|
Blog > Komentarze do wpisu
Co o tym myśleć?
Mimo że od 1986 roku, czyli od momentu zamieszkania w Niemczech, pragnęłam zająć się tłumaczeniem literatury polskiej, było to zamierzenie utrudnione przez monopol na przekłady tej literatury. Pozycja tłumaczy monopolistów jest dziś tak mocna i ich zaplecze instytucjonalne tak silne, że osoba "spoza" nie ma praktycznie żadnych szans na dołączenie do tego towarzystwa, szczególnie gdyby miała chęć na tłumaczenie polskich autorów z tzw. pierwszego szeregu, czyli tych, których odkryli "czołowi przekładowcy."
Pisze to Urszula Usakowska-Wolff w artykule sprzed 12 lat Recepcja poezji Wisławy Szymborskiej w Niemczech. Niezależnie od posiadania czy braku racji w zacytowanym urywku, całość ma wiele ciekawych obserwacji. środa, 23 lipca 2008, andsol-br
TrackBack
Komentarze
2008/07/23 16:25:52
Igorze, ładnie i fachowo to powiedziane i widzę, że będę miał dodatkowe lektury "na zaraz". Oczywiście moje pytanie nie było zamierzone jako wyraz skrajnej naiwności (coś w stylu: to ludzie łapią zwierzątka? i je kroją? i gotują? i jedzą? no jak tak można!), bo wiem, że zasiedziany (incumbent) nie odda fotelika tak za nic, bo ma rachunki do płacenia. I wyobrażam sobie jak by to było gdyby na uniwerku była wolna amerykanka i ktoś chciał moje zajęcia i moją pensyjkę, oj, jak ja bym go nadręczył, żeby wykazał, że jest lepszy ode mnie... Ale gdyby tego dowiódł to co mógłbym zrobić? Więc przeciw młodym geniuszom broni mnie system przyjmowania do pracy i dość konkretne, publicznie przedstawione kryteria pomiarów jakości - klika nie jest geniuszoszczelna. Czyli moje pytanie raczej znaczyło: czy w świecie tłumaczeń jest jakiś formalny system utrudniający przedłożenie jakości lepszej niż to, co już leży na półce? Czy system wykupu przez wydawnictwa praw do tłumaczenia działa tak, że wpychają oni BigMac a nie zdrowy podpłomyk? Czy są jakieś konkretne przykłady na monopol utrącający jakość i szkodzący jakości produktu?
2008/07/23 19:41:16
Mam znajomą, która pracowała na Uniwersytecie w Barcelonie a w tej chwili jest w Danii. Różnice w rozwiązaniach systemowych są kolosalne. Ona pracuje w jakiejś wybitnie specjalistyczne działce xxx-metrii w której jest zaledwie kilku specjalistów na całym świecie. Ale nie o tym. Mały drobiazg. W Katalonii musisz wykazać sie publikacjami i innymi osiagnięciami by przedłużyli z Toba kontrakt i/lub bys mógł awansować. Niby słusznie, bo naukowcy konkurujac bardziej się starają i osiagaja lepsze wyniki. Jednak w efekcie nie współpracuja ze sobą a głównym polem intelektualnej aktywności jest wymyslanie sposobów na udupienie konkurenta. W Danii odwrotnie: nie są wymagane żadne osiagniecia, masz po prostu być, mysleć, czasem cos zrobic. Rozliczany jestes z czasu, a w zasadzie z niczego. Oczywiscie jak po 10 latach nic nie opublikujesz to moze być nieciekawie ale generalnie mozesz zająć się dowolną aktywnścią. Niby system sprzyja gnuśności i nieróbstwu, ale w efekcie naukowcy współpracują ze sobą i nauka sie rozwija. Każde z rozwiazań ma swoje wady i zalety, ale które jest dobre? Tego nie wiem. Prywatnie wiem, że rozwiazania systemowe to jedno, a kultura organizacyjna to drugie. Na naszym wspaniałym warszawskim uniwerku taki Bourdieau nie mógłby pracować, czego dowodem są liczne "zsyłki" do Białegostoku zbyt samodzielnie myślących wykładowców...
2008/07/23 23:02:51
To się zgadza z moimi obserwacjami o Danii, że gdy tam zabierasz się do studiów uniwersyteckich po trzydziestce nikt nie wydziwia, bo na cholerę gonić kiedy życie jest ciekawe?
Gdy mowa o publicznym dowodzeniu aktywności i unikaniu gnuśności, od razu przypominam sobie tego wykładowcę ze Stanów, który zapytany o coś natychmiast zdecydowanie wrzucił tak! - po chwili równie energicznie zmodyfikował to na nie, nie - i przez parę minut huśtał się na tej huśtaweczce, bez obniżenia poziomu pewności w głosie. Widać było, że jego kultura pracy nie przyzwala na powiedzenie: przepraszam, nie wiem, muszę pomyśleć. |
|
Pozdrawiam - Igor