Słowa w ordynku. Słowa w ataku i w obronie. Pomieszane. Refrakcja słów w stali i w wodzie. Odbicia słowne i zwidy. Ład i gładkość. Spazmy i erupcje. Kojący wpływ soku z passion fruit. Od rzeczy i do rzeczy. Krótko mówiąc. Ostatnie słowo. Na początku był skowyt.
Blog > Komentarze do wpisu
Sędzia liniowy
Z dawno temu czytanej znanej opowieści Ossendowskiego
„Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów” utkwił mi w pamięci
przepis na zachowanie przez długi okres ognia, powoli
wypalającego od wewnątrz przystawione do siebie długie
kłody. Wydawało się niewiarogodne okiełznanie na całe
miesiące, niewidzialnie na zewnątrz, tej siły natury.

Ale takie zjawiska są powszednie w świecie idei. Ile
to pojęć zachowuje od tysięcy lat zdolność wzniecenia
pożaru przy wygrzebaniu się ze skorupy słów... Nasza
sztuka dyskusyjna dotarła do poziomu sublimacji, gdzie
nie musimy mordować adwersarzy, ale temperatura nigdy
nie obniża się i zawsze czujemy możliwość wybuchu.

Dlatego doświadczone nieco istoty nie wdają się zbyt
chętnie w pewne dyskusje, które chyba dziś czy jutro
nie zakończą się, skoro nie uczyniły tego w ciągu
paru tysięcy lat. Ale są młodzi ludzie, chętni swój
nadmiar sił na argumenty przekuć, a także starsze
istoty, odporne na doświadczenia, i to grono zawsze
do dyskusji wraca. Oglądać kolejną potyczkę z zawartymi
ustami też człowiekowi trudno przychodzi, bo nie w tym
rzecz, by poglądów nie miał, ale wie, że nie w taki
sposób ich słuszności dowieść się uda. Więc co robić
gdy o prawicy i lewicy dyskutują i maczugami machają?

Wydawało mi się, że użyteczną rolę odegram gdy na
siebie uniform sędziego liniowego nałożę. Tym chętniej
za to się wziąłem, że w niekończących się
konfliktach
lewicy i prawicy, tradycji i odnowy, konserwatyzmu
i reformowania, prawie zawsze mam ochotę obu
stronom oddać rację. Oczywiście wysłowienie i duch
argumentu się zmienia, dziś nie da się za Arystotelesem
czy Tomaszem z Akwinu powtórzyć, że jedni są stworzeni
na niewolników a drudzy na panów, ani też pomysły
wczesnych socjalizmów powielać, że wszyscy i zawsze są
dokładnie tyle samo warci. Ale przyssanie się do jednej
tylko pozycji wydaje mi się sporym nieporozumieniem.
Myślę, że jakaś osoba mogła konsekwentnie i sensownie
być antykomunistą w peerelu i socjalistą w dzisiejszej
Polsce. Pojęcia są jak barwy, sąsiedztwo zmienia ich
wygląd.

Gdy napisałem parę uwag zatytułowanych Wędka i mucha,
zamierzałem uzmysłowić dyskutantom, że wysłowienia,
będące racjami indywidualnymi stają się absurdem, gdy
traktowane są jako racje ogólne, wymierne statystycznie.
Znane od wieków parabole o rybie i wędce, o musze (czy
też o myszce) i śmietanie, na pewno niosą posłanie godne
uwagi – i na pewno to posłanie traci sens jeśli przedłożone
jest ludzkim masom w warunkach, na które one nie mają
żadnego wpływu.

