Czy pamiętasz to zdjęcie, które pojawiło się tysiące razy w gazetach, pismach i blogach?

Chodziło o nowoodkryte („nieskontaktowane”) plemiona w Amazonii i o troskę międzynarodową, by pozwolić im żyć w pokoju. Natychmiast umieściłem tu o tym wpis (i później jego dopełnienie mówiące o brazylijskiej reakcji). Pisałem o mojej wątpliwości czy kierowanie łuku jest naturalną reakcją na nigdy przedtem nieoglądane samolocikowe zjawisko – i o braku wątpliwości co do motywów chętnej do pomocy organizacji Survival International.
Minął zalednie miesiąc i mogę wrócić do tematu. Najlepszy jego opis dzisiaj to Photoshop informacji. Montaż na zamówienie. Kto lubi czytać po angielsku, to proszę bardzo w Guardianie sprzed tygodnia, a tu przedstawię streszczenie i dodam parę moich informacji i interpretacji.
Powiedziałem, co wówczas nie było dla mnie wątpliwe, ale nie mówiłem o moim zaskoczeniu, że całą ową historię firmował sertanista (czyli specjalista od sertão, brazylijskiego buszu) i pracownik FUNAI, José Carlos Meirelles. Pisałem o moim szacunku dla tej Fundacji powołanej do opieki nad Indianami i zastanawiało mnie jaka była jego rola w tych dziwnych zdarzeniach.
Niektóre tajemnice szybko się ujawniają, szczególnie gdy główny aktor pojawia się w wywiadzie dla arabskiej telewizji Al Dżazira. To właśnie José Carlos Meirelles zmontował to przedstawienie.
Guardian mówi, że przyjaciel dosłał mu mapy i współrzędne z GoogleEarth – szybkość reakcji wspomnianej nierządowej organizacji by mi sugerowała, że tam jest on osadzony. I w tej chwili przyznaje już ona, że wie, że FUNAI wie o plemieniu od 20 lat. Ale wygląda na to, że wiedzą o nim (może dane były mniej dokładne) od początku XX wieku.
Meirelles wyjaśnia, że raczej przypomniał sprawę światu, zaniepokojony tym, co zamierza w kwestii Indian prezydent Peru Alan García, ale moim zdaniem właściwy montaż łamigłówki wymaga paru danych o wewnętrznej polityce brazylijskiej.
Meirelles miał mapy od nienazwanego przyjaciela, ale poparcie wewnętne w FUNAI dał mu Sydney Possuelo, a samolocik na parudniowe latanie – rząd stanu Acre.
Sydney Possuelo był do 2006 szefem wydziału zajmującego się odosobnionymi plemionami. Ów człowiek stworzył Projekt Opieki Etno-środowiskowej i wiele jego sławnych inicjatyw uczyniło go międzynarodową gwiazdą od ochrony środowiska. Jego sprawnym działaniom przypisują utworzenie olbrzymich rezerwatów Indian. Karierę przerwało spięcie z prezydentem FUNAI, który uważał, że Indianie mają zbyt wiele ziem, na co usłyszał, że mówi jak właściciel tartaków albo poszukiwacz złota albo hodowca trzód bydła. Zorganizował międzynarodową konferencję dla opieki nad izolowanymi plemionami, no a że wśród opiekunów Indian niewiele jest organizacji biorących pod uwagę interesy rządu brazylijskiego, został zwolniony ze swej pozycji. Podając te informacje nie wyrażam przekonań politycznych czy społecznych, przypominam tylko, że FUNAI jest organizacją rządową.
Postacią, która nie pojawia się tym razem w reportażach, ale bez niej nie rozplącze się tego kłębka, to Marina Silva. To gwiazda polityki amazońskiej. Pracując jako służąca przebija się przez szkołę średnią i studia historii, wstępuje do nielegalnej PRC (Rewolucyjna Partia Komunistyczna), w roku 1985 wchodzi do PT (partii Luli), by móc pomagać działaczowi Chico Mendes, zastrzelonemu w 1988 roku. W 1994 roku, 36-letnia, jest najmłodsza w Senacie i jedną z nielicznych tam kobiet. Po ośmiu latach nowe wybory – tym razem trzykrotnie większa ilość głosów. Ale odchodzi stamtąd, powołana przez Lulę na ministra Ochrony Środowiska. Nie miał on wroga, który by mu przyczynił połowę tych kłopotów, które z nią miał. Nigdy nie traciła okazji, by go krytykować za prawicowe (jej zdaniem) pozycje. Bardzo szanowana w Acre. Straciła stanowisko dwa tygodnie przed „odkryciem nieodkrytego plemienia”. Chodziło chyba o jej opozycję przeciw siłowni jądrowej, szosie przez Amazonię i GMO (nasionom zmodyfikowanym genetycznie). Tu ta sama uwaga: nie wypowiadam się o tym kto vinovat, kto prav, przypominam, że ministrowie są wybierani przez prezydenta, by realizować wyznaczaną przez niego politykę.
I ostatni niewidoczny aktor w tym dramacie, Arnóbio Marques de Almeida Júnior, popularny Binho Marques, gubernator stanu Acre, z grupy politycznej Mariny Silva i też związany w przeszłości z Chico Mendesem. (Zabójstwo tego działacza bardzo zradykalizowało polityczną scenę Brazylii.) Ma wielkie zasługi jako pedagog, dzięki jego wysiłkom Acre przestało stać w ogonie wycen Ministerstwa Edukacji.
(Za czasów gigantycznego brazylijskiego zadłużenia zewnętrznego, kursował żart, że rząd będzie musiał sprzedać jakiś stan, ale trzy stany nie muszą się bać: Rio de Janeiro, bo stamtąd jest cała brazylijska radość życia; São Paulo – bo ono wytwarza brazylijskie bogactwo; i Acre – bo to wstyd komuś pokazać.)
Czy klocki same już się ułożyły w sensownej konfiguracji? Więc reasumując: jest grupa głęboko uczciwych, oddanych sprawie ludzi. Zrobią wszystko, by swego dopiąć. Gwiazdorstwo i własne ambicje też chyba odgrywają dużą rolę, ale najważniejszy jest tu lokalny punkt widzenia. A Amazonia, choć ogromna, jest jeszcze prawie bezludna. Stan Amazonas to 1,57 miliona km² i 3,3 milionów mieszkańców. Pará ma 1,25 miliona km² i 7 milionów mieszkańców. Acre to 150 tysięcy km² i 700 tysięcy mieszkańców. Brazylia to 185 milionów osób i o nich każdy rząd brazylijski musi myśleć. Lula radzi sobie z tym lepiej niż jego poprzednicy – wśród klas najbiedniejszych dochody podniosły się w ciągu ostatnich lat o 20% (po odliczeniu inflacji), wśród najbogatszych – o 5%. Koło 5 milionów osób zaczęło jadać 3 posiłki dziennie, a nie jeden. Jest dość jasne, w którą stronę kraj ewoluuje. Ale głęboka dedykacja własnej, słusznej i mądrej wizji może doprowadzić do stanu, w którym zasłużonym i sławnym Brazylijczykom łatwiej wejść w sojusze polityczne z Survival International niż z prezydentem Lulą.