Od samego początku miałem trudności ze zrozumieniem charakteru tej dyktatury. O czym oni mówili? Niby jeszcze żyła, ale po ulicach chodziłem bez paszportu, ich dowody osobiste nie miały stronic na meldunek z AMD-u, maszynki na ulicy kserowały co się chciało, ale dzieł Lenina i Trockiego nie warto było kserować, bo kioski sprzedawały je tanio. Ale wszyscy znajomi studenci i pracujący na uczelniach nastawali, że opłacona przez USA banda generałów sprzedawała kraj.
Wiarę w głupotę generałów nadwerężały komunikaty z antykwariatu pana Kalila z centrum São Paulo, mówił: „niech pan wpadnie za trzy tygodnie, właśnie dostaję od wdowy po generale X. jego księgozbiór, koło 10 tysięcy tomów, muszę to poklasyfikować”. Po generałach argentyńskich zostawały kolekcje whisky, a tu widziałem sztukę i naukę całego świata, w paru językach, ze śladami używania. Ci absolwenci elitarnej akademii wojskowej z Agulhas Negras miewali u siebie podręczniki zwalczania partyzantki, ale częściej były to dzieła zupełnie innej intelektualnej klasy.
Spytałem Tomasza Kowaltowskiego (z Unicamp, czołówka brazylijskiej informatyki, znał z codzienności okres brazylijskiej dyktatury) gdzie była prawda. Nie wszedł w szczegóły: „rzeczywiście coś trzeba było zrobić z tą partyzantką, ale żeby ich wystrzelać...” Inaczej to widzi Władysław Dowbor w pięknej książce, do której polskiej wersji w html stoi u mnie linka. Ale trudno się temu dziwić, był torturowany, elektrowstrząsy bardzo odmieniają światopogląd. Przeżył, bo koledzy porwali (zachodnio)niemieckiego dyplomatę, miliardowe interesy z RFN nakazywały cenić życie zakładnika. (Dziś profesor Dowbor pracuje dla rządowych agencji stanu São Paulo i bywa we Floripie, niestety nie spotkałem go.)
Ile było śmiertelnych ofiar? Najczęstsza ocena: mniej niż pięćset osób. Dużo czy mało? Zależy kogo spytać, rodziny martwych mają specyficzne spojrzenie na dane statystyczne. Ale nieporównalnie mniej niż w sąsiednich dyktaturach. I klimat był inny. To do żyjącej dyktaturą Brazylii przenosili się masowo uczeni i mniej znani naukowcy z Urugwaju i Argentyny. W latach 50-tych uniwersytet z Montevideo, oparty o niemieckie kadry naukowe, był ośrodkiem promieniującym przykładem na cały kontynent. A brazylijscy studenci jeździli do Buenos Aires na kongresy i na zakup podręczników. Znajomość hiszpańskiego była wymogiem jakości. Oczywiście na eksodusie najwięcej skorzystały USA i Francja, ale każda ceniąca się uczelnia brazylijska dostała za darmo wyśmienicie wykształcone kadry. Dziś studenci argentyńscy kupują książki po portugalsku.
Nie cała kadra naukowa uciekła przed torturami. Równie skutecznie rozbija życie umysłowe ucisk ekonomiczny. Po co zostawać w Cordobie czy Bahia Blanca jeśli kraj sąsiedni oferował dwa razy wyższe zarobki? Zachęcam pana premiera Tuska do przemyślenia tego zjawiska, że choć czołówka naukowa staje się czołówką dzięki swemu poświęceniu innych priorytetów, to jednak ci ludzie mają potrzeby fizyczne, umieją liczyć i ich opcje zależą też od potrzeb ich rodzin. A nawet tak tania nauka jak matematyka wymaga nakładów na bibliotekę, pisma papierowe i elektroniczne, na kongresy i na sale...
Zrozumienie zachowań generalicji brazylijskiej ułatwi przyjęcie prostego założenia, że nie ma takiego czegoś jak średni „brazylijski generał”. Byli sadyści ale byli też humaniści. Lewica nie wybacza przeszłości, która nie została rozliczona. Myślę jednak, że choć wypadnięcie przez burtę kata policyjnego, delegado Fleury, przy pogodnym połowie rybek, nie jest dobrym sposobem na zmienienie kierunku, w którym szedł kraj, to wolę to niż by ów pan pomagał jakiemuś generałowi liberałowi utopić się przy piciu herbaty. I żadna kasta wojskowa nie ma skłonności do pokazywania szczegółów swoich działań.
Opowiedział mi kiedyś antropolog Sidney Greenfield, pojawiający się w Brazylii jako Fulbright scholar, że gdy zaczynał swą naukową karierę badając religie czarnych w brazylijskich miastach, docierały do tego kraju pierwsze miliardy pożyczek, które obowiązkowo wciskały Kluby Paryża i prywatne banki z USA, Fundusz Monetarny i inny dobroczyńcy. I wystraszył się widząc na Florydzie tysiące przedstawicieli brazylijskiej klasy średniej i wyższej wydającej radośnie a szybko tysiące dolarów, raz to na gadgety, raz na mieszkania, kiedy indziej na zalanie hałastrą Disneyland. Pchnął list ostrzegający amerykańskiego sekretarza stanu, (czyli MSZ), że źle używają brazylijskie władze pieniędzy, które im pożyczono na rozwój infrastruktury kraju – i dopiero po paru latach zrozumiał wymiar swojej naiwności. To przecież o to chodziło, by przekupić część społeczeństwa, uczynić ją wspólnikiem w deptaniu po reszcie rodaków.
