmysie
2008/07/24 13:05:10
To "furkotanie problemów..." uczta. Że Pan ma na to wszystko czas... zazdroszczę narastająco. Ja ostatnio tak mało czytam,że aż mi wstyd, a jeśli już, to rzeczy, których nikt nie zna i nawet pogadać o tym nie ma z kim... za to grzecznie nadrabiam zaległości kinowe.Tak bardzo nie doceniamy filmu. Ale "urlop" się rysuje. I nie zabiorę ze sobą ani komputera, ani telefonu :)
2008/07/24 14:34:58
Doceniamy film, proszę Pani. Mam długie spisy filmów, które powinienem poznać. Chyba to się daje rozwiązać przez zakupy sieciowe, alekwestie językowe... oglądać samemu to izolować się od rodziny, a co ja nie strzępię języka, żeby się zabrali do języków. Gdzie te czasy, gdzie dwa filmy w tygodniu to było minimum.
2008/07/24 15:12:41
Też żywię fascynację do plików internetowych i zakupów książek przez intenet. No i jeszcze odkryta niedawno funkcja w Google Book Search, gdzie jest podgląd całkiem sporych partii książek. Dobrze pamiętam jak to było, wariowałam ze szczęścia, gdy w bibliotece uniwersyteckiej znalazłam "Man and His Symbols" Junga i dwie książki Ericha Neumanna. A poza tym nie mogłam dostać nic z listy upragnionej. A tak jak jest teraz, gdy w księgarni w Londynie przebierałam na półce, bo mogłam sobie pozwolić na trzy książki i nie wiedziałam co wybrać to jest prawdziwa uczta.
Ach Joe Alex... Pamiętam go z dzieciństwa, nie miałam pojęcia kto to jest Maciej Słomczyński, ale oddałam mu wiele godzin. 2008/07/24 16:20:38
@Melusina: gdy przed paru laty moja siostra powiedziała mi, że wyrzuca i rozdaje książki nie wierzyłem moim uszom, ale zrozumiałem, bo to, co zostało, wystarczało, by oblepić wszystkie ściany. Mając jej pionierski gest w pamięci zacząłem robić to samo i może czasem pętam się po regałach szukając czegoś, co sobie amputowałem dawno temu, ale przynajmniej jest czysta ścieżka prowadząca z pokoju do łazienki. A potworna 100-kilowa Enc.Brit. mieści się na jednym krążku ważącym 20g. Albo 2 dkg, by ją upodobnić do masła.
Czy Ty rozumiesz zasadę wedle której oni wycinają to czego nie ma być w Google Books? 2008/07/24 17:44:21
Nie mam zielonego pojęcia na jakiej zasadzie to jest, podejrzewałam ich o to, że chcą mi zrobić na złość bo jak się tylko zapomniałam w czytaniu to zaraz jakiejś strony brakowało...
2008/07/25 00:55:14
Ja bym poprosila o przepis na rozciaganie doby. Mnie od 6:30 do 19 zajmuje praca (lacznie ze sniadaniem i dojazdami). od 19-20 odpoczynek, kolacja, zmywanie.
Zostaja jakies 3-4 godziny dziennie na wszystkie inne czynnosci zyciowe, obejmujace przede wszystkim zycie rodzinne (w tym utrzymywanie kontaktow z 'zamorska' rodzina i przyjaciolmi). 2008/07/25 02:38:41
Vierablu, to niewiarogodny zbieg okoliczności czyli skupienie wszystkich ferii szkolnych (bo V. robi prawie dwuroczny kurs estetyki, bo dla chleba trzeba dyplom uniwersytecki dopełnić wykształceniem technicznym), więc ja jako kierowca, matka, odsiadywacz zebrań i poprawiacz prac mam wolne. Do zmywania naczyń jest większa ekipa. A książki czytam sama wiesz gdzie, więc co ja się tym będę chwalił.
|
|