Słowa w ordynku. Słowa w ataku i w obronie. Pomieszane. Refrakcja słów w stali i w wodzie. Odbicia słowne i zwidy. Ład i gładkość. Spazmy i erupcje. Kojący wpływ soku z passion fruit. Od rzeczy i do rzeczy. Krótko mówiąc. Ostatnie słowo. Na początku był skowyt.
Blog > Komentarze do wpisu
5 stron Gombrowicza

Przesadzam, niecałe 5 stron. Tylko w niedzielę tak długi tekst ma szanse upolować czytelnika. Zeskanowałem te urywki Wspomnień polskich (wydanie Instytutu Literackiego, Paryż 1977, str.161-166) gdy ktoś usiłował oddalić Gombrowicza od młodzieży szkolnej i deklarował się on jako przyjaciel Żydów, więc naturalnie pytano się tu i tam czy Gombrowicz był Żydem. Zeskanowane urywki mówią co miał on z Żyda.

Żydzi tak swoistą i wybitną mieli rolę w rozwoju polskim owych lat, że przemilczeć ich nie można. Mnie od wczesnej młodości do nich ciągnęło, lubiłem ich żywość intelektualną, niepokój duchowy, ich krytycyzm i racjonalizm, a zarazem niejednokrotnie dostarczali mi wspaniałych uciech, gdyż byli zasobni w słabości i śmiesznostki.

Mogłoby się zdawać, że moje pochodzenie szlachecko- ziemiańskie musiało we mnie zaszczepić antysemicki kompleks. Nic podobnego! W mojej rodzinie przynajmniej antysemityzm uważano za objaw ciasnoty umysłowej i nikt z nas nie był wrogo usposobiony do Żydów, choć może pozostały nam pewne przesądy natury towarzyskiej... A w ogóle ten antysemityzm szlachecki nie był groźny: potępiano „rolę destrukcyjną” Żydów, ale każdy szlachcic miał swojego starozakonnego, z którym godzinami wiódł na ganku tajemnicze rozmowy, świadczące o ustalonym od wieku współżyciu.

Jeden z moich kuzynów, obdarzony poczuciem humoru nierzadkim wśród ziemian, rozmawiał ze swoim Izraelitą nie na ganku, a z balkonu pierwszego piętra – aby z góry grzmieć do kupca stojącego przed domem: – No co tam Mojżesz mi powie?! – Przypuszczam, że niejednemu to się wyda typowym objawem szlacheckiego zadęcia, ja jednak uważam tego mojego kuzyna, robiącego z siebie dumnego pana, a z kupca biednego „Mojsze”, za wcale głębokiego dowcipnisia – bo on tyleż z siebie kpił, co z Żyda, obracając w groteskę sam stosunek szlachty do Żydów.

W szkole niewiele miałem styczności z Żydami, gdyż była to szkoła arcykatolicka i konserwatywna. Jeśli uczęszczali do niej Żydzi, to tylko ze sfery plutokratycznej, garnącej się do arystokracji i zalatującej intensywnym snobizmem. Ci chłopcy byli dobrze ubrani, mieli pieniądze, uprawiali eleganckie sporty jak np. tenis, odznaczali się ogładą, jaką dają częste wyjazdy za granicę – a jednak dość było zbliżyć się do nich, wniknąć nieco w ich dom, rodzinę, aby cała ta pozorna elegancja zaczęła pękać na szwach ukazując nieprzyjemne i śmieszne kulisy. Miałem też kilku wujów, ożenionych z takimi Żydówkami z plutokracji, ale rzadko ich widywałem – o ile pamiętam, tak na oko te moje ciotki wyglądały przyjemnie i nawet dystyngowanie.