To prawda, ale nie cała prawda. Klika, junta, banda, niech się ich nazwie jak się chce, ale część ich miała jasny program naprawy kraju. Tyle, że nie tak wiele mogli.
Gdy myślimy o dyktaturze, polskie doświadczenia filtrują pojęcia i jawią się ciemniaki kopane przez rosyjskich agentów i kopiące całe społeczeństwo. W ich dłoniach była partia, armia, przemysł, szmugiel, szkoły i więzienia, PGR-y i rejsy Batorego. Gdzie do tego skromnym dyktaturom z reszty świata...
Przekład dwóch stron książki Jayme Landmanna (już tu i tu pojawił się w tym miesiącu) wydanej w 1982r. „Evitando a Saúde & Pomovendo a Doença” (Unikając zdrowia i popierając chorobę) może wyjaśni czemu tak mi trudno o zdecydowane potępienie gdy przychodzi do rozmowy o generałach.
O lekarzach i lekarstwach będzie dużo więcej, ale nie dzisiaj. Przypomnę, że 1964 to data puczu wojskowego. Albo Rewolucji, jak to oni nazywali.
CEME
Troska o utworzenie przemysłu farmaceutycznego, który by dbał o narodowe interesy, nie jest z ostatniej chwili, już cytowałem Parlamentarną Komisję Śledczą z 1963 roku [...] I w owym czasie stworzono Grupę wykonawczą Przemysłu Farmaceutycznego, która prócz kontroli cen produktów końcowych i importu surowców, miała uformować podstawowy przemysł chemiczny, który by służył nie tylko dla produkcji lekarstw ale też nawozów sztucznych, farb itd.
Zniweczenie Prawa o Wysyłce Zysków było jednym z pierwszych celów po 1964 i ekonomia zmieniła kurs, opierając go, jak już wykazałem, na pełnym wynarodowieniu kapitału i spekulacyjnym przejęciu brazylijskich przedsiębiorstw przez wielkie konglomeraty międzynarodowe.
Paradoksalnie, w rządzie [marszałka] Castello Branco grupy określane jako wojskowi nacjonaliści zdołały zjednoczyć wysiłki i sprawić, że Brazylia odrzuciła Umowę Paryską, mówiącą o uznawaniu praw do patentów lekarstw, pożywienia i technologii ich wytwarzania. [...] Prawo nr 1055 ustalało, że wszystkie uznane patenty miały tracić ważność w roku 1984. Ale to prawo nie przyniosło odczuwalnych wyników.
Te same grupy, już w rządzie [generała] Medici zdołały ujawnić zewnętrzną zależność sektora chemii, i w konsekwencji tego, farmaceutyki, jako poważne ryzyko dla niepodległości i bezpieczeństwa narodowego. Tak powstała CEME, Centrala Lekarstw, bezpośrednio zależna od Prezydencji Republiki. Wiązała ona potrzebę poszerzania cudu ekonomicznego z dostawą leków, nawet za darmo, dla ubogich warstw.
Plan wytycznych CEME, opracowany dwa lata później, idzie dalej, zobowiązując się zwalczać oligopole dostarczające surowce, intensyfikować transferencję technologii i w końcu, podejmując własną produkcję na wszystkich etapach. Spełzło na niczym...
Międzynarodowe giganty szybko oskarżyły odchylenia ideologiczne widniejące w takich decyzjach i ich filie założyły potężne ABIFARMA, Brazylijskie Stowarzyszenie Przemysłu Farmaceutycznego. Wracała stara śpiewka o estatyzacji, o inwazji państwa na tereny należące do „narodowego” przemysłu prywatnego i cały orszak argumentów, które wszyscy znają. Jednocześnie zewnętrzne zadłużenie, na którym opierał się cud ekonomiczny, nie zostawiał większego marginesu na manewry zwalczające interesy tych konglomeratów i podstępnie przekierowano CEME, by nie zależała już od prezydenta lecz po części od nowo utworzonego Ministerstwa Opieki oraz Ministerstwa Przemysłu i Handlu.
CEME stała się agencją zakupów gotowych produktów z sieci prywatnej, nadając im mniej wystawne opakowania i rozprowadzając je nieregularnie oraz kapryśnie. Poszły do archiwów ideały czystych badań, utworzenia własnej infrastruktury, własnych testów i ocen oraz rozszerzenia korzyści na całą społeczność. Nieliczne laboratoria narodowe, które przetrwały, stowarzyszyły się z konglomeratami i nastąpiło uzależnienie międzynarodowe w rytmie przynoszącym zawroty głowy.
W ten sposób, ze światełka świadomości sektora przejmującego się niepodległością Kraju w dziedzinie chemii, CEME obróciła się zaledwie w sen nocy letniej.