Chyba nie wykonałem dobrze podjętego zadania, skoro
wywiązała się dyskusja. Miało jej nie być, a pojawiła się.
Krzysztof podał kontrargumentację i widzę, że moje
rozróżnienie na świat indywidualnych przypadków
i świat globalnych zjawisk nie stało się jasne co najmniej
dla jednego czytelnika. Spróbuję więc jeszcze raz
opowiedzieć to samo, ale w inny sposób. Przedtem
wyjaśnię czemu nie mogę zgodzić się z Krzysztofem
gdy pisze o procesie katastrof i przemian jak gdyby
były to siły natury – i gdy odrzuca opcję „rozwiązań
od góry”. Otóż wszystko wskazuje na to, że polską
tragedię podziału rodzin na część krajową i na część
z emigracji, masowe bezrobocie, niesamowite bogacenie
się jednych i błyskawiczny zjazd w nędzę innych, nie
spowodowały siły natury ale sprzężenie chciwości oraz
podłości jednych z głupotą i niekompetencją drugich.
Nie było żadnego prawa przyrody, że w tym samym
miesiącu w tym samym mieście muszą być zamknięte
cztery duże fabryki. Znam okoliczności zamykania
z czwartku na poniedziałek sporych instytucji w taki
sposób, że mętne interesy były całkiem oczywiste. No
i teraz wszyscy płacą za winy tych kilku tysięcy
spryciarzy. Spadł nam na głowę problem rosyjskiego
agenta przebranego za zbawiciela pustych kościołów,
zapłaciliśmy już przedsmakiem dyktatury nienawiści
i żółci, konsekwencji masowej dezorientacji, mieliśmy
lata bełkotu półidiotów z poselskimi i senatorskimi
dyplomami, którzy tak bardzo mechanizmów społecznego
życia nie znali, że nawet nie wiedzieli, że to oni
mieli nimi sterować i zwalali odpowiedzialność na Pana
Boga (który nie miał chyba winy za ich pazerność
i nikczemność). Więc nie zwalajmy winy na niewidzialne
siły sterujące niewidzialnymi procesami; wystarczy
zrobić zestawienie magicznie rozmnożonych fortun
z ostatnich kilkunastu lat, rosnących w rytmie nie do
powtórzenia w uczciwych państwach i będziemy wiedzieli
jakie to siły i jakie były w użyciu narzędzia.

Dość tej tyrady. Proponuję inny model, w którym nie ma
niczego o wędkach i śmietanie. Przypomnijmy sobie
dziecięcą zabawę w muzyczne krzesło. Normalnie jest
o jedno krzesło za mało i ktoś ujawnia, że ma naturę
fajtłapy i stoi. Inni siedzą i się śmieją.

Wyobraźmy, że nie bawi się w to kilkanaście osób, ale
parę tysięcy w wielkiej sali balowej i brak jest kilku
krzeseł. Można opracować manuały dla zawodników
gdzie się ustawiać, jak krążyć, które ścieżki do biegu
sobie zaplanować. To ciągle jeszcze ma sens, jednostka
coś tam może.

Ale jeśli w hali jest trzydzieści tysięcy osób i tylko
dwadzieścia tysięcy krzeseł, masowe karambole, potyczki
i pyskówki są nieuchronne i to już nie jest zabawa, to
jest drwina ze zgromadzonych. To jest ta różnica między
szansami jednostki i szansami społeczeństwa.

Hasło „każdy jest kowalem swojego losu” nie było
przepisem na prywatny sukces, ale wyzwaniem, które
Oświecenie rzucało ustalonemu, sztywnemu układowi ról,
zaprzeczeniem wiary w predestynację, postulatem, by
zmieniać świat. I w tym sensie do dziś ma swą wartość.
Natomiast nic nie jest warte jako wskazówka, by radzić
sobie dzielnie w labiryncie, który ludzie w pośpiechu
i w bałaganie zbudowali, lecz nikt nie pamięta po co.

czwartek, 03 stycznia 2008, andsol-br
TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2008/01/03 08:22:11
Znalazlam jeszcze jedna strone,ktora sie odnosi do Ciebie:-)
-
2008/01/03 11:54:08
@Aniagra13: o, jak to miłe. Podeślij mi jej dane, proszę, to dołączę ją do podziękowań...

A mysz ostatnio strasznie poważna się zrobiła. Czy to wina Tuska, że teraz jest mało z czego śmiać się?
-
2008/01/08 17:16:35
Andsol, już od dobrych kilku dni wiem, że powinienem odpowiedzieć na tego posta, którego przecież napisałeś specjalnie dla mnie - dzięki.

