Słowa w ordynku. Słowa w ataku i w obronie. Pomieszane. Refrakcja słów w stali i w wodzie. Odbicia słowne i zwidy. Ład i gładkość. Spazmy i erupcje. Kojący wpływ soku z passion fruit. Od rzeczy i do rzeczy. Krótko mówiąc. Ostatnie słowo. Na początku był skowyt.
Blog > Komentarze do wpisu
Humor wyższych szarż
Gdy czytałem ten urywek Moich wspomnień Wacława
Solskiego natychmiast przypomniałem sobie scenę
z restauracji w brazylijskim portowym mieście.
Dwa stoły zajęte, nasz dwuosobowy i drugi, zestawiony
z paru innych, na kilkunastoosobowe towarzystwo
Japończyków. W oczywisty sposób był to kapitan i paru
jego poddanych. Gdy nie łypał na moją żonę (a brzydki
był jak nieszczęście, więc nic nie traciła mu nie
odłypując) zabawiał swe towarzystwo, które w sposób
zdyscyplinowany i zsynchronizowany odśmiewało coś, co
musiało być dowcipami tej klasy, w której brak puenty
jest równoważony brakiem smaku. Widząc te grono
Samych Samców mógłbym się podjąć tłumaczenia jego
dowcipów na portugalski i nieznajomość japońskiego
wcale by mi nie przeszkadzała...

Czegoś przy poniższej lekturze nauczyłem się, bo
musiałem zerknąć do encyklopedii z powodu tych stopni
Réaumura.



Po wejściu do baraku należało stać przy ścianie, czekając aż się
zjawi generał. Na jego widok stawało się na baczność, generał
łaskawie się uśmiechał, adiutant podsuwał mu krzesło i generał
siadał. I my też.

Po krótkiej chwili milczenia, jeszcze zanim wjeżdżały na stół wazy
z zupą, generał zaczynał mówić. Ludzie wyższej rangi zawsze
i wszędzie korzystają z tego, że inni muszą ich słuchać. Generał
mówił bez przerwy, milknąc tylko z rzadka żeby się nie zakrztusić
kartoflem, ale jeśli ktoś próbował z tego skorzystać, połykał
natychmiast wszystko co miał w ustach i znowu zabierał głos. Mówił
zwykle o sobie. Jak to było na postoju tam i tam, kiedy był jeszcze
pułkownikiem, jak się rozwijała, pod jego dowództwem, bitwa tu i tu.
Jeśli komuś udało się wtrącić taką choćby niewinną uwagę, że zaczął
padać deszcz, generał wyraz „deszcz” traktował jak hasło do ataku.
„Deszcz?”, wołał, „pan pewnie chciał powiedzieć deszczyk? Bo deszcz,
największy deszcz, jaki kiedykolwiek widziałem, padał wtedy i wtedy,
kiedy nasz pułk szykował się do wymarszu na manewry tam i tam”.

Któregoś dnia generał przyszedł w specjalnie dobrym nastroju.
Zawsze był zadowolony z siebie, ale tego dnia bardziej niż zwykle.
Przypomniało mu się, że krótko przed wojną dowodził pułkiem,
kwaterującym w jakimś miasteczku, zamieszkałym głównie przez Żydów.
Było to w zimie, oficerowie mieszkali w żydowskich domach i skarżyli
się, że ich gospodarze za mało palą w piecach. Generał napisał więc
wezwanie, które sobie schował na pamiątkę i przyniósł do kasyna,
żeby je nam przeczytać. Było ono skierowane do Żydów i zaczynało się
od słów „Panowie Żydzi!”. Generał zwracał uwagę, że niedostateczne
opalanie domów, w których mieszkają oficerowie, szkodzi zdrowiu
tychże. „Rozkazuję”, napisał, „aby temperatura w mieszkaniach
panów oficerów wynosiła co najmniej 13 stopni ciepła, a czy
Celsjusza czy też Réaumura, to już wasz żydowski interes”.
poniedziałek, 07 maja 2007, andsol-br
TrackBack
TrackBack URL wpisu: