|
Blog > Komentarze do wpisu
Rachunkowość
Urywek Rozdziału XXV wspomnień „Broniąc nieba”
Bolesława Gleichgewichta. Bywaliśmy często wykorzystywani do robót na rzecz miasta bądź brygady. Któregoś razu posłano pluton Pierierwina do wielkich składów artyleryjskich [...] Kierował naszymi pracami starszyna z działu zaopatrzenia artyleryjskiego brygady. Objaśnił nam nasze zadanie. W składach zmagazynowana jest rezerwa pocisków naszej brygady. Są tam także składowane oddzielnie zapalniki do pocisków 85 mm. Mamy wybrać spośród nich te, które powinny być odesłane do naprawy bądź renowacji. Kryterium selekcji było następujące: na zapalniki są nakręcone ochraniające je pokrywki metalowe (po rosyjsku „kołpaczki”). W końcowej części gwintu znajduje się nić kontrolna. Jeśli jest zerwana – zapalnik uważa się za uszkodzony. Część zapalników magazynowano luzem, część z nich znajdowała się w metalowych pudłach – po cztery w jednym, zamkniętych hermetycznie. Najwięcej zaś było w zaplombowanych drewnianych skrzyniach, z których każda zawierała cztery wspomniane pudła metalowe, a więc razem szesnaście zapalników. Energicznie zabraliśmy się do roboty, chcąc ją jak najszybciej zakończyć. Wynieśliśmy na dziedziniec oczywiście tylko te zapalniki, które magazynowano luzem. Selekcjonowanie szło nam dość łatwo. W wątpliwych przypadkach zwracaliśmy się do starszyny, zawsze kwalifikował takie zapalniki jako nadające się do remontu i trudno się było temu dziwić. Zaczął wiać tak dobrze nam znany bakijski wiatr. Podniosły się tumany kurzu, piasek zasypywał nam oczy. Pracować w takich warunkach było niesposób, musieliśmy wrócić do pomieszczenia. Siedliśmy na glinianej podłodze, nad nami wznosiły się stelaże ze skrzyniami pocisków. Robota szła szybko i wkrótce ją zakończyliśmy. – Policzcie zapalniki zakwalifikowane do remontu – powiedział starszyna. Policzyliśmy, było ich nie tak już wiele. – Wiecie co – rzekł starszyna. – Te pozostałe też są podejrzane. Warto by je także odesłać do warsztatów naprawczych. – Nie rozumiem, po co w takim razie była potrzebna selekcja. Można to nam było od razu powiedzieć. Oprócz tego mają one w porządku nić kontrolną, więc zgodnie z podanym kryterium są dobre. – Właśnie, i dlatego będziemy zrywali nić. – Przecież to jest nonsens – zaoponowałem. – Nie mędrkujcie sierżancie, ja tu rozkazuję, a wy z waszymi ludźmi macie moje rozkazy wykonywać. Aby zerwać nić należało choć trochę odkręcić „kołpaczok”. Robiło się to przy pomocy specjalnego klucza. Na ogół pokrywki łatwo ustępowały, po czym zerwanie nici było już tylko czczą formalnością. Niektóre jednak w żaden sposób nie poddawały się naszym wysiłkom. – Co robić z tymi zapalnikami? – spytałem. – Niech jeden żołnierz trzyma mocno w rękach zapalnik przyciskając go do stołu a drugi założy na pokrywkę klucz i trzymając go jedną ręką bije w niego młotkiem. – Co? – zawołaliśmy niemal chórem. – Przecież to są zapalniki. Jeśli taki detonuje, rozerwie człowieka. Mało tego, mogą wylecieć w powietrze składy, a z nimi chyba pół miasta. – Po pierwsze bijcie ostrożnie i nie w zapalnik lecz w klucz. Po drugie bijecie przecież w płaszczyźnie prostopadłej do osi pocisku, co w zasadzie wyklucza możliwość detonacji. Po trzecie wiecie chyba, że zapalnik ma bezpiecznik, który zwalnia iglicę dopiero po wystrzeleniu pocisku. Nie ma więc mowy o niebezpieczeństwie. – Towarzyszu starszyno. Nawet największa ostrożność i właściwy kierunek uderzeń młotkiem nie wykluczają przypadku. Co zaś tyczy się bezpiecznika, to ogólnie rzecz biorąc, macie rację, ale czy nie może się zdarzyć, że na tysiąc zapalników jeden ma zepsuty bezpiecznik? A wystarczy przecież na niego trafić, aby doszło do wielkiej tragedii, której ofiarami będziemy nie tylko my. – Nie gadać tylko wykonywać rozkaz, koniec i kropka. Zimny pot nas oblewał, gdy wzięliśmy się za bicie młotkiem. Wspomniałem po latach tę historię i uczucie, którego przy tym doznawałem, gdy oglądałem głośny film „Cena strachu”. Gdy zepsuliśmy już wszystkie będące luzem zapalniki, starszyna rozkazał wziąć się za te, które były w metalowych pudłach. Pomyślałem, że zwariował albo uprawia sabotaż. – Przecież znajdują się w hermetycznie zamkniętych pudłach! Są więc na pewno dobre. – Nie wasza sprawa, ja za to odpowiadam. – l za nasze życie też? – Jestem razem z wami. Nic się wam dotąd nie stało i nie stanie. Otworzyliśmy wszystkie pudła, które nie znajdowały się w skrzyniach i wzięliśmy się za psucie zapalników. I znów niektóre pokrywki nie poddawały się i znów drżąc ze strachu musieliśmy używać młotka. Gdy skończyliśmy z pudłami, starszyna kazał nam otworzyć kilka skrzyń, zrywając z nich plomby. Zaczęliśmy się awanturować, ale to nie pomogło. – Jak dojdziecie do liczby 219 zapalników potrzebujących naprawy, przerwijcie – powiedział starszyna. Nic z tego wszystkiego nie rozumiałem. Wykonaliśmy „normę” i pojechaliśmy do Czemberkendu. Po drodze zapytałem starszynę, o co tu właściwie chodziło. – Widzisz – zaczął nieco się ociągając – dzisiaj z rana zadzwonił do mego szefa, naczelnika zaopatrzenia artyleryjskiego brygady, inżyniera-kapitana Jegorowa, jego przełożony, naczelnik artyleryjskiego zaopatrzenia armii, inżynier-major Brün i zapytał go, czy ma zapalniki potrzebujące remontu. Jegorow odpowiedział, że tak, a Brün spytał, ile. Kapitan nie wiedział ile, ale nie chciał się do tego przyznać, bo co to za naczelnik, który nie wie, co się u niego dzieje w gospodarstwie. Gdyby podał liczbę mniejszą od rzeczywistej, skompromitowałby się przed Brünem, podał więc na wszelki wypadek nierealnie dużą. A co z tego wyszło – widziałeś. poniedziałek, 11 lutego 2008, andsol-br
TrackBack
|
|