Najpierw chciałem się wymówić brakiem czasu, ale właśnie słuchałem wywiadu z profesorem Geisslerem (specjalista od zarządzania czasem) i znowu uświadomiłem sobie, że mam tyle samo czasu jak każdy inny. Nie mniej i nie więcej. Wybacz więc, że dotychczas nie komentowałem tego posta, ale byłem zajęty innymi sprawami. No może troszkę czasu straciłem na wielokrotne przeczytanie Twego posta, tak aby tym razem go dokładnie zrozumieć. ;)))

W tej notce poruszyłeś olbrzymią gamę tematów. Postawiłeś mnie przed trudnym zadaniem skreślenia krótkiej i treściwej odpowiedzi.

Bardzo podkreślasz fakt, że jestem jedynym, który nie zrozumiał co chciałeś powiedzieć w poprzednim poście - "starsza istota odporna na doświadczenia". Przez moment miałem nawet wrażenie, że chcesz powiedzieć, że ze mnie jakiś straszny głąb, ale chyba nie o to Tobie chodziło?

Czy jednak jesteś rzeczywiście pewny, że tylko ja tego postu nie zrozumiałem? Faktem jest, że jako jedyny rozpętałem sporą dyskusję na ten temat. Dlaczego miało, jak piszesz, tej dyskusji nie być?

Sądzę również, że jest spora różnica pomiędzy niezrozumieniem, a innym zdaniem. Można przecież absolutnie dokładnie rozumieć co ktoś inny mówi, ale się z nim nie zgadzać.

Powróćmy może jednak do meritum sprawy. Otóż nie jestem tak całkiem pewien, że tutaj mocno różnimy się. Sądzę, że po prostu naświetlamy różne punkty na różnych poziomach, co sprawia wrażenie pewnej różnicy poglądów.
-
2008/01/08 17:22:54
Cd....

Spróbuję więc w krótkich słowach opisać mój punkt widzenia:

1. Pisałem o dynamice rozwoju społecznego - a nie o siłach natury - jako motorze przemian. Ta dynamika, napędzana rozwojem technologicznym, sprawia, że układy społeczne i ekonomiczne ulegają zmianom. Zmiany te są w ostatnim czasie coraz szybsze - od rolnictwa, przez przemysł i usługi do społeczeństwa informatycznego.
2. Rolą polityki jest w tej sytuacji popieranie tych przemian i umożliwianie ludziom, poprzez programy kształcenia i różne dofinansowania, przygotowanie się na te zmiany. A to dlatego, że środki produkcji w państwach kapitalistycznych nie są przecież państwowe. Nie można więc centralnie zaplanować, że w danym rejonie postawi się jakąś tam fabrykę. Można jedynie stworzyć atrakcyjne warunki dla inwestora, aby wybrał ten region.
3. Jednostka jednak w pierwszym rzędzie ponosi odpowiedzialność za swój los. To ona musi poprzez swą inicjatywę znaleźć dla siebie i swej rodziny optymalne warunki rozwoju. Dlatego uważam, że zawsze trzeba apelować do ludzkiej przedsiębiorczości, a nie mówić im - "poczekajcie aż ktoś przyjdzie i usunie ten bałagan".
4. Kluczowym pytaniem jest tutaj czy ludzie w danym rejonie powinni mieć zagwarantowane prawo do zatrudnienia? Czy jest to zadanie państwa? Otóż uważam, że żadne państwo kapitalistyczne tej gwarancji dać nie może. Ze względów wymienionych w punkcie 2.

To było spojrzenie ogólne. A teraz słów kilka do konkretnej sytuacji. Piszesz teraz o korupcji i masowym zamykaniu fabryk. Oczywiście i ja absolutnie nie popieram takiego postępowania. To już w zasadzie działalność kryminalna i jako taka powinna być ścigana przez odpowiednie organa. My, wyborcy, możemy jedynie poprzez wybór etycznie właściwszych ludzi próbować sterować ten proces we właściwym kierunku.

