Słowa w ordynku. Słowa w ataku i w obronie. Pomieszane. Refrakcja słów w stali i w wodzie. Odbicia słowne i zwidy. Ład i gładkość. Spazmy i erupcje. Kojący wpływ soku z passion fruit. Od rzeczy i do rzeczy. Krótko mówiąc. Ostatnie słowo. Na początku był skowyt.
Blog > Komentarze do wpisu
I ty zostaniesz Indianologiem
Motto:
Prawdziwy wróg nigdy Cię nie opuści.
S. J. Lec


Filantrop i przywódca duchowy Nelson Rockfeller stworzył w roku 1940 American International Association for Economy and Social Development
, AIA (kluczowe słowa: stowarzyszenie, społeczny rozwój). Z jej inspiracji przybyły do brazylijskiej Amazonii liczne misje ratujące indiańskie interesy i dusze. Przybyły i nigdy przybywać nie przestały.

A tyle tu do gadania, że zostawię to na parę wpisów. Spróbuję w nich opowiedzieć z brazylijskiego punktu widzenia działania paru mocarstw na terenie brazylijskiej Amazonii od połowy XIXw. Zmieści się tam historia Gujany Francuskiej, Fordlandii, baz Stanów Zjednoczonych w czasie WWII na terenie Brazylii i kauczukowych żołnierzy – a także projektu Jari Daniela Ludwiga oraz Sivam, obserwującego Amazonię a mającego mózg w nieamazońskim Porto Rico. Dziś tylko sygnalizuję, że wszystko to jest bardzo powiązane z niesłychanym poruszeniem wokół zdjęć grupy Indian nie mających kontaktu z cywilizacją. Gdzie przez cywilizację należy rozumieć nas.

Gdy usłyszałem z BBC nowinę o nich zastanowiło mnie, że nie znający cywilizacji Indianie wrogo odnieśli się do samolotu FUNAI, organizacji rządowej od kwestii Indian. Skoro mieli to nastawienie, może już spotkali się z tym zjawiskiem? Tyle tam lata awionetek, choć nie rządowych, a nawet wręcz odwrotnie...

Tak, FUNAI to ta agencja, o której przed laty poszły w świat wieści, że rozdawała Indianom zatrute zarazkami koce, żeby ich wykończyć. Organizacja, która wyrosła z przedsięwzięć wspaniałego człowieka, marszałka Cândido Rondon, z działań wielokrotnych kandydatów do nagrody pokojowej Nobla, braci Villas Boas, ta organizacja została z taką etykietką... To jakby ogłoszono we Francji, że ksiądz Twardowski pisał wiersze, żeby przyciągnąć dzieci do pedofilii.

Proszę tę historię sprzed lat, ale współczesną, dobrze, bardzo dobrze utrzymywać w pamięci, by móc rozumieć co się dzieje w Amazonii.

Wiele uwagi koncentruje się na losie Indian (szczególnie tych nieodkrytych) ze stanu Rondônia. Ich rezerwaty przekraczają 80 tysięcy km², ich ilość to 40 tysięcy osób, i tylko przypadek, nieistotny dla ich obrońców, sprawia, że na ich terenach jest złoto, diamenty i są strategiczne minerały. Trzeba ich bronić. I do tej obrony (świadomie czy przez głupotę) włącza się polska prasa. Kraj, w którym była wrzawa, gdy kwestia Rospudy szła do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, gdy sprawą Alicji Tysiąc zajmował się Strasbourg... A przecież chodziło o skargi o niezgodność z polskim prawem i z polskimi zobowiązaniami międzynarodowymi. Tu dobroczynne organizacje nawet nie zastanawiają się nad brazylijskim prawem, przechodzą wprost do imperatywu najwyższego, do Troski o Ludzkość (a szczególnie jej Nieodkrytych Przedstawicieli).

Czasami nie wiadomo czy śmiać się czy płakać. Na przykład gdy cytują jakiegoś człowieka z FUNAI, który ma być uncontacted tribes expert. Przecież to jest jeszcze lepsze niż ochrona dusz niepoczętych dzieci. Specjalista od plemion bez kontaktu z cywilizacją. To ja już wolę specjalistów od trzeciej inkarnacji i od Kasjopejan.

Proszę zauważyć w jaki sposób wpycha się takie buble do polskiej świadomości: czytamy w tym artykule, że

– Te zdjęcia to doskonały dowód na to, że istnieją plemiona żyjące w całkowitej izolacji od cywilizacji – stwierdził Stephen Cory, jeden z pracowników Fundacji. – Czas, by świat obudził się, a ludzie uświadomili sobie, że te plemiona mają prawo żyć w spokoju, a ich terytoria muszą być ściśle chronione przez prawo międzynarodowe – inaczej tym ludziom grozi wyginięcie – dodał.

