Słowa w ordynku. Słowa w ataku i w obronie. Pomieszane. Refrakcja słów w stali i w wodzie. Odbicia słowne i zwidy. Ład i gładkość. Spazmy i erupcje. Kojący wpływ soku z passion fruit. Od rzeczy i do rzeczy. Krótko mówiąc. Ostatnie słowo. Na początku był skowyt.
Blog > Komentarze do wpisu
Spokojna kość

O czym jak o czym, ale o znajomości liczb pierwszych w odległych czasach, czyli o początkach matematyki, można porozmawiać sine ira et studio?

Na pierwszy rzut oka to jest oczywiste. Ale jeśli powtórzyć pierwszy rzut oka, stanie się to, co zawsze się dzieje z uświęconymi oczywistościami: człowiek łapie się za głowę i myśli ilu tysięcy specjalistów trzeba, żeby wkręcić jedną żarówkę. Bo nawet znany i cytowany zwrot Tacyta jest rozumiany tak albo nie tak i H. W. L. Freudenthal ma jakieś o tym uwagi na dwie strony (ale nie poznam ich przez Sieć, bo nie mam dostępu przez JSTOR do The Classical Journal z 1944 roku), czyli nie będzie lekko. To umówmy się, że rozumiemy (i piszemy) owe sine ira et studio tak jak większość, czyli ma to znaczyć „bez gniewu czy pasji”. (Bo choć studium dziś cicho nam brzmi, to pierwsze znaczenie dotyczyło zapału, gorliwości.)

Więc myślimy o kości z Ishango. Po polsku wiele o niej nie myślimy, bo kilkanaście źródeł odklepuje tę samą litanię, że to jeden z najstarszych zabytków i nawet zabytku nie pokazuje. Co i tak jest sukcesem, bo można sobie wyobrazić ilustrowanie starej kości zdjęciem młodej Dody. A jak już pojawi się u nas ilustracja, to tak ta kość jest czyściutka jakby ostatnie 20 tysięcy lat spędziła w znanym napoju chłodzącym. A co gorsza, rozmnażają ją. Piszą o kościach. Czyli Zosia z profilu i z przodu to Zosie. Niezłe.

Szukamy informacji w innych językach. Okazuje się, że kość jest w brukselskim muzeum. Nie wnośmy stąd, że Ishango jest belgijską wioską: leży na terytorium dzisiejszego Konga. Ale skoro Belg Jean de Heinzelin ją odkopał, Belgia ma do niej prawo. Nasze szczęście, że nie Belgowie nam Biskupin odkopali.

My tu gadu, gadu, a kości jak nie ma tak nie ma. Więc proszę, oto obrazek z jadłospisu. Prawdziwa kość jest na talerzu w Brukseli.

szkic nacięć na kości

Że z Afryki się wzięła, czarny (czyli Afro-Amerykański) matematyk z Buffalo, NY, Scott W. Williams tyle jej znaczenia przypisał, że czytelnik może pomyśleć o niej jako o pomniku kultury. Może byłby, ale pomniki mają  święty obowiązek sterczeć nad powierzchnią. Ponadto, ostro pojechał z hipotezami o kobietach – pierwszych matematyczkach (no bo jeśli, jak znany specjalista od mikro-nacięć z prehistorii, Alexander Marshack, sugerował, że to jest półroczny kalendarz księżycowy, to oczywiście robiła nacięcia kobieta afrykańska, żeby mieć kontrolę nad swoim cyklem menstruacyjnym). W ten sposób zyskuje się życzliwość pewnych grup, ale inne grupy (jak moja, jednoosobowa) tracą dlań część sympatii.

