Słowa w ordynku. Słowa w ataku i w obronie. Pomieszane. Refrakcja słów w stali i w wodzie. Odbicia słowne i zwidy. Ład i gładkość. Spazmy i erupcje. Kojący wpływ soku z passion fruit. Od rzeczy i do rzeczy. Krótko mówiąc. Ostatnie słowo. Na początku był skowyt.
Blog > Komentarze do wpisu
Wędrówki milionów

Myślałem o podaniu paru obserwacji. Wszystko z tzw.
pierwszej ręki, oparte na setkach rozmów, które co
roku toczę ze znajomymi i nieznajomymi. Ale przyszła
ochota na podbudowanie luźnych obserwacji i własnych
dedukcji solidnym materiałem statystycznym. To był
błąd. Marnowanie czasu i irytacja. Chciałbym nieco
więcej szacunku ze strony watykańskich urzędników,
bo dane mówiące o 155 milionach katolików w Brazylii
to kpiny ze słów i liczb. Zamiast pytać o źródło
tryskające tymi danymi zestawię to raczej z pytaniem
apb. Cláudio Hummes: „jak długo Brazylia pozostanie
krajem katolickim?”
To pytanie z 2005 roku byłoby
bez sensu gdyby w kraju setki wiar 84% ludu miało
się za katolików.

Podobnie z różnymi instytutami, mówiącymi raz o 67%,
kiedy indziej o 57%. Rozziew ukrywający 20 milionów
osób. I nigdy najmniejszej wskazówki o metodologii
tych badań. Założę się, że do katolików wlicza się
ochrzczonych w tym kościele – a protestanci na ogół
dopuszczają do chrztu tylko dorosłych. I przemilcza
się potężny i ważny rozdział między tradycjonalnym
traktowaniem wiary w Kościele a „charyzmatycznymi
katolikami”
. Więc może kiedyś powiem coś o tych
wojnach liczb, a teraz podam moje nieliczbowe oraz
subiektywne uwagi.

Nastroje pro i antykomunistyczne sprzed puczu z 1964
roku niewiele miały wspólnego z sensem tych słów
z Europy. Najbardziej znani komuniści byli szanowani
(przez długi czas nie potrafiłem uwierzyć, że Luís
Carlos Prestes, sławny rewolucjonista, naprawdę był
nazywany przez różne prądy polityczne „kawalerem
nadziei”
). Najbardziej znani antykomuniści to była
czarna sotnia, feudałowie i złodzieje, a ich argumenty.
dotyczyły bliskiego końca świata. Pucz szybko ujawnił
swoje oddanie dla elit i w istocie był im wierny aż do
końca. I w kraju zalanym miliardowymi pożyczkami,
przepełnionym projektami i obietnicami, nędza
ogarniała kraj z siłą nieznaną od czasów niewolnictwa.

Nastąpił cud. Bardzo znacząca część kleru, często
młodzi księża robiący doktoraty w Rzymie i znający
dostatek Europy, zamiast zająć się popieraniem
cesarskich (a raczej: wojskowych) racji zajęli się
ludem. Oprawa słowna brzmiała lewicowo, ale akcje
były (jak to nazywają przyjaźnie do chrześcijaństwa
nastawione osoby) chrześcijańskie. Księża tworzyli
grupy, który wchodziły do niebiezpiecznych favelas
(przyklejone do wzgórz slumsy), stukały do zlepionych
z dykty drzwi ruder, przynosili słowo, ryż i fasolę,
przyprowadzali przedszkolanki, organizowali życie
społeczne osób zagubionych w metropoliach, do których
uciekali z suszy i nędzy Nordeste. Wszędzie słyszało
się zwroty comunidades de base oraz ação pastoral.

Reakcja wojskowych była szybka. Choć protestanckie
kościoły dotarły do Brazylii na początku XXw., teraz
zalewały one kraj. W końcu lat 70-tych wystarczały
trzy dni, by misjonarze z USA z jakiegoś kościoła
(np. Maranata, Bóg to Miłość, Zgromadzenie Boże)
mogli wjechać i zacząć działać z kompletem stempelków,
zezwoleń i ulg podatkowych. To było tzw. „zjadanie po
brzegach”, ale uderzenia w środek też były częste. Nawet
parukrotny kandydat do pokojowej nagrody Nobla, Dom
Helder Câmara, wiedział, że może zejść nań koniec
sztucznie przyspieszony - jak to zdarzyło się jego
bliskiemu współpracownikowi, padre Henrique Pereira.
(Trudno to zrozumieć, że gdy akcję osadzić w innym
kraju i innym słońcu, historia księdza Popiełuszki
przestaje być interesująca dla Polaków.)

