Artykuł Władysława Żeleńskiego, wydrukowany w 1984r. w paryskim Instytucie Literackim (Zeszyty Historyczne, nr 69) pod tytułem „W cieniu Stefana Ołpińskiego” uważam za bardzo ważny z dwóch przyczyn. Pierwsza to modus operandi wielkiego łajdaka, świetnie znającego zaklęcia otwierające odrzwia polskich Sezamów. Druga to krajobraz Polskiego Piekła, tego, w którym przy polskiej kadzi szatan straży wystawiać nie potrzebuje.
Gdy prokurator Żelenski (nawiasem: bratanek lekarza i pisarza Boya-Żeleńskiego) badał kulisy dziwnych przekazów finansowych, wiążących Ołpińskiego z gen. Sikorskim, ten pierwszy miał już długą i dobrze znaną (tym, którzy znać ją chcieli) karierę aferzysty:
[Ołpiński] w roku 1925 sfałszował w Warszawie wraz z przyjacielem, dyrektorem oddziału American Express, czeki na 50.000 dolarów. Sąd Okręgowy skazał go na dwa i pół lat więzienia, nieoczekiwanie jednak w Sądzie Apelacyjnym, dokąd jego obrońca się odwołał, kara została mu znacznie złagodzona z uznaniem winy jedynie puszczania tych czeków w obieg. Tajemnicę tego zwrotu w sprawie wyjaśnia Sieroszewski, warto ją przytoczyć. W tej wyjątkowo pogmatwanej – przez Ołpińskiego – sprawie oskarżał zdolny prokurator, obdarzony świetną pamięcią – późniejszy minister Grabowski, który wielotomowe akta opanował na tyle, że wszystkie wykręty Ołpińskiego mógł kolejno demaskować. Ołpiński znalazł na to sposób: po skazującym wyroku wysyłał na wszystkie rozprawy, w których prokurator ów występował, i sadzał w pierwszych ławkach dla publiczności, nieznaną, młodą, powabną kobietę – własną żonę, która przystojnego prokuratora uwzięła się prowokować zalotami. Udało się! Grabowski, znany kobieciarz, wpadł w sidła. Niebawem Ołpiński nakrył ich w ustronnej kawiarence, zrobił skandal i sprawił, że prokurator musiał się z jego procesu wyłączyć. (Pamiętam to operetkowe zdarzenie z koleżeńskiej tradycji). Wybieg był tak dobrze obliczony w terminarzu, że na rozprawie apelacyjnej Grabowskiego w ostatniej chwili zastąpił inny oskarżyciel, oczywiście źle obeznany ze sprawą, na domiar nieporównanie mniej bystry, a sąd, jak się okazało, też nie rozeznał krętactw oskarżonego. Wprawdzie potem Sąd Najwyższy skasował ten złagodzony, błędny wyrok i sprawa miała być ponownie rozpatrzona, lecz tymczasem weszła w życie amnestia i orzeczona kara została nią pochłonięta i zmazana.
Wielce znaczące są późniejsze techniki używane przez Ołpińskiego (który jako Stefan von Olpynsky, po ucieczce z Polski, dla nazistów po 1934 roku usługi w Niemczech oddawał) dla rozsławienia swoich zalet dobrego Polaka: oskarżenie w 1932 roku wiceministra skarbu, Stefana Starzyńskiego (prezydenta Warszawy z 1939 roku) o przekręty finansowe; odwoływanie się do swojej czci (w liście do ministra Becka); udawanie emigranta politycznego; rozgłaszanie, że to on swymi artykułami i działaniami chronił Polskę przed zamiarami Hitlera; powoływanie się na współpracę z (niewymienionymi z nazwy) pismami amerykańskimi; wydruk książki „W darze dzieciom”
„nakładem autora” ze słowem wstępnym jakiegoś księdza Własta (?). Wyznaje w niej, że pod wpływem ciężkiej choroby popadł w mistycyzm i „odrodził się duchowo”.
