Weszła do mojej salki, niby na konsultacje. Chodziło
oczywiście o naprawę stanu ducha, o usłyszenie, że
wszystko dobrze się skończy i zda i nie będzie mnie
musiała w następnym semestrze oglądać. Gdyby taką
konsultację załatwić emejlem, po pliku nagłówkowym
stałyby słowa „wszystko w porządku?” i podpis.
Ale parę lat temu konsultacje przez internet były
nieco rzadsze, więc umówiliśmy się i przyszła. Nie
wiem jak to kobiety robią, ale jestem pewien, że
w sekundę po wejściu już wiedziała, że miałem plamę
na lewym bucie, zepsuty uchwyt od firankowego
wichajstra, niedomykającą się szufladę i kurz na
górnej półce. Więc było miłe z jej strony, że rzekła:
„och, ile pan ma tu książek!”
Wiedziałem co szło potem: „czy pan to wszystko
czytał?” „Nie, tylko wstępy” – przybliżyłem prawdę.
„A ja po pana wykładach zawsze chciałam coś
poczytać.” No, i tak dobrze, że nie powiedziała, że
pospać. Kto by pomyślał. Przez cały semestr myślałem,
że interesowały ją tylko paznokcie i włosy. Mało mnie
to martwiło, i tak zamierzałem przepuścić wszystkich,
którzy zadawali sobie trud pojawienia się na
wykładach. Większość z nich nie rozumiała świata,
w którym przyszło im żyć i myśleli, że na studiach
bibliotekarskich będą wolni od zmory matematyki.
A tu okazywało się, że zmora jest i ja byłem jej
materializacją.
Nie mówiłem im całej prawdy, czy też tego co mam za
prawdę, że informatyka i matematyka to w zasadzie to
samo, tylko, że ta pierwsza jest okropnie nudna, a w
dodatku bibliotekoznawstwo to najnudniejszy kawałek
zastosowań informatyki, niech sami to odkrywają.
Zlepiłem dla nich program, który mógł mnie kosztować
głowę gdyby mnie zadenuncjowali, ale nie wiedzieli,
że mnie mają w garści, a to, co wsadziłem do programu
miało niewiele rachunków, więc byli szczęśliwi.
„A czy mógłby mi pan coś tu pożyczyć do czytania?”
„Z tych książek, które pani tu widzi? Przecież one nie
są do czytania, a do studiowania. To są monografie
albo zbiory artykułów. Czasami płaczę jak je próbuję
zrozumieć. Lubi pani płakać?” „A te książki, o których
pan mówi na wykładach i które pan przynosił?” No tak,
przynosiłem głównie albumy i ilustracje, chyba dlatego
ją pociągały. „Nie, tamte książki leżą w domu. Tu
muszę mieć takie, które robią poważne wrażenie na
studentach.” Ona zastanawiała się czy mówię serio,
a ja czy ona studiując i pracując wieczorami na tym
samym wydziale naprawdę nie lubiła czytać.
Trochę to wspomnienie wzięło się z wpisu u Kabirii na
temat książek – a trochę dlatego, że okazało się, że
czasami wychodzę na półgłówka. Dla leżącej od lat pod
ręką książki wykazałem tyle zainteresowania jakbym
był owym dziewczęciem.
Dopiero przed paru dniami pierwszy raz ją otworzyłem.
I nie mogę się oderwać. Pech, padło właśnie na dni,
w których tyle wolnego czasu co przy wchodzeniu
do... a nie, to już nadmiar osobistych wyznań. Tak
czy inaczej czytam i czekam na wolny dzionek. Ale nie
muszę robić reklamy, bo jest świetnie znana. I autor
na szczęście ma spory artykuł w Wikipedii, więc nie
trzeba zachęty. Jak to się dzieje, że nic się nie wie
o takich ludziach, a książka leży tuż-tuż, na regale?
Jerzy Stefan Stawiński, Młodego warszawiaka
wspominki z urodzin.
...na studiach bibliotekarskich"
Mocne. :-DDDD