Dopiero na uniwersytecie zbliżyłem się do środowiska semickiego i od razu odkryłem jego odrębność, w której mogłem nieskończenie swobodniej się poruszać, gdyż miała w sobie coś szalonego i wymykającego się kontroli... Odtąd moja przyjaźń z Żydami zaczęła kwitnąć i doszło w końcu do tego, że w Ziemiańskiej nazywano mnie „żydowskim królem”, gdyż wystarczało abym zasiadł przy stoliku, a już ściągały doń rzesze Semitów; to byli wówczas najwdzięczniejsi moi słuchacze. Czy jednak tylko swoboda i śmiałość intelektualna tak mnie przyciągała w Żydach – czy ta skłonność moja nie miała bardziej specyficznego podłoża? Długiego czasu potrzebowałem i kilku napisanych książek, aby zdać sobie sprawę – co nastąpiło dopiero w ostatnich latach przed wojną – że ja poniekąd miałem z nimi jedną rzecz wspólną, a mianowicie – stosunek do formy.

Żydzi są narodem tragicznym, który w ciągu wieków wygnania i ucisku uległ wielu wypaczeniom – nic przeto dziwnego, że forma Żyda, jego wygląd, jego sposób bycia, wyrażania się, nieraz zalatuje groteską – brodaci chałaciarze z gett, ekstatyczni poeci z kawiarń artystycznych, milionerzy z giełdy, wszyscy byli w tym czy w owym groteskowi, prawie niewiarygodni, jako zjawisko... A że Żyd jest inteligentny, więc to czuje – czuje, ale nie umie się z tej złej formy swojej wyzwolić – i stąd się bierze, że oni tak często siebie samych odczuwają jako karykaturę, dziwny dowcip Stworzyciela. Ten napięty stosunek Żyda do formy, to że ona tak ich dręczy, albo śmieszy, albo poniża, to że Żyd nigdy nie jest sobą w stu procentach, jak będzie sobą chłop, czy szlachcic, o formie po pokoleniach odziedziczonej, z którą się zrósł doskonale, to że Żyd zawsze musi być jakąś kompromitacją formy i jej katastrofą – to wszystko mnie w nich urzekało. Gdyż do tego ja dążyłem w mojej sztuce – do uwydatnienia zmagań człowieka z formą, żeby on pojął jej tyranię i walczył z jej przemocą.

Były to sprawy wówczas prawie nie do pojęcia dla ludzi z mego środowiska, którzy ruszali się, mówili, myśleli, czuli w trybie raz na zawsze ustalonym, po przodkach odziedziczonym. I dopiero gdy wojna i rewolucja przełamały ten rytuał i jęły ugniatać ludzi jak lalki woskowe, a wszystko co wydawało się wieczne okazało się kruche i zwiewne, te moje idee nabrały siły. Ale ja już poprzednio dostrzegałem, jak często w odniesieniu do Żydów właśnie te suwerenne i dumne maniery ludzi mojej sfery załamywały się w sposób godny pożałowania. Żydzi wydawali się elementem kompromitującym, wobec którego nie można było właściwie się zachować.

Ileż razy byłem świadkiem takich kompromitacji, żałosnych, bolesnych!

Następują tu linie (cała strona tekstu), które pojawiły się już na blogu gdy pisałem o Krystynie Skarbek.

Kiedy wstąpiłem na wydział prawny uniwersytetu warszawskiego – było to w roku pańskim 1923 – ruch nacjonalistyczny i antysemicki wśród młodzieży był daleki od smutnych rekordów, osiągniętych na krótko przed wojną. W ciągu całego mojego pobytu na uniwersytecie nigdy nie zdarzyło mi się być świadkiem wybryków antysemickich – ale, co prawda, rzadko na uniwersytet zaglądałem, ograniczając się do studiowania w domu, ze skryptów.