Autor całkiem ciekawych stron o liczbach pierwszych, Chris Caldwell, ma jakiś prywatny uraz na tle tej kości, bo choć widzi wyraźnie nacięcia mające 11, 13, 17 i 19 kresek (wszystkie kolejne liczby pierwsze między 10 a 20) to upycha w ludzi takiego knota o liczbach do 30: „powiedzmy, że wybieramy losowo cztery dodatnie liczby całkowite. Wśród nich jest w tym zakresie dziesięć liczb pierwszych, dlatego prawdopodobieństwo, że wszystkie cztery są pierwsze wynosi 1/81”. Strasznie się tu zawziął i przez to nie brak sieciowych stron, które powtarzają jego mini-filipikę. A ja bym rzekł: jeśli rozważę zaledwie zakres między 11 a 20 to mam 2 szanse (liczby rosną albo maleją) wśród 10×9×8×7=5040 możliwości, czyli takie zdarzenie ma prawdopodobieństwo 1/2520. A może on nie zauważył, że te liczby stoją w naturalnym ordynku?

Rozbraja mnie pojawiający się tu i tam argument, że to nie mogło chodzić o liczby pierwsze, bo pojęcie liczby pierwszej wymyślili dużo później Grecy.

Na tym tle całkiem nieźle wychodzi Simon Singh, który jest dziennikarzem zainteresowanym nauką i w artykule nie udaje, że sam z siebie wie wszystko, a gdy coś cytuje, to mówi, że cytuje.

Wiele osób powtarza, że są podobne „matematyczne” starsze kości, sięgające 35 tysięcy lat, szczególnie kość z Lembombo, ale tyle opowieści o niej kontrastuje z brakiej choćby jednej jej fotografii...

A może zajmiemy się zaprojektowaniem prasłowiańskiej matematycznej kości? Zrobiona z lwiego golenia (bo lwy nam po Mazowszu hasały) i mająca całkiem inny ciąg, np. 1, 2, 4, 8, 16? Przecież Polak Potrafi! A potem  zakopać, odkopać i roztrąbić. Niemcy umrą z zazdrości.

wtorek, 11 grudnia 2007, andsol-br
TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2007/12/11 08:21:42
Mnie się udało "wygooglować" obrazek kości z Lebombo:
www.seshat.ch/home/calendar.htm
www.seshat.ch/home/lebombo.GIF
Zdjęcia tej kości Google na razie nie znajduje...
Nazwa tych gór (Lebombo) w Swazilandzie pisana jest chyba częściej z jednym "m" w środku...
Przy okazji na stronie Chrisa Caldwella znalazłem zacytowaną "myśl nieuczesaną"
Stanisława Jerzego Leca!
:)
-
2007/12/11 08:28:08
Wspomniana przez Caldwella myśl Leca, która po polsku brzmi:
"Czy człowiek nie umiejący liczyć, który znalazł czterolistną koniczynę, ma też prawo do szczęścia?"

w cytowanym angielskim przekładzie :
"If a man who cannot count finds a four-leaf clover, is he entitled to happiness?"

to, jak mi się wydaje, niezupełnie to samo.
-
2007/12/11 11:15:35
Dzięki za trud wyszukania drugiej kości. To był dobry pomysł, żeby poszukać
alternatywnej pisowni miejsca.
Polski akcent u Caldwella był nagrodą dla tych, którzy piją u źródła :)

Ja bym Jackowi Gałązce wybaczył odchylenia w sensach, bo jego robota z
przetłumaczeniem całej kolekcji
jest bardzo cenna. Kiedyś naryłem się po słownikach jak zawzięta świnka i
zdołałem bez większego wdzięku przełożyć tylko cztery próbki na
portugalski...
-
2007/12/11 12:08:40
Alternatywna pisownia to nie moja zasługa ale raczej Googla i tzw. odległości Levenshteina: en.wikipedia.org/wiki/Levenshtein_distance , którą (oraz wiele innych) stosują serwery w Google aby wyeliminować tzw. czeskie błędy w pisowni wyszukiwanych haseł.
-
2007/12/11 15:16:03
A mi się wydaje, że to tłumaczenie Leca wcale niezłe.
Co do roli kobiet, przecież nie od dziś wiadomo, ze Kopernik była kobietą!;)
ps. I pomyśleć, że udając się do cioci na wakcje przejeżdżaliśmy zawsze ok. 20 km od Biskupina; za każdym podejściem kończyło się to: "następnym razem". I oto jak Renifer Biskupina nie zoczył, a teraz miast dwudziestu trzeba by dwa tysiące przejechać...
renifer