A na koniec przyjrzyjmy się temu fajtłapie. Wyśmienite porównanie! Z punktu widzenia tego fajtłapy nie sądzę jednak aby ta gra była zabawna. I to niezależnie od tego ile krzeseł brakuje.

Z jego, fajtłapy, punktu widzenia dzieje się coś niesprawiedliwego. On przecież nic za to może, że jest wolniejszy niż inni. A nawet jak temu konkretnemu fajtłapie się uda dopaść do krzesła ktoś inny przejmie jego rolę. I dla niego nie ma większego znaczenia czy takich jak on jest tylko garstka czy olbrzymia ilość.

Tak to już jest w społeczeństwie, że ktoś zostaje w tyle, ktoś jest ostatni. Ze społecznego punktu widzenia powinno ich być możliwie mało (tu zgadzam się w pełni z Tobą), ale ktoś zawsze nie nadąży. I tu znowu zadanie dla polityki, aby takim ludziom jednak umożliwić w miarę godziwą egzystencję. Jakąś ławkę dla nich przygotować albo coś w tym rodzaju.

Uf, dość. Zagmatwałem zapewne sytuację jeszcze bardziej? Ale tak to już jest. Problemy społeczne są to problemy ludzi i jako takie zawsze bardzo skomplikowane. ;o)
-
2008/01/09 04:33:32
Ty i głąb? No nie... Człowieku, przecież mam do Ciebie zakładkę u siebie, a przed wpisaniem kogoś bardzo długo myślę, bo to nie tylko znaczy, że cenię ów blog ale że jest spory stopień zbieżności z moimi przemyśleniami. (Mam na prywatny użytek listę ponad 50 naprawdę świetnych blogów, których jednak nie wstawię do zakładek, bo mnie to czy tamto w nich uwiera.)

Nie, gdybyś długo lub nigdy nie odpowiedział nie miałbym za złe. Blogi nie mogą i nie powinny mieć za wysokich marek na liście codziennych preferencji. Coś musi codziennie nie zmieścić się.

Jeśli podkreśliłem nadmiernie rozbieżności opinii z Tobą, to był błąd sztuki. Raczej wykorzystałem to, że wypunktowałeś nieporozumienia i mogłem wrócić do tematu z troszeczkę innym podejściem.

Tak, rozumiem, komplikacje dotyczące punktu 1 – mamy działania jednostek niby niezależnych, ale ów gradient dynamiki przemian faworyzuje pewne zachowania (prościej mówiąc, przy przechodzeniu z komunistycznego burdelu do jakiegoś kapitalizmu wszędzie było zatrzęsienie gnilnych much, więc coś jest w samym procesie). Czasami podziały między rządem i nierządem są delikatne, może wystarczyłby jeden areszt zbyt pazernych kolesiów z lat 90-tych, by znacznie przystopować ów proces. Może to tu są różnice między intelektualistą Havlem a elektrykiem Wałęsą...

Nie, zagwarantowanego prawa do zatrudnienia nie może być, to by była wylęgarnia nierobów. Ale zmiany spadające na społeczeństwo zbyt szybko musiały przynieść katastrofę. Wiem, że jest wiele takich wyznaczników technologicznych i zapewne możliwych do
uniknięcia. Na przykład, co komu szkodziło budować mieszkania o powierzchni 200 m2 - wtedy mogłyby ciągle żyć razem rodziny wielopokoleniowe, stryjkowie, babcie... Komuniści niszczyli tu rodziny tak sprawnie jak zachłanni kapitaliści, budujący klitki przyfabryczne. Dynamika procesu? Tak, ale czemu nie szukano alternatyw??

I tak dalej. Gdyby to było łatwe do zanalizowania i opisania w blogach, rzesze ekonomistów i socjologów by straciło pracę.

Cholera wie, może to i dobrze by było?
-
2008/01/09 13:28:34
Nie, nie róbmy tego i powiększajmy i tak sporej armii bezrobotnych! ;)