Od razu zawiązałem bliższe stosunki z kilkoma kolegami semickiego pochodzenia, z którymi przygotowywałem się do egzaminów. Był to pierwszy mój intelektualny kontakt z Żydami. Uderzyło mnie, przede wszystkim, jak bardzo ci koledzy różnili się od Aryjczyków pod względem informacji o świecie i ludziach. Moje rozmowy z Aryjczykami były spokojne i na ogół niczego się od nich nie dowiadywałem, czego bym sam już nie wiedział – tak bardzo dysponowaliśmy tymi samymi źródłami informacji w postaci gazet, książek, komentarzy rodzinnych etc. A od Żydów dowiadywałem się, na przykład, o możliwości kryzysu w Stanach, o perspektywach trockizmu, o poecie Przybosiu – rzeczach nieraz zupełnie egzotycznych, jakby ci Żydzi mieli osobną, własną prasę. Robiłem sceptyczną minę i udawałem, ze niewiele mnie to obchodzi, ale naprawdę nadstawiałem ucha wyczuwając że to sprawy wcale nie błahe.

Ci koledzy Żydzi od razu powzięli do mnie sporą sympatię. Wydaje mi się, iż sekret mego powodzenia u Żydów na tym polegał, że nie robiłem żadnych koncesji, przedziwnie nawet z wrodzoną przekorą akcentowałem w sobie wszystkie moje cechy aryjskie, wiejskie, szlacheckie. Już znacie tę moją politykę... Otóż Żyd, moim zdaniem, ma słabość do szlachcica polskiego, gdyż szlachcic go śmieszy, bawi, gdyż wobec szlachcica on sam czuje się bardziej Żydem, czyli sobą, i to pozwala mu istnieć barwniej, intensywniej. Jeśli tedy, jak w tym wypadku, nie kryła się w tej gierce mojej żadna antypatia, czy duma, owszem, raczej uznanie, rozpoczynała się pomiędzy mną a nimi doskonała zabawa, polegająca na wzajemnym rozkoszowaniu się odrębnością – a że oni mają rozwinięty zmysł humoru, więc nie trudno mi było dostrzec jak w ich oczach zapalała się iskierka dowcipu gdym do nich podchodził. Bawiliśmy się w szlachcica i Żyda, zabawą przezwyciężaliśmy ten palący problem lepiej, niżby tego mogły dokazać pedantyczne deklaracje równości i inne tym podobne inteligenckie „postępowe” wywody.

Ale na dobre pokumałem się z nimi dopiero gdym wszedł w literaturę i rozpoczął conocne urzędowanie w kawiarniach artystycznych stolicy.

Wtedy już wyraźnie pokazało się, że istnieje pomiędzy nami związek duchowy wcale nie powierzchownej natury. Któż mnie popierał, któż o mnie walczył na terenie literackim, jeśli nie oni? Któż pierwszy odważył się rzucić cały swój entuzjazm na szalę wzbierającej dyskusji o „Ferdydurce”, jeśli nie wielki i nieodżałowany mój przyjaciel, Bruno Schulz? Któż mnie torował drogę w Polsce przedwojennej i powojennej, jeśli nie Artur Sandauer? A na emigracji – kto mnie popierał poza Józefem Wittlinem? Żydzi zawsze i wszędzie byli pierwsi w zrozumieniu i odczuciu mojej pracy pisarskiej. Tak wyraźnie to się zaznaczało, iż czasem zastanawiałem się, czy we mnie jaka kropla ich krwi nie płynie – ale cóż, jestem blondyn i nos mam słowiańska a też żadnego przodka Izraelity po najdalszej kądzieli doszukać się nie mogłem. A jednak – może dlatego, że po matce wywodziłem się z rodziny zasobnej w rozmaite aberracje psychiczne – miałem w sobie cos z ich dekadencji i ich rozumu.

Nigdy wszakże moje stosunki z Żydami intelektualne, czy nawet duchowe, nie wchodziły na tory osobistej przyjaźni. Schulz był mi osobą niezmiernie bliską, godzinami rozprawialiśmy na temat pasjonujących nas zagadnień sztuki, a przecież z pierwszym lepszym pociotkiem ze wsi byłem stokroć bardziej zżyty, mnie egzystencja prywatna Schulza nie interesowała, był dla mnie świadomością i wrażliwością in abstracto.