Potem jeszcze pisze relacje z wojny w Hiszpanii, gdzie „wre zacięty bój między krzyżem i młotem” oraz wydanie w roku 1940 we Francji dzieła, gdzie rzecze:
Zapewniam Was Drodzy Czytelnicy, że [...] pracę tę pisałem piórem maczanym w prawdzie, sercu i mózgu, niejako we krwi własnej i tylu wszystkich moich kolegów, którzy na licznych frontach swą krew przelewali i nierzadko ze słodkim westchnieniem do Boga i z pieśnią na ustach „Jeszcze Polska nie zginęła” swe życie składali Polsce w ofierze...
Nie trzeba mieć ucha dyrygenta – zwykły słuchacz odróżni muzyka od pozera z trąbką. Po zadęciu.
Ponieważ w kolejnym cytacie pojawi się nazwa „Front Morges”, zacytuję też urywek, który ją wprowadza:
W lutym 1936 roku, a więc w kilka miesięcy po zgonie Piłsudskiego, dochodzi do spotkania u Ignacego Paderewskiego, w Morges w Szwajcarii, przybyłych z Kraju dwóch generałów Józefa Hallera i Władysława Sikorskiego, oraz z Czechosłowacji – Wincentego Witosa. Zawiązuje się tam formacja opozycyjna, która od siedziby Paderewskiego przybiera nazwę „Frontu Morges”.
Jakie załomy i występy jawiły się w konstrukcji tych, którzy nam za świetlane postacie w historii zostali, skoro szuje miały do nich dostęp? Całość intrygi jest w artykule obrysowana, ale chcę z końcowych tknięć jeden element wydobyć:
Szczególnie jaskrawy był stosunek Sikorskiego i jego przyjaciół w Polsce i na emigracji do ministra Becka, którego traktowano z maniakalną nienawiścią jako źródło wszelkiego zła. Dnia 1 stycznia 1936, jeszcze przed powstaniem „Frontu Morges”, w Pradze, w hotelu „Sokolsky Domow”, Sikorski oznajmił Witosowi, że Becka uważa za płatnego agenta niemieckiego, podobne niegodziwe nonsensy wypowiadali według zapisów Witosa Paderewski, Józef Haller i oczywiście Stanisław Kot. Powoływano się przy tym także na zdanie wybitnych cudzoziemców. W Morges Paderewski oświadczył, że wie „od Francuzów, naszych wypróbowanych przyjaciół”, że Beck jest od dawna agentem niemieckim, polityk czeski Hodża powtórzył Witosowi taką samą opinię ministra spraw zagranicznych Francji, Ivon Delbosa, a Józef Haller, że „Beck jest na pewno przez Niemców przekupiony”. Ile w tym było autosugestii a ile przeinaczania cudzych wypowiedzi trudno ocenić, jeśli zważyć pochlebne zdanie wyrażone przez tego Delbosa o Becku wobec marsz. Rydza Śmigłego we wrześniu 1936, zanotowane przez wrogiego Beckowi amb. Noëla. [...] Ten „kompleks Becka” odbił się na postawie zajętej w sprawie starań Polski w roku 1936 o pożyczkę francuską na zbrojenia i też musiał być znany Sztabowi Głównemu w Warszawie. Są bezsporne dowody, że w szczególności Sikorski i Herman Lieberman przebywający wtedy w Paryżu – czynnie przeciwstawili się przyznaniu pożyczki z uwagi na udział Becka w rządzie. [...] W archiwum czeskiego ministerstwa spraw zagranicznych został wykryty raport posła czeskiego w Warszawie Slavika, z roku 1936, któremu Sikorski oświadczył: „Powiedzcie Noëlowi, że jeśli Francja da pożyczkę rządowi polskiemu, to zerwę z nią wszelkie stosunki (sic!) gdyż bez poświęcenia głowy Becka sanacja nie powinna otrzymać ani grosza”.
Epilog: Wikipedia poucza, że Józef Beck z Rumunii do Francji nie wyjechał, dzięki wysiłkom bliskiego Sikorskiemu Stanisława Kota. Oraz, że Beck był wyznania ewangelicko-reformowanego, co pewne światło rzuca tak na możliwości mniejszości religijnych w RpII jak może i na podkład przesądów grasujących tam.
Panie Polki, panowie Polacy, co państwo powiedzą o pomyśle, by w Kraju podjąć wysiłki uczenia (oraz pojmowania) historii? Na początek może być własnej – i nie bardzo odległej.