Słowa w ordynku. Słowa w ataku i w obronie. Pomieszane. Refrakcja słów w stali i w wodzie. Odbicia słowne i zwidy. Ład i gładkość. Spazmy i erupcje. Kojący wpływ soku z passion fruit. Od rzeczy i do rzeczy. Krótko mówiąc. Ostatnie słowo. Na początku był skowyt.
Blog > Komentarze do wpisu
Kulę zawsze warto czytać

Którego? Obu, oczywiście, Witolda i Marcina. W tej
chwili mam przed sobą tekst Marcina z roku 2006
i wyciągnę zeń urywek:

Komunizm bardzo chciał uogólnień. Nawet, gdy
w praktyce nie musiały to już być uogólnienia
marksistowskie, popierano zbiorowe działania
w kierunku tworzenia rzekomych syntez.
W rzeczywistości mało syntetyzujących myśli
znalazło się w tych dziełach. Raczej były to lepsze
lub gorsze kompendia, albo też worki pod nazwą
programów badawczych, służące do wrzucania
wszystkiego, co akurat było do wrzucenia. Cała ta
aktywność pączkowała biurokratyzmem z jednej
strony, a grą pozorów z drugiej. [...]

Dziś o jakichkolwiek teoriach, czy po prostu
odważniejszych uogólnieniach, prawie nie ma mowy.
Przynajmniej wśród historyków powstaje bardzo mało
oryginalnych syntez. Środowisko preferuje monografie.
Prawda, że powstało nieco udanych całościowych ujęć
problematyki poszczególnych epok i pewna liczba
ciekawych opracowań historii Polski - ale główny
syntetyzator na polskim rynku, Norman Davies,
spotyka się z mniejszym poparciem zawodowym niż
mógłby. Co istotne, w większości tych syntez wykład
zorganizowany jest zgodnie z osią chronologiczną –
podczas gdy prawie nie ma syntez problemowych.

Rymuje się to dość dokładnie z opisem zjawisk ze
świata matematyki. I chyba wszelkich nauk. Marcin
Kula trochę wdaje się w szukanie odpowiedzi na temat
„dlaczego”, ale nie wspomina (może przez grzeczność
w stosunku do swego otoczenia) fenomenu masowości.
Gdy jednego uczonego zastąpiło stado naukowców
a pasję, pożądanie wiedzy (studium to zapał, pasja)
– potrzeba posiadania publikacji, spłaszczenie
nauki musiało nastąpić. Uczeni istnieją, ale walczą
o przeżycie. Zasadzką dla nauki okazało się masowe
nauczanie w tradycyjnym systemie więzi badań
i dydaktyki. Przeglądając tomy pism matematycznych
z XIX wieku  widzę mnóstwo memoriałów i studiów.
Nawet przyczynki (contributions) mają wymiar słonia.
A teraz lista autorów stanowi 10% długości artykułu.

Miewam ochotę odejść od systemu na rok czy dwa, by
pomyśleć co może się z nim stać. Od środka nie widać
tego i wszystko wydaje się niezmienne. Ale nie jest.
Martwi mnie, że nie widzę jakie jest. Hmmm, w tej
chęci wiedzy jest optymistyczne nastawienie, że
warto widzieć. A skąd niby ta wiara?

środa, 26 marca 2008, andsol-br
TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2008/03/28 15:54:32
ta konieczność posiadania publikacji to jest coś, co mnie irytuje szczególnie. Ale nie daję się, powolutku działam po swojemu. Wolę się pasjonować niż produkować;)
Że Ty jesteś pasjonatem, to widać jak na dłoni:)
powiedz, czy da się dziś odejść od systemu? chyba trudno (pewnie jak zawsze)
-
2008/03/28 16:36:54
Ale jak możesz nie dać się? Albo wyhabilitują człowieka albo go wywalą... Taki pakt jednorodności...

Na moim pólku hasa paru wesołych i niezależnych harcowników. Mają gdzieś Akademię, niektórzy bywają na oficjalnych kongresach, inni miewają kontakt z alternatywnymi instytutami. Kluczowe słowa i nazwiska: Tony Smith, Keith Brown (www.mathpages.com), www.santafe.edu . Ale (jak zawsze w świecie) niezależność łatwiejsza jest u zamożnych i u zwariowanych.
-
2008/03/28 18:48:34
w rzeczy samej...
ubogim wariatom trudniej;) nie daję się - czyli mam jedną-dwie publikacje rocznie, zamiast 5 czy 10, jak niektórzy kilerzy u nas. Taki zgniły kompromis;) ale gdyby zsumować strony, to tak w tyle nie jestem, chyba...
jak przeżyję tę habilitację (niby mam jeszcze trochę czasu), to będę pić przez tydzień i zrobię imprezę na 50 osób, i w ogóle