Kiedyś Lechoń podczas jednej ze swoich wizyt w Polsce – bo on był wtedy attaché naszej ambasady w Paryżu i mieszkał stale we Francji – przypadkiem usadowiwszy się przy sąsiednim stoliku w kawiarni a miał sposobność wysłuchania jednego z moich dialogu z Semitami, którzy wówczas stanowili gros mego audytorium.

Nazajutrz spotkałem się z nim, gdyż chciał pomówić ze mną o „Ferdydurce”. – Słyszałem wczoraj, jak pan atakuje żydowska naiwność – rzekł.

To mnie zastanowiło. Lechonia bardzo mało znałem, tu chyba była pierwsza moja rozmowa z nim w cztery oczy – zapytałem więc, co chce przez to powiedzieć.

– Widzi pan, ja z Żydami jestem za pan brat – tak mniej więcej wyglądała jego odpowiedź – i ze mnie spec od żydologii taki, że mógłbym traktat napisać. Ci co Żydów nie znają, myślą że oni są chytrzy, przewrotni, wyrafinowani, zimni – a dopiero trzeba naprawdę z nimi beczkę śledzi zjeść, żeby wiedzieć, że oni są naiwni. Ale cała rzecz w tym, że to jest naiwność doczepiona do chytrości a także romantyzm (bo są bardziej romantyczni od Szopena) doczepiony do trzeźwości, oni są, uważa pan, naiwnie nienaiwni i romantycznie trzeźwi.

Ta formuła wydała mi się nieco za wygodna i zaprotestowałem, ale mi przerwał:

– Panie, wczoraj słuchając jak pan z nimi się drażni od razu pomyślałem sobie: no, ten im szkołę daje! Ten się dobrał do ich achillesowej pięty!

Nie bez nieufności odnosiłem się do takich komplementów Lechonia, gdyż miałem go za człowieka dosyć fałszywego. Ale uderzyła mnie trafność tej obserwacji, zarówno jeśli idzie o ogólną charakterystykę Żyda, co o sens ukryty mojej z nimi polemiki. Tak, to nie chłód intelektualny mnie w nich raził, a właśnie naiwność z jaką pozwalali aby intelekt im imponował... ten podziw ufny, prawie dziecinny, dla racji naukowej, dla teorii, doktryny i wreszcie dla kultury w ogóle. Ci groźni destruktorzy i rewolucjoniści byli przeważnie dziecięco dobroduszni, dość było poskrobać, aby odkryć marzycielstwo, pełne wiary prawie mistycznej – ich ostrość dziwnie łączyła się z miękkością. Tak gołębich natur, jak niektórzy z tych cyników, nigdy nie zdarzyło mi się oglądać. I ja rzeczywiście znęcałem się, jak mogłem, nad ich naiwnością, cała moja taktyka polegała na odwróceniu ról – aby oni stali się romantykami, nie ja.

