Słowa w ordynku. Słowa w ataku i w obronie. Pomieszane. Refrakcja słów w stali i w wodzie. Odbicia słowne i zwidy. Ład i gładkość. Spazmy i erupcje. Kojący wpływ soku z passion fruit. Od rzeczy i do rzeczy. Krótko mówiąc. Ostatnie słowo. Na początku był skowyt.
Blog > Komentarze do wpisu
Mówi Roman Palewicz

Nawet tak tragiczna narracja jak „Oko za oko” Jonha Sacka ma humorystyczne momenty. W tej historii o Żydach – ofiarach Oświęcimia i innych obozów koncentracyjnych, którzy w powojennej Polsce prześladowali Niemców tylko dlatego, że byli oni Niemcami, jest parustronicowy opis wizyty władz z Warszawy u katowickiego szefa UB. Śmieszne i smutne. Świat, który nieliczni znali, tak nieludzki i tak ludzki.

Chciałem przedstawić ten fragment tutaj. Zacząłem je tłumaczyć z oryginału
„An Eye for an Eye”, lecz zastanowiłem się: a może jednak nie muszę, bo jest polski przekład? W istocie, jest. To znaczy: bywa. Czasami egzemplarz przemknie w Allegro za 100 złotych.

Tu jest właściwe miejsce na podziękowania. Reniferiada w komentarzu na blogu powiedziała o książce. Olek odszukał informacje o przekładzie i jego urywek. Angela dostała poprzez kontakty zawodowe numer telefonu tłumacza, Romana. A on nie tylko szybko przysłał skany stosownych stronic swojego tłumaczenia ale i opowiedział o nieznanych mi komplikacjach świata wydanych i niewydanych książek. Ta nie tylko była wydana: Adam Ferency czytał jej urywki w „Trójce”, dyskutowano i pisano o niej. A potem zapomniano. Jakoś znikła z naszej zbiorowej pamięci. Małe wydawnictwo, mały nakład, niedługa pamięć.

W sobotę (pojutrze) wstawię tu ów opis katowickiej wizyty Gomułki i Bermana.

Dziś, dzięki dobrej woli i życzliwości Romana Palewicza mogę z ogromną satysfakcją przedstawić tu jego relację o polskim tłumaczeniu, które wydano niezadługo po pojawieniu się w Stanach pierwszego wydania książki. Oto tekst otrzymany od niego.

 

Roman Palewicz

John Sack – reporter idealista

Johna Sacka poznałem w 1990 roku, kiedy przyjechał do Gliwic zbierać materiały do książki. To było krótkie spotkanie u przyjaciół mojej żony, Ewy i Grzegorza Bobkowskich, którzy bardzo wtedy pomogli pisarzowi (wspomina o tym w „Podziękowaniach”). Pragnąc się odwdzięczyć, John ofiarował im egzemplarz swojej książki „M”, o wojnie w Wietnamie, mówiąc, że jeśli zechcą ją wydać w Polsce, to on rezygnuje z honorarium. Ewa dała mi ją do przełożenia i tak rozpoczęła się moja praca translatora (wcześniej tłumaczyłem jakieś teksty techniczne i czasem, na własny użytek, drobne formy literackie).

Ta książka, o dziwnym, jednoliterowym tytule, nie ukazała się wówczas, ale kiedy w jakiś czas później trafiłem do wydawnictwa „Rebis” i usłyszałem sakramentalne pytanie „Co pan dotychczas przetłumaczył?”, miałem się czym pochwalić.

W 1993 roku doszła do mnie wiadomość, że „Oko za oko” ukazało się w Stanach, a w Polsce prawa do jego wydania wykupiło jedno z dużych wydawnictw. Zadzwoniłem do nich, dostałem do przełożenia najpierw kilka stron na próbę, a potem całą książkę.

To była fascynująca praca i to z wielu względów. Po pierwsze, miałem stały kontakt z autorem, więc mogłem na bieżąco wyjaśniać wszelkie wątpliwości. Po drugie, książka opisywała miejsca dobrze mi znane (jestem z Katowic, mieszkam w Gliwicach) i raz po raz przekonywałem się jak bystrym obserwatorem i sumiennym reporterem jest John Sack. Zresztą nie tylko przy opisach miejsc, ale także faktów.

Odesłałem tłumaczenie do wydawnictwa, dostałem następne, potem jeszcze jedno. W którymś momencie otrzymałem sygnał, że „Oko za oko” się nie ukaże. Pani redaktor, która opracowywała książkę zaniosła ją do jakichś historyków, którzy powiedzieli jej, że to wszystko nieprawda, bzdura, wymysły, zła wola autora itd. Później miało się okazać, że nie byli w swej opinii odosobnieni.

W 1995 roku „Oko za oko” zostało wydane przez gliwickie wydawnictwo „apus”, a jesienią tego samego roku John Sack przyjechał do Polski na promocję książki. Przez tydzień służyłem mu jako tłumacz na spotkaniach z czytelnikami i w trakcie udzielanych różnym mediom wywiadów (które potem nie zawsze się ukazywały).

Akurat w tym okresie przypadało święto Jom Kipur i odwiedziliśmy też siedzibę gminy żydowskiej w Katowicach. To spotkanie odbyło się w dwóch odsłonach – najpierw rano, oficjalnie (starsze panie nadąsane na Johna, mówiące, że nie wolno mu było tego napisać, że obraża własny naród, że mu tego nie wybaczą itd., starsi panowie, podchodzący do sprawy raczej pojednawczo, w końcu to Jom Kipur, oraz młody prawnik, przebąkujący coś o procesie), a potem wieczorem, w trakcie ceremonii modlitewnej (bez żadnych ekscesów). W dwa dni później byliśmy w Niemieckim Towarzystwie Kulturalnym, gdzie Johna witano jak bohatera.

Wielokrotnie zadawałem sobie pytanie po co John Sack napisał tę książkę. Temat był sensacyjny, to oczywiste, ale czy autor liczył, że jego dzieło przyniesie mu światowy rozgłos i mnóstwo gotówki? Myślę, że nie wykluczał takiej ewentualności, ale nie ona była podstawowym motorem jego działania.

Sądzę, że jemu chodziło o przedstawienie prawdy – całej prawdy, oglądanej z wielu stron, oczyma wielu ludzi. Nie zamierzał nikogo krzywdzić, ani nawet osądzać, choć wielu ludzi uznało, że nadużył ich zaufania. Poczynając od Loli Potok, która sądziła zdaje się, że on po prostu nada ładną formę literacką jej opowieści. Nie sądziła, że zacznie drążyć temat.

Pisał książkę przez kilka lat, utrzymując się w tym czasie z oszczędności i tantiem za wcześniej wydane pozycje. Wykorzystywał swoje znajomości i urok osobisty, aby jak najbardziej obniżyć koszty – w trakcie licznych podróży związanych ze zbieraniem materiałów mieszkał zazwyczaj i żywił się u znajomych swoich znajomych, żeby nie wydawać na hotele i restauracje, co najmniej jeden przelot przez Atlantyk odbył na koszt armii amerykańskiej, jako dawny korespondent wojenny. W końcu i tak musiał się zadłużyć na kilkanaście tysięcy dolarów. Nie wiem czy zdążył spłacić te pieniądze.

Starał się chronić Lolę. Wielokrotnie podkreślał w książce, że to, co przeszła, musiało wywołać w niej chęć zemsty, ale w końcu zdołała się z tego otrząsnąć i zaczęła prowadzić normalne życie, co jest godne pochwały.

Chociaż z drugiej strony, w kilka lat po ukazaniu się książki, kiedy dotarła do niego wiadomość, że w Polsce wydano list gończy za Szlomo Morelem, przysłał mi jego numer telefonu i adres w Tel Aviwie, mówiąc, że może to pomoże w poszukiwaniach. (Oczywiście wiedział, że Izrael Morela nie wyda.)

Zresztą jeśli chodzi o Szlomo Morela, to poznałem też całkiem inny jego obraz. Moja mama była pielęgniarką pediatryczną w szpitalu MSW i Morel, który był wówczas komendantem więzienia w Katowicach, kilkakrotnie bywał ze swoimi dziećmi w jej poradni. Na tle innych oficerów wyższej rangi wyróżniał się uprzejmością i miłym sposobem bycia, tak go w każdym razie zapamiętała mama. Z kolei jej sąsiad, dawny podwładny Morela, miał o nim jak najlepsze zdanie i książka „Oko za oko” bardzo go oburzyła. Nie mam zamiaru wybielać Szlomo Morela. Próbuję po prostu powiedzieć, że prawda bywa złożona. John Sack doskonale o tym wiedział i na odkrycie tej prawdy poświęcił spory kawałek swojego życia.

czwartek, 08 maja 2008, andsol-br
TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2009/02/16 09:44:37
Książka jest "białym krukiem" nie do znalezienia. Jeśli ktos wie gdzie kupić te książkę prosze dac znać
mój imejl: greri1@yahoo.com
-
2009/02/16 11:45:20
Brak mi czasu obecnie na zajęcie się tym, ale od nawiązania kontaktu z Romanem Palewiczem chodzi mi po głowie wywiedzenie się kto ma prawa autorskie do książki i poproszenie o zezwolenie na wystawienie jej w Sieci. Uważam, że to jeden z tych tekstów, do których Rodacy powinni mieć jak najszerszy dostęp.