I to w tym świecie pojawia się nad Watykanem tak dla
nas, Polaków, cudowny biały dym. To był dym palących
się nadziei – tak brazylijskich jak i z okolic, że
Kościół stanie obok potrzebujących i użyje swego
potężnego głosu dla powiedzenia prawdy. Ale wiedza
o tym, że zaczynał się koniec przyszła po paru latach.

Początkowo entuzjazm brazylijski nie był o wiele inny
niż polski. Pokochano go jakby był Brazylijczykiem.
Gdy przyjechał tu w 1980r. tysiące musiało go oglądać
w tv, nie było jak przebić się przez tłumy ustawione
na trasie jego przejazdów. Gdy w 1991r. szliśmy ulicą
na dworzec, mogliśmy zatrzymać się przy krawężniku
i pomachać papamobilowi w pierwszym rzędzie widzów,
bo drugiego rzędu nie było.

W czasie pierwszej wizyty brazylijskiej niewiele osób
wiedziało, że apb. Óscar Romero zwracał się do JPII
z apelami o pomoc. Po paru latach kierunek działań
papieża był już oczywisty. Choć niewielu katolików
interesowało czy Leonardo Boff może czy nie może
drukować rozprawy, na wzgórzach i po prowincji
wyraźnie słyszało się inną mowę na kazaniu i nie
było już „podstawowych społeczności”, w których
lokalni przywódcy mogli opowiadać księżom
o swoich codziennych kłopotach.

Więc poszli do tych duchownych, którzy chcieli ich
słuchać. A stosunki Kościoła Katolickiego z rządem
poprawiły się niewiarygodnie szybko.

niedziela, 13 maja 2007, andsol-br
TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2007/05/13 11:34:07
Pozwol, ze podsumuje w celu sprawdzenia, czy aby na pewno wszystko dobrze zrozumialam:
1. kosciol katolicki zabiera sie na serio za prace u podstaw,
2. rzad obawia sie, ze jak mieszkancy faveli troche sie doksztalca i do nich dotrze, ze sa pelnoprawnymi obywatelami, moga stworzyc sile zagrazajaca wielu cieplym posadkom
3. w zwiazku z tym rzad otwiera szeroko granice dla misji, o ktorych wiadomo, ze praca u podstaw raczej sie nie zajma
4. Watykan wpada w panike i w zamian za wycofanie ksiezy z pracy u podstaw uzyskuje zamkniecie tych szeroko otwartych granic i ograniczenie naplywu misjonarzy (choc o tym nie napisales, ale cos przeciez kk musial w zamian dostac??)

Nie jestem pewna punktu 4 i tego, na czym wlasciwie polegaja te dobre stosunki pomiedzy kosciolem katolickim a rzadem.

Nie bardzo tez rozumiem lud brazylijski. Rozumiem, dlaczego sie odwrocil od kk - bo kk sie od ludu odsunal. Ale dlaczego lud brazyliski zwrocil sie ku innym odmianom chrzescijanstwa? Jak rozumiem te inne odmiany pracy u podstaw nie prowadza, bo rzadowi sie to nie podobalo? A moze jednak prowadza a problem lezal w skali - co innego jak 20 roznych sekt edukuje i pomaga, a co innego jak tylko jedna, bardzo silna. W pierwszym przypadku niebezpieczenstwo powstania jakiejs realnej sily spolecznej jest byc moze mniejsze. No i majac mniej wyznawcow kk ma mniejszy wplyw na polityke. A`skoro ma mniejszy wplyw, to skad te dobre stosunki.

Prosilabym o rzucenie swiatla.
-
2007/05/13 19:43:43
Vierablu, program mi napisał, że „Treść komentarza zbyt długa”, więc zamieszczam go jako kolejny wpis...