Słowa w ordynku. Słowa w ataku i w obronie. Pomieszane. Refrakcja słów w stali i w wodzie. Odbicia słowne i zwidy. Ład i gładkość. Spazmy i erupcje. Kojący wpływ soku z passion fruit. Od rzeczy i do rzeczy. Krótko mówiąc. Ostatnie słowo. Na początku był skowyt.
Blog > Komentarze do wpisu
Drażnienie zwierząt

Dziś pojawi się tu coś odmiennego. Przedstawiając tu tłumaczenia chcę skrócić odległość językową, a często zaprowadzić do tekstów, które (z powodu ich języka, nikłego wydania, opasłości oryginału czy jego starości) może są niezbyt dostępne dla rodaków. A dzisiejszy tekst jest po polsku, chyba w każdej bibliotece, kto wie czy nie w Twoim domu. Ale moje motywy są te same co zawsze. To zaproszenie: chcesz pół na pół?

Jerzy Szaniawski (Ze zbiorku „Profesor Tutka”)

Drażnienie zwierząt

Rejent mówił, że odwiedza często ogród zoologiczny. Pomimo napisów: «Drażnienie zwierząt – to brak kultury», rejent zauważył, iż ludzie drażnią zwierzęta. Zwłaszcza lubi to robić młodzież. Czemu to przypisać? Rejent wywnioskował, że w człowieku drzemią jakieś instynkty sadysty: człowiek starszy poskramia je w sobie i maskuje – młodzież nie stara się tego nawet zamaskować.

Profesor Tutka:

– Mieszkałem niegdyś w wielkim mieście, środowisku najrozmaitszych stowarzyszeń artystycznych, szkół i kierunków. Znalazłem się jednego wieczoru w klubie pod nazwą: «Utwór niedługi». Poetom tego stowarzyszenia nie wolno było napisać, czy to mową wiązaną, czy prozą, więcej niż dwadzieścia i jedną linijkę druku. Jeśli dodamy, że i tytuł utworu i podpis autora liczono za wiersz drukarski, należy przyznać, że istotnie były to utwory niedługie.

Na estradę wyszedł poeta i zaczął czytać. Tytuł –  Duchy. Tekst:

«Na niebie gwiazdy. W dole oziminy, przecięte jasną drogą. Cicho, bezszelestnie sunie drogą duch. Z ozimin wynurza się cień zająca zabitego przeszłego roku. W cichych susach cień przebiegł drogą. Duch zawraca. Bowiem był duchem człowieka przesądnego. Cisza, noc, gwiazdy».

Drugi poemat...

– Przepraszam – wtrącił doktór – czy ten pierwszy poemat skończony?

– Tak. Teraz drugi:

«Korytarz, szereg drzwi. Jedne z nich prowadzą do mego pokoju, drzwi naprzeciwko do pokoju kobiety, zawsze czarno ubranej a grającej na harfie. Dzwonek. Otwieram. Przede mną posłaniec z koszem czerwonych róż. Wskazuję: „naprzeciwko!” i zamykam drzwi. Widzę w myśli pokój podobny do mojego, czarną plamę sukni, czerwone róże i harfę. Dzwonek: człowiek z koszem czerwonych róż wraca. Mówi: „Omyłka, mam adres księdza; szukam wszędzie księdza”. „A w takim razie – powiedziałem – drzwi obok”. I widzę znowu to samo: dużo czerni i czerwieni. Tylko harfy nie ma».

Utwór trzeci:

«Księżyc, pełnia, łoże. Mąż się budzi: nie ma żony.  „Gdzie moja żona? Gdzie moja żona?” Szuka. Podchodzi do okna. „Gdzie moja żona?!” – krzyczy z rozpaczą. Sąsiedzi w oknach kładą palec na ustach. „Tss... ciszej...” – i pokazują na dach. Po dachu idzie żona. A dlaczego, dlaczego po dachu? Bowiem była... bowiem była...»

«Lunatyczną!» – dokończył chór słuchaczów, ludzi widocznie niegłupich, pojętnych.

I stała się – mówił dalej Profesor Tutka – rzecz niesłychana: jakiś starszy pan zerwał się z miejsca i krzyknął: «Wstyd! Hańba! W kraju, mającym tak wspaniałe tradycje literackie, młodzi poeci karmią naszego ducha taką bzdurą. Protestuję!» Po czym na znak protestu wyszedł z sali silnie wzburzony.

Proszę panów – mówił Profesor Tutka – dowiedziałem się wkrótce o pewnej tajemnicy: nie znany słuchaczom statut tego klubu przewidywał nagrodę, litr wina, dla tego poety, który najwięcej rozdrażni gościa na sali. Członkowie tego stowarzyszenia, ludzie o wyglądzie miłym, łagodnym, to sadyści: sprawiało im rozkosz drażnienie «poczciwego mieszczanina».

Odezwał się teraz zamyślony rejent:

– Mówi pan, że to byli nawet ludzie, co mieli wygląd łagodnych i miłych... A przy tym poeci...

– Jeśli pana rzeczywiście tak bardzo interesują sadyści, to dodam jeszcze, że mogą być oni nie tylko poetami, ale ten i ów z nich może być jeszcze i dobrym kupcem, kalkulatorem a nawet czasem szachrajem: otóż dowiedziałem się, że ów poeta, którego cytowałem, wynajął sobie za pół litra wina rodzonego wuja, który mu publicznie nawymyślał! Poeta miał przyjemność, a przy tym dostał nagrodę. Zarobił na tym pół litra.

poniedziałek, 24 grudnia 2007, andsol-br
TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2007/12/24 07:41:38
mysle sobie czemu w dziecinstwie okrutnie ciagnelam kota za ogon.BO nie nauczono mnie milosci?A moze nie umialam jeszcze wyjsc poza siebie,a moze rodzimy sie zli.Poza aniolkami,to moje dziecko,chociaz moze czyms nie wiem
-
2007/12/24 13:12:09
@Greentea: najpierw powiadomię Cię, że V. musiała zrobić z koleżankami mini-wykład o zielonej herbacie i oczywiście treningowo wyłożono go najpierw na mnie – i zdumiało mnie ile ciekawych i mądrych rzeczy można powiedzieć o niej. I ile leczniczych właściwości ma ona... Co do ogona, zbrakło kogoś dorosłego, kto by Ciebie pociągnął dydaktycznie za ogon. Poza odbijaniem na zwierzętach zła, które dziecko zaznało, nie wierzę w celowe okrucieństwo dzieci. No, jedno na ileś genetycznie źle złożone, ale to inna sprawwa. Dzieci eksperymentują. Twój kot miał pecha, że byłaś ciekawa świata.

Co do aniołków, to ich pełen brak poczucia humoru bardzo mnie zniechęca do pójścia do nieba (pierwsza nieprzyjemność to myśl o chodzeniu z harfą i graniu na niej przez całą wieczność). A poczucie humoru ma minimalną dozę złośliwego oglądu świata, jego sprzeczności...

Wybacz, że nie codziennie zaglądam do Ciebie. Czasami gonitwa... Ale myślę o Tobie. Cmok.