Słowa w ordynku. Słowa w ataku i w obronie. Pomieszane. Refrakcja słów w stali i w wodzie. Odbicia słowne i zwidy. Ład i gładkość. Spazmy i erupcje. Kojący wpływ soku z passion fruit. Od rzeczy i do rzeczy. Krótko mówiąc. Ostatnie słowo. Na początku był skowyt.
Blog > Komentarze do wpisu
(Chińskie) plotki

O czym będzie jutro, Alicjo? To znaczy dzisiaj. Miał być
wiersz, ale mam kłopoty z tłumaczeniem, musi sobie
poleżeć. Kto wie czy nic nie robienie nie jest dobrym
rozwiązaniem problemów językowych. W ekonomii to
świetnie działa. Ludzie narzekają na rosnące ceny,
rząd je zamraża czyli wszystko jest i będzie jak było,
ale ludzie już się cieszą.

Będzie o czym innym. Plotki z Chin, skąd Marco wrócił.
Od paru lat mamy z nim kontakt. Wtedy odkryłem,
że te wyśmienite sekretarki u nas to jego siostry.
Masażysta, fizjoterapeuta, działacz społeczny. Już
od początku znajomości słyszałem o jego marzeniu,
kursie specjalizacji w Chinach. Dokształca się tu
bezustannie w różnych instytucjach, jedna z nich ma
umowę z akademią w którymś z nikomu nie znanych
parumilionowych chińskich miast – no i w końcu
za psi grosz pojechał. Oj, nie powinienem zaczynać od
psa. To przez to wrócił po trzech tygodniach o 4 kilo
lżejszy. Jakoś się nie przekonał do potrawy. Ani do
szczurów (hodowlanych, nic na żywioł). Ani do owadów.
Mówi, że z 42-osobowej grupy był jednym z nielicznych,
którzy woleli post. Nawet w tamtym MacDonaldzie nie
można było jeść. Kupował bułki, orzeszki ziemne i na
okrasę frytki. Ale był jednym z nielicznych, którzy
nie ganiali po toaletach i nie jęczeli po nocach.

Jak na brazylijskie standardy higieniczne, opowieści
są zastraszające. Ubranka dzieci z nacięciem, które
ułatwia szybkie wypróżnianie się czy siusiu, na ulicy
czy nie, bez znaczenia. Papier toaletowy wydawany na
centymetry i nadający się na listy. Plucie i smarkanie
gdzie się da. I smród prawie rozkładających się ryb.
Nawet jajko na twardo nie służyło – po przegotowaniu
leży parę dni zagrzebane gdzieś.

No i dobrze, robił się przygruby. Mówi, że mieli po
tygodniu na techniki leczenia przez mierzenie pulsu
i wystawianie języka, na akupunkturę (w której, tak
jak w reiki jest już dobry) i na masaż Tai No. Ma nową
zabawkę podobną do Hot Wheels, jeździł mi tym po
plecach. Wibracje są, ale całkiem nie erotyczne. Gdy
tym jeździł mówiłem cokolwiek i dawało takie efekty
jak w teatrze Grotowskiego.

Zamierzał przywieźć mnóstwo igieł, ale rozczarował się
do chińskich. Mówi, że są okropne i że oni tam je
sterylizują. On kupuje tu dobre koreańskie i wyrzuca
po użyciu.

Z tego, co zrozumiał z rozmów, jest szybkie wypieranie
chińskiej medycy zachodnią. Nic dziwnego, laboratoria
za Stanów nie mogą zostawić w dziewiczym stanie rynku
na potencjalnych miliard i trochę chorych.

Ale zdjęcia i dyplomy z Wielkiego Muru są fenomenalnej
jakości. Że też w Brazylii rząd stanu Paraná nie wpadł
na pomysł wydawania dyplomów zaliczenia wodospadów
z Foz do Iguaçu...

A najśmieszniejsze było gdy spytałem o syna. Nie było
go w domu. Ani we Floripie. Pojechał do Australii.
Otóż chłopak lubi grywać w pokera w Sieci, bierze
udział w zawodach i w jakichś tutejszych rozgrywkach
tak dobrze mu szło, że został wybrany przez jakieś
kasyno z Sidney jako jeden z dwóch w świecie (drugi
to Węgier) do jakichś rozgrywek. Zapłacony przelot,
no prawie cały, bo płacili lot przez Stany. Ale do
wylądowania (nawet w części tranzytowej lotniska
w L.A.) trzeba wizy ze Stanów. A tej tak łatwo nie
dają byle komu. I chłopak musiał lecieć przez
Argentynę, 400$ drożej. Organizatorzy mili, część
tego oddali.

