Niepokoiło mnie to pytanie: stało, się pytało i się nie odpowiadało. Więc przekazałem je przyjaciołom i ciekawe rzeczy o okolicznościach i świeżej historii mi powiedzieli. Może teraz troszkę lepiej rozumiem scenę, na której takie cuda mogły się zdarzyć. A jeśli miejsce, czas i pogoda z ostatnich lat jest jako-tako zrozumiała, mogę skupić się na aktorach i na akcji.
Co do aktorów, to w istocie zdarzenie wykazało triumf ducha nad sensem. Jeśli duch się zamknie na wiele lat w jednej tylko obsesji, a będzie ona bardziej zależna od rzeczy pozornych niż od praw przyrody, duch może zwyciężyć. Powinno dodać to wiary w siebie tym, co marzą w domu o sławie i potędze. To niestety może się udać. Ale w nieoczekiwanej scenerii.
I tu jawi się kwestia akcji. Czemu tyle w niej nienawiści, czemu przez kłamstwa i donosy idzie ku dyktaturze?
Tego pytania nie przyjęliby do żadnego kwizu. Zbyt łatwe. Otóż brudne zagrania są najszybsze. Prościej jest nakazać niż przekonać, zmienić reguły gry niż uczyć się gry u lepszych. Najkrótszą drogą między dwoma punktami w politycznej geometrii jest intryga.
Jasne, że cechy jednostki, jej rozgoryczenie długim czasem oczekiwania na spełnienie marzeń, jej brak przygotowania do działań po zakończeniu wieloletniej batalii, to wszystko może dodać ciemnych tonów – ale nawet gdyby słodki Kubuś Puchatek wbił sobie do główki, że chce być dyrygentem wiedeńskiej filharmonii, doszłoby do płaczu i zgrzytania zębów nawet przy próbie odegrania „Wlazł kotek na płotek”. Gdy wiemy jaki składnik wchodzi na scenę w jakim momencie i w jakiej temperaturze, da się dość dokładnie przewidzieć końcowy efekt, tak w greckim dramacie jak i w chemii.
Więc można to wszystko tak opowiedzieć:
Była sobie pewna kura, co na szczycie kościoła ujrzała koguta. Nie wiedziała, co on tam robi ale wiedziała, że być tam chciała. Gdyby ktoś jej powiedział, że on na osi się kręci, może by plan życia zmieniła, ale w kurniku mądrych kur nie miała i przez to coraz bardziej chciała.
I tak długo chciała, że na szczyt kościoła wzleciała. Dużo pierza tam fruwało, dużo brzydkich słów przed kościołem opadało, ale co stać się miało, to się stało.
A teraz kuprem kręci, niezborne podpórki z obu stron przystawia, skrzydełko łamie, hymny śpiewa fałszując, a Lud Boży pod kościołem nieskory jest do oklasków i nikt nie zawoła, że ta kura jest dużo piękniejsza od koguta.
Może to potrwać, ale wiadomo jak jej przygoda się skończy. Tego dnia trzeba będzie dzieci od tv odganiać, bo brzydko będzie pachniało.
Wiele osób dziwi się, że tak to nowe jest podobne do starego - wtedy przypominam sobie genialną intuicję artysty, który już to pokazał. Końcówka „Balu wampirów” Polańskiego. Szczęśliwy koniec, zwycięski profesor i jego asystent odjeżdżają z Transylwanii. Kolorowe konie i sanie, biały śnieg, kamera najeżdża na szyję asystenta i widz dostrzega dziurkę po ukąszeniu wampira. Sanie gonią w daleki świat.
I tu temat drobiu jest wyczerpany.
Naród też.