|
Blog > Komentarze do wpisu
Sekta niemiła, ale...
Bardziej wierzę w znaczenie niewidocznych tendencji i sumy małych zdarzeń niż w głośne decyzje sądowe, ale bywają one poetyckim skrótem długiej i trudnej do uchwycenia prozy. I sądzę, że kolejny blamaż władz stanowych z Teksasu, zmuszonych orzeczeniem sądowym do oddania pod opiekę rodziców 460 dzieci uprowadzonych z ich domów, będzie jednym z elementów godnych zapamiętania w tej bardzo długiej historii, wiążącej w sposób niemożliwy do rozplątania starcia religijne, kontrolę nietypowych obywateli, obyczaje seksualne i troskę o dobro dzieci. Gdy w roku 1887 wchodziło w życie prawo zabraniające w Utah poligamii, mogło wydawać się troską o ład społeczny, ale równie dobrze (a może i lepiej) mogło być widziane jako element walki z rosnącą w siłę nową religią. Warto przypomnieć, że próbowano nie tylko zakazać wielożeństwa ale i od razu odebrać mormonom ich kościoły. Mormoni pogodzili się w roku 1890 z nowymi zasadami (choć wcześniej utrzymywali, że to Wyższe Siły nakazywały im mieć wiele żon), ale wymuszona monogamia nie wszystkim była w smak, skoro prawodawcy w innych stanach odbierali prawo głosu tym, którzy wdawali się w poligamię albo opowiadali się za nią. Ciekawym elementem w tym ciągu wydarzeń było ułaskawienie w 1895 roku dziesięciu osób skazanych na rok i dzień więzienia za cudzołóstwo, bo choć prokurator i sędzia zgodnie doprowadzili do wyroku, mieli jednak wątpliwości czy owe nowe prawo stosuje się w Dystrykcie Federalnym, no i prezydencki akt łaski odsunął na bok wątpliwości prawne. Dobranie się mormonom do skóry z czasem było coraz trudniejsze, a dziś jest zupełnie nie do pomyślenia. W Stanach jest ich prawie 6 milionów i drugie tyle w innych krajach, a bogaci są jak mało który kościół. Tym większa chętka jest u władz na przyłożenie tym, którzy zachowując Wiarę Ojców (Mających Wiele Żon) rozproszyli się po innych stanach. Są i w Teksasie, na Zion Ranch i jak pożyczone z NYT poniższe zdjęcie pokazuje, chyba nie są zabiedzonymi istotami, które nie umieją radzić sobie z otoczeniem. (Zabawna koincydencja, sędzia uwalniający dzieci jest z Tom Green County, ale miejsce zawdzięcza nazwę zupełnie innemu panu Tom Green niż wielożeńca z Utah, skazany tam za to przed paru laty.) Grupy żyjące po swojemu (prawie zawsze z naszego punktu widzenia z motywacjami religijnymi niesłychanie dziwnymi, no ale ich nikt nie pyta co oni na przykład myślą o Watykanie...) zawsze są pod szczególnym oglądem rządu USA. Najsławniejszy przykład to Brach Davidians z Wacko w 1993 roku (też Teksas), gdzie dbałość o ład społeczny osiągnęła swoją ostateczną formę. Ale i bez tak dramatycznych wydarzeń, łatwo się domyślić jakie by miała życie organizacja zwąca się Tradycyjny Klub Strzelecki Potomków Niewolników Yoruba. Oczywiście podobne kluby odwołujące się do przodków z Irlandii czy z Saksonii nikomu by nie przeszkadzały. Tak naprawdę to hipokryzja widniejąca w odmiennym traktowaniu odmiennych grup mało mnie tu interesuje. Podobnie zaniepokojenie władz teksańskich poligamią ale nie typami relacji rodzinnych i pozarodzinnych osób, które formalnie wyznają bardziej tradycyjne formy wiary w Chrystusa. I oczywiście państwo musi interweniować gdy zmusza się dziewczynki do wczesnych małżeństw. Tu reakcja musi być silniejsza niż w przypadku powszechnej prostytucji, no bo... no właśnie, dlaczego? Tu sprawa zaczyna tu być ciekawa. Dziecko i seks. Splot problemów, w których zawędrowano już daleko w krainę paranoi. Ale dużo tu gadania, więc na inny dzień. Tak czy inaczej, dzieci wielożeńców wróciły do ich wielu żon, władze dołożą nowy wpis do listy swoich niepowodzeń (lata trzydzieste XX wieku – klops; lata pięćdziesiąte – klops. Pierwsza dekada XXI wieku – klops). Bogate społeczeństwo teksańskie nie zauważy nawet tych 14 milionów dolarów, które nieudana akcja kosztowała. I może w przyszłości policja nauczy się, że gdy 16-letnia dziewczynka dzwoni do policji skarżąc się na cierpienia, którym ją poddaje 49-letni mąż, to przed zarządzeniem wielkiej akcji, odbierającej wszystkim matkom ich dzieci i oddając je pod opiekę władz należy sprawdzić czy ta 16-latka rzeczywiście istnieje. Bo teraz następna próba interwencji w tych kilkutysięcznych społecznościach, obstających przy niewspółczesnych modelach rodzinnych, będzie bardziej skomplikowana. środa, 18 czerwca 2008, andsol-br
TrackBack
|
|