Marco podziwia zaradność młodego pokolenia. Syn
po angielsku bardziej słyszy niż mówi, ale musiał
pierwszą dobę w Sidney spędzić na własny koszt.
W GoogleEarth na lotnisku w Argentynie zlokalizował
właściwy odległością i ceną hotel w Sidney, zrobił
rezerwację i mapa rozwiązała dotarcie tam...

I tak w tym samym prawie czasie spełniły się w ich
rodzinie dwa marzenia. Jedno planowane od lat, drugie
spadające z nieba czyli z głupawej komputerowej
rozrywki. To już drugi przypadek, który poznaję,
gdzie młody człowiek tak usilnie gra w komputerze,
że mu się od tego życie zmienia. W wypadku Tomka
dało to stypendium na studia w Korei. Może dziś
dzieci nie mają Wigilii jak trzeba, ale stada
Świętych
Mikołajów ganiają po świecie i tylko trzeba wybrać
sobie właściwego.

sobota, 15 grudnia 2007, andsol-br
TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2007/12/15 13:36:23
Dzięki . Dzisiaj może nie będę mieć gonitwy. Do Chin bym pojechała zobaczyć mur. Jeśc nic nie będę, Kocham psy i koty. "Cudotwórców" z certyfikatami made in China też u nas niemnożko . Tylko igły im się łamią. Tabletki z jakichś mchów i porostów zapodają pacjentom . Ludzie chodzą do nich i czują się lepiej. Co znaczy wierzyć???? W sieci grywam ale jeszcze nikt mie niezaprosił/ w pokera nie gram/może to tylko o pokera chodzi? A mogłoby mi się życie odmienić . I tylko dzięki komputerowi
-
2007/12/15 20:17:57
Chiny znam tylko z Malezji; jedyną strawną (i nawet smaczną rzeczą) było świeżo przygotowane mleko sojowe. (poleca się nie wnikać w proces przyrządzania) Do omijania z daleka targ - mój zrównoważony nos nie wytrzymywał tego natężenia doświadczeń węchowych. Jeden chiński mag koleżance łopatkę prostował igłami w podejrzanej dziurze zwanej "studiem", drugi z rąk, kart, gwiazd i oczu przyszłość czytał, a czego się naczytał w tej przyszłości! ha ha ha! A i jeszcze smaczne były smażone banany (ale to już niekoniecznie chińskie).
-
2007/12/16 01:21:27
Zastanawia mnie, dlaczego nie mozna bylo jesc akurat w tamtejszym McDonaldzie? Moim zdaniem nie mozna jesc w zadnym :).
Bieganie po toaletach i jeczenie po nocach nie ma moim zdaniem zwiazku ani z brudem, ani ze skladem jedzenia (pies, szczur), a ze spotkaniem naszego przewodu pokarmowego z nieznanymi dotychczas bakteriami. Powiedzialabym, ze jest to nieuchronne, gdy podrozuje sie dalej, niz do sasiedniego kraju (o ile nie je sie przywiezionych ze soba puszek lub wylacznie sucharow). Podobne (mniej nasilone, bardziej dlugotrwale) dolegliwosci mialam po przyjezdzie do UK, podobne mial Niemaz po wizycie w Polsce.

A dzieci faktycznie nosza spodnie z dziurami. Widzialam to osobiscie prawie 20 lat temu (rowniez zima!) i calkiem niedawno, w jakims wspolczesnym chinskim filmie. Nie ma sie co oburzac. Pomyslcie tylko, jakiej gory pampersow NIE wyrzucaja Chinczycy.
-
2007/12/16 03:05:07
@Acel: tak, to tylko poker i trzeba zajmować komputer cały czas, a nie dzielić się nim z synem. W czym rzecz z igłami, Polak ma za grubą skórę?

@Reniferiada: skąd podejrzenia co do mleka z soi? Już je robiłem, procedura prosta, oparta na jednym (za przeproszeniem) durszlaku. A co zabiegów stosowanych przez Marco... Miałem spore (przesądne czyli zgórne) wątpliwości co do reiki, ale stosuje je na kłopotliwych dziedziach (a.k.a. młodocianych bandziorach) w jego projekcie pod egidą władz miasta i nauczyciele mówią, że po sesji reiki ci młodzi mają całkiem odmienne zachowania. Rzecz w tym, że potem wracają do swoich domów, pełnych wydarzeń, o których lepiej nie myśleć, do swojej domowej roboty z dystrybucją narkotyków...