No więc ten specjalista od prawa ludów o niestwierdzonym istnieniu NIE JEST pracownikiem Fundacji (czyli FUNAI) ale dyrektorem organizacji Survival International, osadzonej w Stanach. I jego zwroty po angielsku brzmią jeszcze wymowniej:

These pictures are further evidence that uncontacted tribes really do exist. The world needs to wake up to this, and ensure that their territory is protected in accordance with international law. Otherwise, they will soon be made extinct.

Tu widzę słowo ensure (zapewnić) i ciekaw jestem czy środki zapewnienia już są gotowe w Pentagonie. I skąd znajomość przyszłości, bo they will soon be made extinct to tryb oznajmujący a nie wyrażenie możliwości.

(Tylko proszę nie mówić, że przesadzam. Gdy niejaki Bush, człowiek wybrany na prezydenta USA, zaczynał swe awantury arabskie, oznajmił włączenie Brazylii do Osi Zła. Powodem było istnienie chodzących luzem i wesoło Arabów w położonej na południowej granicy Brazylii miejscowości Foz do Iguaçu.)

Organizacja Survival International zachęca, żeby działać teraz, by pomóc Indianom poza cywilizacją (uncontacted Indians). No, takie organizacje czynią to od wielu lat. Misjonarzy i dobroczyńców ze Stanów wśród brazylijskich Indian jest jak kleszczy na kapibarach.

Aby dowiedzieć się jako pomóc nieodkrytym Indianom i innym plemionom na całym świecie... O, adwokaci wszystkich uciśnionych, odkrytych i nie. I niby proszą o wsparcie, ale chyba nie bardzo go potrzebują, skoro ładują w prośbę o pieniądze g
rubego byka językowego. Takiego byka, przed którym w pierwszej lekcji o czasownikach ułomnych przestrzegają nawet chińscy nauczyciele angielskiego:

You can also to donate to Survival's campaign for uncontacted tribes (and other Survival campaigns).

A po co im pieniądze. Idealiści.

sobota, 31 maja 2008, andsol-br
TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2008/05/31 22:37:34
Takie organizacje jak Survival International to charytatywny Nigerian scam. Czy ci ludzie wyginą jeśli się z nami skontaktują? O to trzeba byłoby spytać aborygenów, obywateli wielu państw afrykańskich, tubylców Nowej Gwinei itp bo kiedyś oni też byli "szlachetnymi dzikusami" nieskontaktowanymi przez naszą cywilizację. Dla socjologów, antropologów i lingwistów poznawanie takich izolowanych grup mogłoby wzbogacić naszą wiedzę. Intrygują mnie te statystyki Rondonii - skąd oni wiedzą że tam mieszka 40K ludzi? Policzyli z samolotów czy jak?
-
2008/05/31 23:40:46
Nie mam rzeczowych danych, by oszacować jaka część tych nierządowych organizacji to zwykli wydrwigrosze, jaka to ukryte i bardzo nieszlachetne interesy ukryte pod szlachetnymi tarczami, a jako uczciwi poszukiwacze Altantydy czy Sekty Zwariowańców. Niestety, grupy osób mających poważne projekty i godne uznania postawy etyczne są prawnie zobowiązane do nałożenia takich samych mundurków i wypisania sobie takich samych statutów jak te poprzednie grupki, czyli tylko praktyka i czas pokazuje kto jest kim.

Co do szacowania ilości Indian, FUNAI istnieje od 1967 roku i przejął dokumentację i know-how organizacji uprzednio istniejących. Zależnie od obszaru jego spisy ludności są bardzo dokładne (np. w Acre podawali ich ilość na 10.478 w r. 2001) i ci sertaniści doliczają się braku paru dzieci czy kobiet zabitych przez kacyków (caciques, wodzów plemienia). FUNAI ich dożywia, doucza, leczy, broni przed inwazjami kolonistów, zniechęca do zabijania kolonistów itp, itd. W Rondonii Indianie sami się podliczali, żeby wydusić od rządu jak największe obszary rezerwatów. To ważne dla nich, bo potem mogą (a inni nie mogą) podpisywać np. umowy z handlowcami z UK na dostawę tylu a tylu drzew mahoniowych czy innego typu...

Czasami dziwnie bywa z Indianami z obszarów miejskich, z peryferii. Słyszałem kiedyś w programie radiowym kobietę z faweli w Salvador (Bahia) mówiącej zwykłym portugalskim: przyjechali do nas ludzie z uniwersytetu, pomierzyli nas, pobadali i powiedzieli, że my jesteśmy Indianie z grupy Tupi-Guarani. No jak jesteśmy, to jesteśmy, a co mi tam.