niedziela, 09 marca 2008, andsol-br
TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2008/03/09 09:39:16
Przeczytałem z zainteresowaniem, choć nie jestem wielbicielem Gombrowicza.
Przydało by się jednak, przynajmniej raz na tydzień, trochę tego tematu, który mnie tu przyciągnął - czyli matematyki. Ostatnio autor trochę od niej stroni...
Pozdrowienia
-
2008/03/09 14:02:40
Fuuu, przeczytałam, choć absolutnie nie mam czasu:( Co więcej, przeczytam cały tom wkrótce, bo nie czytałam dotąd. Dwie rzeczy w tym "niedzielnym czytaniu" zajęły mnie szczególnie:
1. "Bawiliśmy się
w szlachcica i Żyda, zabawą przezwyciężaliśmy ten
palący problem lepiej, niżby tego mogły dokazać
pedantyczne deklaracje równości i inne tym podobne
inteligenckie postępowe wywody". Zobacz, jak wiele tracimy, ulegając politycznej poprawności, temu na siłę deklarowaniu równości (choć może wskazując taką łączność, robię zbyt duży skrót myślowy i w efekcie wypaczam sens tego, co Gombrowicz chciał powiedzieć). Bo dziś to jest jednak niezbędne, ta dbałość o słowa i nietykanie, nawet przesadne podkreślanie szacunku do inności - świat okazał się w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat zbyt brutalny, by móc sobie pozwolić na porzucenie "inteligenckiej postępowości". Całe życie pedantycznie deklaruję równość, bo słowa mają wielki ciężar, nie chcę zadawać bólu i ranić, bo chcę rozmówców bronić. A zapominam, że Forma ma swoje złe strony, ale i swoje prawa. To takie proste, pogrążyć się w formie i mieć spokój. Cała Dorosłość i Funkcjonowanie w Społeczeństwie wydaje mi się jednym wielkim Popadaniem w Formę. Najczęściej bezrefleksyjnie i tępo, z tendencją do obcinania tych, co popaść nie chcą. W imię świętego spokoju i Normalności tak zwanej.
2) "Tak, to nie chłód intelektualny mnie w nich
raził, a właśnie naiwność z jaką pozwalali aby
intelekt im imponował... ten podziw ufny, prawie
dziecinny, dla racji naukowej, dla teorii, doktryny
i wreszcie dla kultury w ogóle". - ja mam coś takiego od zawsze, większość moich prywatnych wyborów życiowych z tym była związana, ale nigdy wcześniej nie umiałam tego ująć w słowa. I proszę, Gombrowicz zrobił to już dawno temu. Boże, pora wyjść z historycznego zaścianka i czytać, czytać...
3) dziś gejostwo (lesbijstwo chyba mniej) pełni podobną rolę - w sensie czynnika wywrotowego, burzącego spokój Zwolenników Jedynego Słusznego Ładu;) vide: większość tyrad Giertycha...
To Cię napadłam refleksjami, drogi Andsolu! ;)
a na prezencik czekam z ciekawością i cierpliwością. pozdrawiam
-
2008/03/09 17:41:09
Kiedyś to człowiek był Żydem, szlachcicem, chłopem, mieszczaninem, identyfikował się i od razu wiedział (i on i inni), czego się spodziewać. Dziś wszyscy na siłę jesteśmy indywidualistami, niezależnymi, ponad itd. Ma rację 'kabiria': polityczna poprawność, wymuszona, nienaturalna 'równość' wszystkich nas spłaszcza, ujednolica, bledniemy, bledniemy... Znikniemy?
-
2008/03/09 20:32:16
Jeżeli Gombrowicz wiernie relacjonował swoje obserwacje, a nie np. jakieś swoje chciejstwa, to (chociaż one są robione z nieznośnie niedzisiejszej perspektywy) jest w nich coś ciekawego. Mianowicie w tej obserwacji, jakoby Żydzi nie brali na serio swojej "roli społecznej", podczas gdy Polacy naiwnie oddawali się ciałem i duszą swoim "rolom". Tak bardzo, że aż wydawało im się, że te role są im z mocy prawa naturalnego przydzielone. Jeśli tak rzeczywiście było, to ówcześni Żydzi mieli o wiele więcej wspólnego z ludźmi dzisiejszymi, niż ówcześni Polacy. Dziś każdy bardziej zdaje sobie sprawę z umowności roli, którą gra.

Ciekawostka, że podczas gdy wtedy głównie chodziło o zmierzch ról serwowanych przez feudalny podział społeczeństwa na klasy, to obecnie to poczucie umowności dotarło do głębszych pokładów - mianowicie ról płci.
-
Gość: , 078088009196.bialystok.vectranet.pl
2011/02/09 00:15:10
ale jaja czytacie zydow.






PT KOMENTATORZY, wiedzcie: wyrzucam (prawie) wszystkie komentarze gdy link z ksywki prowadzi do działań komercjalnych. To jest blog psa ogrodnika: sam nie zarobię tu i innym nie pomogę.