Na mnie (czy na innych potrzebujących) wiele razy wykazał, że radzi sobie, szczególnie z problemami kręgosłupa, gdzie ortopedzi wysiadają. Ale też nie jest to proste wbicie 40 igiełek, najpierw jest długi masaż związany z węzłami chłonnymi (? "drenagem linfática"), potem ogrzewanie i rozluźnianie muskułów i jeżdżące bańki, potem wbijanie igiełek oraz przepuszczanie prądu, potem wyrywanie głowy i kończyn i trenowanie na kontorcjonistę... Trwa to nie mniej niż godzinę.

@Vierablu: myślałem o Twoich chińskich wojażach gdy Marco snuł opowieść. Czy Ty też nie widziałaś tam grubych ludzi? Z bakteriami chyba masz rację. A z MacDonaldem z pewnością.
-
2007/12/16 11:01:09
Mówiąc o procesie przygotowania mleka sojowego nie wyraziłam się jasno; miałam na myśli "czystość" garnków, w których było gotowane. W domu też sama robiłam (z dodatkiem miodu), ale to chińskie z ulicy to była rewelacja.
Tej mojej koleżance, mimo, że w brudnej dziurze, mag w sumie pomógł. (na kilka miesięcy, potem problemy wróciły, ale trzeba uczciwie oddać, że medycyna zachodnia za jedyne wyjście widziała operację, co oznaczałoby koniec, a przynajmniej dłuuugą przerwę, a po niej niewiadomą co do losów, kariery zawodowej (bo skrzypaczka).
Reiki się kiedyś zainteresowałam, długo to nie trwało, bo mi wiary i współczucia brak, a to chyba niezbędne; pozostałam przy refleksologii stosowanej. (na bliskich :) Kiedyś zdarzyło mi się być podmiotem chińskiego masażysto-akupunkturysty i po półtoragodzinnej sesji czułam się jak nowonarodzona.
A ten masaż nazywa się po prostu: "masaż limfatyczny".
Vierablu z pewnością ma rację z MacDonaldem i z bakteriami też z pewnością.
W Indiach tradycyjnie małe dzieciaki biegają w ogóle bez majtek i sikają wprost na podłogę. Pewna matka na uwagę zdegustowanej Europejki odparła: "łatwiej jest wytrzeć podłogę, niż ciągle przebierać dziecko i walczyć z odparzeniami", a poza tym, jak zauważyła słusznie Vierablu, ekologiczne i ekonomiczne to zachowanie.
-
2007/12/16 13:50:35
Czy gdybym dzieckiem będąc mógł sikać na podłogę, potem byłbym bardziej wyzwolonym i radosnym człowiekiem? A moja pierwsza szkoła w Szczecinie godna była obsiusiania.
-
2007/12/16 14:33:08
Terapia "obszczymurstwem"? ;)
-
2007/12/16 14:46:02
To dla chłopców, dziewczynki są skazane na podlewanie doniczek.

Wykorzystam temat, żeby się pochwalić jak kiedyś ujawniłem mój niewiarogodny poziom głupoty. Miałem już za sobą sporo spacerów z suką mojego przyjaciela, ale dopiero idąc na spacer w trójkę zauważyłem coś dziwnego. „Czemu ona nie podnosi nogi jak sika?” spytałem przyjaciela. On popatrzył na mnie jak na idiotę, którym rzeczywiście byłem. „Przecież to suka!!”
-
2007/12/16 21:33:55
:) Uśmiałam się, no!
-
2007/12/17 00:13:15
Grubi ludzie w Chinach - nie przypominam sobie, zebym zwracala na to uwage. Mysle, ze zauwazamy roznice grubosci tkanki tluszczowej i inne zewnetrzne u nacji, ktore wizytujemy, tylko wtedy, gdy sa jakies roznice pomiedzy tym, co znamy na codzien, a tym, co zastajemy na wycieczce. Mysle, ze srednia warstwa tluszczu na osobe byla i w Polsce i w Chinach w '88 z grubsza taka sama.

Zreszta od czego oni mieli tyc... Kiedys sie zapedzilam do jakiegos baru na posilek w godzinach, w ktorych zdaje sie w Shanghaju sie nie jadalo. Bylo wlasciwie zamkniete, zupelnie pusto, ale panowie mnie wpuscili, cos mi tam przyrzadzili (byla to gora krewetek) i sami zasiedli do posilku, czyli do malej miseczki ryzu (kazdy swojej). Samego ryzu. Do dzis pamietam, jak mi te krewetki staly w gardle - nie moglam ich przelknac, zostawilam polowe i ucieklam.